Dlaczego mam problemy ze słuchaniem?

by oscetc

Nie potrafię słuchać. To takie poważne stwierdzenie, jak na pierwszy post na blogu poczętym poprzedniej nocy i właśnie narodzonym. To nie znaczy, że nie słucham ludzi, bo to mi wychodzi całkiem nieźle (podobno) i pamiętam, co ktoś do mnie mówi. Nie chodzi też o to, że za dużo gadam, co nie zmienia faktu, że stanowczo za dużo gadam.

Mam problemy ze słuchaniem audiobooków. Od zawsze dużo czytam, to moja ukochana rozrywka. Kuszące zatem wydawało mi się czytanie słuchem – niekiedy nie mam możliwości wzięcia książki do ręki, na przykład w zapełnionym tłumem smutnych ludzi tramwaju czy pociągu. Sięgnęłam zatem po Hobbita, którego bardzo lubię i dość dobrze znam – ot tak, żeby zacząć od czegoś przyjemnego. Usiadłam radośnie w tramwaju w drodze do pracy, uruchomiłam odtwarzacz i usłyszałam znajomy fragment, iż pewien hobbit mieszkał w norce. Po czym nagle zorientowałam się, że u biednego Bilba siedzi chmara krasnoludów, przerzucając się prośbami o jedzenie. Tak, tak, przegapiłam całkiem spory fragment opowieści. Postanowiłam jednak nie zrażać się pierwszym niepowodzeniem i spróbowałam ponownie. Tym razem do domu Bilba wchodzili dopiero Fili i Kili. Zniechęcona nie podjęłam kolejnej próby, sięgając w zamian po książkę. Było dużo przyjemniej, a ja wsiąknęłam w świat Tolkiena całkowicie – jak zawsze zresztą. Stwierdziłam, że się nie nadaję i już. Później próbowałam z niezłym skądinąd Sapkowskim, Chmielewską, którą bardzo lubię, ba, lubię aktorów, którzy podkładają głosy i co? Nie działa.

Nasłuchałam się i naczytałam o słuchowiskach z Doktorem Who. Tak, jestem wielbicielką Doktora i jestem z tego dumna! Znam wizualnie Doktorów numer 8, 9, 10 i 11, z pozostałymi zamierzam się zapoznawać stopniowo, nic na siłę. Zachęcona pozytywnymi opiniami, postanowiłam sięgnąć po słuchowiska i, co dziwne jak na mnie, bo gdzie ja, tam paradoks, zaczęłam od pierwszego. Czas trwania pierwszego (i Pierwszego Doktora jednocześnie): ponad godzina… Pomna doświadczeń z audiobookami, zbierałam się do słuchowisk jak jamnik do jeża – z entuzjazmem, ale i sporą rezerwą, bo a nuż zaboli. Przełamałam się jednak, z dużym westchnieniem, i okazało się, że jest dobrze, a nawet bardzo dobrze. Nie wyłączam myślenia, jestem w stanie robić inne rzeczy (na przykład czytać jednocześnie książkę) i w ogóle się nie gubię. Aktualnie słucham trzeciego odcinka, który trwa ponad cztery godziny, i czekam z niecierpliwością, kiedy znowu wetknę słuchawki w uszy! Alleluja – że tak w klimacie nadchodzącej Wielkanocy – zadziałało. Człowiek podobno uczy się całe życie, więc może i ja nauczyłam się w końcu słuchać i jest dla mnie nadzieja. Będzie więcej wpisów pełnych zachwytów zapewne, a być może i rozczarowań.

Advertisements