Stay immature forever.

by oscetc

Jako dziecko lubiłam oglądać bajki. Nic nadzwyczajnego, dzieci zazwyczaj lubią. Podobno z tego się wyrasta, podobno w późniejszym wieku stają się nudne, podobno. Nigdy nie lubiłam słowa ‘podobno’. Postarzałam się przez te, powiedzmy, kilkadziesiąt lat dość znacząco i czekałam na wyrośnięcie. I co? Nie wyrosłam.

Z dużą przyjemnością nadal wracam do Muminków, bo to przeurocza bajka mojego dzieciństwa. Przeczytałam wszystkie książki Tove Jansson, darzę je dużą sympatią, ale Muminki to dla mnie jednak animowana kreskówka z piosenką śpiewaną przez Wiktora Zborowskiego. Z wielką frajdą wracam zawsze do mojej ukochanej bajki – Przygody Baltazara Gąbki/Porwanie Baltazara Gąbki na podstawie książek Pagaczewskiego. Książki też czytam co jakiś czas do dzisiaj. Niezawodny Smok Wawelski wyruszający na poszukiwania przyjaciela – profesora Gąbki – w towarzystwie kucharza herbu Zielona Pietruszka. A wszystko próbują zniszczyć Szpiedzy z Krainy Deszczowców. Po prostu Carramba!

Nie opuszczałam nigdy Smerfów i Gargamela, którego jako dziecko bałam się okrutnie, ale bajkę oglądałam, czekając z niecierpliwością na okrzyk: Jak ja nie cierpię Smerfów. Gumisie – zawsze i wiernie, piosenka oczywiście, że na pamięć. Scooby Doo – cudownie głupiutki, ale jakże przyjemny. No i oczywiście odkryty dużo później Świat według Ludwiczka.

Osobna kategoria to nowoczesne animacje. Zaczęło się od Shreka – w czasie premiery olśnienie i opad szczęki z powodu animacji. Przyjazna historia, wiadomo, szablonowa jak jasny gwint, ale co tam – paskudny ogr i gadatliwy osioł – najbardziej niedopasowana para świata, więc musieli się zaprzyjaźnić. Na dodatek księżniczka, która skrywa mroczną tajemnicę, masa bohaterów drugoplanowych i świetny polski dubbing – Shrek ja w dół patrzę! Druga część Shreka była sympatyczna – urocze zestawienie dwóch całkiem odmiennych światów. Trzecia to jedno wielkie rozczarowanie, toteż do czwartej odchodziłam z niewielkim zaufaniem, a okazało się, że była całkiem udana. Jeden wielkie ogr, a potem poszło już lawiną. Niemal dosłownie, bo za chwilę pojawiła się szczególnie przeze mnie ukochana Epoka lodowcowa – najdziwniejsze stado świata na ratunek. Pierwsze część była fenomenalna, świetnie napisana, odpowiednio wzruszająca, zabawna – wyważona. Druga dawała radę, świetne trzy oposy – z czego jeden nieco inny niż wszystkie. Trzecia była już nieco bolesna, a czwarta mocno średnia, ale ze względu na sentyment, obejrzałam z dużą radością.

Można niestety zauważyć tendencję spadkową – pierwsza część fantastyczna, druga niezła, a potem już gorzej albo dużo gorzej, a szkoda… Podobnie było z Madagaskarem. Pierwszy zrobił niesamowitą karierę. Fajny pomysł, świetnie zarysowane postaci, w tym pingwiny, które zrobiły niezwykłą karierę, a przede wszystkim genialny polski dubbing. Król Julian z głosem Boberka i jego ‘wyginam śmiało ciało’ to było szaleństwo! Druga część była miła, ale nienadzwyczajna, za to trzecia rozczarowała mnie totalnie – poszłam na film w czasie urlopu, w ramach sierpniowej rozrywki i nie doznałam rozrywki, tylko rozczarowania, ani pingwiny, ani Julian nie uratowały sytuacji.

