Ale kosmos!, czyli jak (to dobrze, że) nie zostałam astronautą.

by oscetc

Uczciwie przyznaję na wstępie, że tekst został już przeze mnie opublikowany w innymi miejscu, ale – w związku z licznymi perturbacjami – zniknął, toteż pozwolę sobie wkleić go tutaj, by nie umknął w otchłani internetu.

Jako dzieci co chwilę wymyślamy, kim zostaniemy, kiedy stuknie nam ta magiczna granica osiemnastki i będziemy dorośli, poważni, stateczni – spójrzmy prawdzie w oczy, starzy po prostu… W menu wyboru pojawiają się wszelkie zawody, na jakie może wpaść dziecięca logika. Od księżniczek (rycerzy) przez aktorów po lekarzy. Przechodzimy przez fascynację dinozaurami, roślinkami, zwierzątkami. W pewnym momencie odkrywamy, że gwiazdy, które są bardzo daleko, kiedy patrzymy w górę, można oglądać też z bliska, a Ziemia, ta wielka mieszanka wody i gleby, może stać się tylko kulką gdzieś pod nami. Jak to możliwe? Wystarczy zostać astronautą, drogi Watsonie.

Ze względu na chorobę wysokościową i wybitną niechęć do zakończenia żywota przez uduszenie fascynacja kosmosem (i nurkowaniem) ominęła mnie niemal zupełnie. Nutka nostalgii pojawiała się po seansie kolejnych filmów z wątkiem gwiezdnych podróży w tle. Szybko jednak uciekała, gdzie pieprz rośnie, kiedy okazywało się, że kosmos przynosi głównie zagładę. A to coś wybucha i zasuwa w stronę Ziemi z ogromną prędkością, a to Słońce nas pali, a to zapada kompletna ciemność z powodu dziwnej konfiguracji planet, a to najeżdżają na nas kosmici. Przykłady można by mnożyć może nie w nieskończoność, ale do przyszłego wtorku albo do maja zapewne tak.

Jednak nie wszyscy są równie przywiązani do Ziemi co ja. Kilkadziesiąt lat temu skrystalizowały się plany eksploracji i podboju kosmosu. Rozwijając marzenia z dzieciństwa, z ciekawości, z pragnienia wiedzy, z nudów, dla kasy, dla sławy, chwały itp., z patriotycznego obowiązku mniej lub bardziej świadome grupy wyruszały hen w górę. Być może ich odwaga brała się z tego, że nie było telewizji, a scenariusz choćby Armageddonu nie dość, że się nie zarysował, to jego twórca był‚ w powijakach, o ile pojawił się już na świecie.

O eksploratorach w niewygodnych kostiumach i problemach, których na Ziemi nawet się nie zauważa, a w kosmosie mogą zagrażać życiu i zdrowiu, traktuje książka Mary Roach: „Ale kosmos! Jak jeść, kochać się i korzystać z WC w stanie nieważkości. Po lekturze czuję się zaspokojona wiedzowo, a moja blondynkowatość wcale nie tęskni do poszukiwania matematycznych czy fizycznych rozwiązań wykorzystanych w budowie statków kosmicznych….

Czy wiecie, że w kosmos poleciały dwa szympansy, ale tylko jeden, Ham, zyskał sławę i zaszczytne miejsce w panteonie astronautów? Enos przepadł w mrokach historii, gdyż, jakby to powiedzieć, podobno zbyt lubił bawić się własnymi organami płciowymi na oczach dziennikarzy (po latach okazało się, że to kalumnia i potwarz!).

Kiedy następnym razem zabłądzicie w jednym z hipermarketów budowlanych do działu z sanitariatami, spójrzcie w zadumie na pospolity i łatwy w obsłudze klop. Astronauci nie mają tak łatwo jak reszta tu na dole. Początkowo wyposażono ich w woreczki przylepiane do pośladków (podobno zapewniały skuteczną depilację – wyrazy współczucia!). W toku rozwoju technologii dano im co prawda coś zbliżonego do ziemskiego urządzenia, ale dodano lusterko, żeby każdy mógł spojrzeć za siebie i sprawdzić, czy nic się nie wydostaje – wiadomo, brak grawitacji i to, co nie zostanie szczelnie zamknięte, zacznie unosić się w powietrzu… To niestety nie koniec kłopotów. Królowa Izabela Hiszpańska ponoć nie myła się kilkanaście lat, ale miała do dyspozycji ogromny arsenał pudrów i pachnideł. A biedni eksploratorzy kosmosu? Kilka tygodni w tej samej bieliźnie, bez grama wody, bez chusteczek dezynfekujących – podobno, dzięki o bogowie na Olimpie, skóra przestaje produkować łój po kilku dniach, szkoda tylko desusów, które po kosmicznej podróży znajdują się w strzępach i trafiają do banku przedmiotów badawczych.

Karmią ich podle, batonikami bez smaku, nie mogą zdjąć skafandrów, muszą zapomnieć o prysznicu, wylegiwaniu się, a na dodatek womitują w drodze tam i z powrotem. Sytuacja nie do pozazdroszczenia… Ale jak ciekawie się czyta o badaniach, o testach, o podróżach, ba, nawet o fotelach, które trzeba przetestować przed podróżą hen w górę, czy radzeniu sobie z mdłościami.

Mary Roach pozwala laikowi spojrzeć na podróże w kosmos z prozaicznej strony. Odziera je z romantyzmu i tajemnicy, pokazując, jak wiele prób musi przejść każde domowe urządzenie, by ewoluować w coś, co pozwala przeżyć w pustce pełnej gwiazd, i jak bardzo człowiek musi się dostosować, by zobaczyć Ziemię daleko w dole. Bzyk tej autorki już za mną, aktualnie czaję się na Ducha. A Wam polecam podróż w kosmos.

Advertisements