Animacji było naprawdę wiele, ale gdybym miała zrobić listę, które należy obejrzeć (omijając, nazwijmy je ogólnie, dobranocki), przy czym to lista absolutnie subiektywna i większość się ze mną na pewno nie zgodzi:

1) Planeta 51 – opis rozpoczynający się od słów: “kolejny film twórców Shreka…” nie zachęca specjalnie do seansu – w końcu ile razy można oglądać to samo, ale warto dać filmowi szansę. Opowieść o obcych, ale z innego punktu widzenia, czyli co by było gdyby to ludzie byli kosmitami? Znakomicie oddany klimat lat 50. – stare piosenki (Lollipop rządzi), a dla kontrastu z ipoda astronauty leci Macarena. Jest zabawnie, lekko, przyjemnie. Dodatkowy plus za małego robota – Rovera – który zachowuje się jak uroczy psiak, a w jednej ze scen tańczy w specyficznym deszczu jak Gene Kelly i chociażby dla tej sceny warto!

2) Potwory i spółka – przeurocza opowieść o przyjaźni, która może się zdarzyć zawsze – nie mają znaczenia różnice: płeć, poglądy, wiek, zajęcie, ba, nawet to, czy ktoś ma futro (i to w kolorze!), czy nie. Fantastyczna kreacja świata – potwory są różne i różniste – wielookie, kudłate, małe, duże, kolorowe, jednokolorowe – do wyboru, do koloru, co kto lubi. Wszystko okraszone świetną muzyką, a przede wszystkim piosenką ‘If I Didn’t Have You”, którą wykonują Billy Crystal i John Goodman. Nie można nie obejrzeć, a po seansie trudno się nie zakochać. Z pewną obawą patrzę na nadchodzącą część drugą, po pierwsze boję się sequeli, a po drugie – jeśli jedynka była fantastyczna, to jak uwierzyć, że dwójka nie będzie słabsza?

3) Iniemamocni – byli sobie superbohaterowie. Pan Iniemamocny, obdarzony niezwykłą siłą, i jego urocza małżonka Elastyna, która – jak można się łatwo domyślić – rozciąga się w każdą stronę bez najmniejszych problemów i łamania kręgosłupa. Oskarżeni o łamanie prawa, musieli zrezygnować z tajnej pracy i osiedli na przedmieściach. Pan Iniemamocny nieco zdziadział, wyhodował brzuszek i ogarnia go coraz większa frustracja. Jego żona oddała się wychowaniu dzieci – niewidzialną Wiolą, superszybkim Maksem i Jack-Jackiem. I nagle Pan niegdyś Superbohater może wrócić do akcji. Bardzo sympatyczny scenariusz, dobrze napisany, świetna kreacja postaci – przy czym fajna jest nie tylko rodzina superbohaterów, lecz także ich przyjaciel Mrożon, a przede wszystkim projektantka mody – Edna, wredne toto, małe toto i przykuwa wzrok natychmiast. Warto dla pomysłu i postaci.

4) Ratatuj – kocham gotować, a potem spożywać to, co zrobię (bardziej lub mniej udanie), więc dwie rzeczy są raczej pewne – nigdy nie będę szczupła i nigdy nie odpuszczę oglądania filmu o gotowaniu. Jak mogłabym więc nie obejrzeć Ratatuj? Śliczna historia o małym szczurze, który kocha gotować i bardzo irytuje go żywienie się w śmietnikach i dojadanie resztek po ludziach, które absolutnie nie przeszkadza rodzinie. Z drugiej stronie dość marny kucharz, który staje się dziedzicem znanej restauracji. W tle Paryż, miasto zakochanych i miasto gotowania plus wątek romansowy niezły (i nie psuje filmu!), świetne muzyka, ładna animacja, niezły scenariusz, jedzenie – wygląda tak, że aż mam ochotę na ugotowanie czegoś pysznego. Do polecenia, ale należy pamiętać o zapasach czegoś do podjadania w tle, bo inaczej włącza się za duża frustracja.

5) WALL-E – mały, uroczy robot, samotny na planecie pełnej śmieci, ogląd stare filmy o miłości – można się zakochać już po opisie, ale potem patrzysz w oczy WALL-Ego i zakochujesz się po prostu maksymalnie. A potem robot się zakochuje, a Tobie pozostaje się tylko wzruszyć. Animacja na wysokim poziomie, historia, która wciąga, ale to wszystko jest bez znaczenia, wystarcza tylko WALL-E. Dla niego warto, nawet kilka razy.

6) Toy Story 3 – Przegapiłam pierwszą i drugą część dość świadomie, ale kiedy do kin wchodziła część trzecia, postanowiłam wziąć krówkę za rogi i obejrzałam. Szczerze mówiąc, bez zachwytów – może jestem za stara (to raczej na pewno), może rozpuszczona przez dużo lepsze animacje (wielce prawdopodobne), może nieco zblazowana (jak wyżej), ale twardo podeszłam do części trzeciej na zasadzie: Ja? Ja nie obejrzę animacji? Phi! Obejrzałam i bardzo mi się podobało. Nieco odświeżona historia, nowi bohaterowie, nowe wyzwania, fajna ścieżka dźwiękowa. Nic nadzwyczajnego, ale Toy Story to kawał historii animacji, a skoro nie przepadam za pierwszymi dwiema odsłonami, pozostaje mi polecić część trzecią.

7) Jak wytresować smoka – Film o wikingach i o smoku? Count me in! Nie mogłam tego przegapić, choćby dla tematu – no bo w końcu, wikingowie! smok! Smok! Urocza opowieść o przyjaźni, która jest ponad podziałami. Tego filmu nie potrafię opisać zachęcająco, bo wszystko wydaje mi się za słabe, po prostu trzeba go obejrzeć. Jednak z moich koleżanek, która nie ogląda animacji, bo są nudne, zachwyciła się tym filmem i obejrzała go potem jeszcze kilka razy. Piękny smok, pięknie pokazane, jak rodzi się przyjaźń. Film, do którego często wracam.

8) Księżniczka i żaba – Prosta zdawałoby się historyjka – dzielna i pracowita dziewczyna, żaba, pocałunek, a potem żyli długo i szczęśliwie. Hola, hola, nie tym razem. Dziewczyna stąpa mocno po ziemi, chce otworzyć własną restaurację i ani jej w głowie harce, zabawy, zapomina, co znaczy radość życia. Żaba to a i owszem zaklęty książę, ale nie jest wymarzonym kandydatem na małżonka (aroganckie toto, narcystyczne i nieprzystosowane do życia). Pocałunek zaś nie gwarantuje szczęśliwego zakończenia, ale dopiero rozpoczyna właściwą przygodę. Warto nie tylko dla fabuły, ale przede wszystkim dla kipiącego życiem Nowego Orleanu – pełnego muzyki, radości i kolorów. Momentami straszy!

9) Shrek – nie mogło go zabraknąć w tym zestawieniu, bo to od niego animacja narodziła się ponownie. Animacja dla dorosłych warto dodać. Oglądana kiedyś zachwycała grafiką, rozwiązaniami technicznymi. Oglądana po latach wywołuje opad szczęki, jak bardzo ten przemysł poszedł do przodu. Wracam do pierwszej części przygód zielonego Ogra z wielkim sentymentem. Nie tyle dla historii, która jest fajna, ale bywały później dużo lepsze, ale przede wszystkim dla bardzo dobrego polskiego dubbingu i świetnych tekstów – to było zanim Wierzbięta się rozszalał z milionem nawiązań, co chwilami bywa męczące. Na pewno nie do ominięcia (przynajmniej część pierwsza).

10) Odlot – prześliczna animacja. Jako rzecze moja przyjaciółka – czołówka, podczas której rozwyła się w kinie, a razem z nią łkała połowa sali. Pięknie odwrócona historia, w której głównym bohaterem jest staruszek, ale nie miły i ciepły dziadek z sąsiedztwa, tylko złośliwy tetryk z krwi i kości. Fantastycznie narysowane, świetne dialogi, znakomite postaci – w tym mój ukochany As (polecam z polskim dubbingiem, bo jego tekst o ganku made my year co najmniej), przyjemna muzyka. I TEN początek historii. Oglądajcie Odlot, bo warto.

Mogłabym wymienić jeszcze kilka(dziesiąt) animacji – na liście zabrakło choćby Don Chichota (ale tę animację lubię tylko ja, więc odpuściłam), Zaplątanych, Aut, Robotów, które mają fenomenalny polski dubbing, Fantastycznego Pana Lisa, którego kocham wielce, Tintina, niesamowitego Walca z Baszirem, słabo u nas znanej $9.99, w którym Tatia Rosenthal zaprasza nas do świata klnących aniołów, sfrustrowanych urzędników, kilkucentymetrowych abnegatów, wampirycznych modelek, dzieciaków niegotowych na dorosłość i dorosłych niegotowych na dzieci; Edisona i Leo, który niestety pojawił się u nas tylko na festiwalu. Jednak ze względu na fakt, iż wpis mógłby osiągnąć objętość nieprzyswajalną dla żadnego czytelnika, tutaj zakończę. 

Advertisements