Jeżeli kiedyś znudzi Cię podróżowanie z Doktorem, odpuść sobie. Ale dopiero wtedy.

by oscetc

Spoilers dear – jeżeli ktoś, w przeciwieństwie do mnie, lubi niespodzianki, może spokojnie opuścić tekst, zapewne zaroi się od spoilerów.

To nie jest recenzja – to raczej garść luźnych myśli na temat słuchowisk Doktorowych – dokładniej Pierwszy Doktor, słuchowiska Quinnis, Hunters of Earth, The Fragile Yellow Arc of Fragrance, Farewell Great Macedon, The Masters of Luxor, Here There Be Monsters, The Transit of Venus, The Wanderer, The Flames of Cadiz, The Library of Alexandria, The Rocket Men, The Time Museum. Jeżeli oczekujesz recenzji, możesz spokojnie opuścić ten wpis.

 Z uwag technicznych: Słucham w kolejności chronologii wewnętrznej (podobno).

Zbierałam się do słuchania Doktora bardzo długo – totalnie mi nie szło. A to było za głośno (jak diablo głośno jest w metrze!), a to jechałam z tłumem ludzi, a to nie miałam czasu, a to praca, a to pragnienie zawarcia bliskiej znajomości z własnym łóżkiem. Refleksja ogólna – kiedy jestem jak Jonasz z Ballady biblijnej Kofty – wypluta (tyle, że po pracy, a nie na kacu), słuchowiska dobrze robią.

Zaczęłam poprawnie, od słuchowiska numer jeden – Quinnis. Skupiłam się maksymalnie i poszło. Historia mnie nie porwała, ale z perspektywy czasu (i kolejnych słuchowisk) przyznaję, że mogło to być spowodowane moją niechęcią do słowa słuchanego. Doktorowi towarzyszy tylko Susan, a nie jest to postać, którą darzę wielką sympatią, później bywała mniej irytująca, ale początek naszej znajomości był dość kiepski. Na planecie Quinnis panuje susza, Doktor postanawia sprowadzić deszcz (ciekawe, czy zostały mu na przyszłość szamańskie zapędy), a potem, jak to zwykle bywa, wszystko idzie zupełnie niezgodnie z planem. Refleksja po: jeżeli masz plan, odpuść sobie – i tak wyjdzie jak wyjdzie.

Drugie w kolejce było Hunters of Earth. Tu już z założenia musiało być nieźle – The Beatles w radio, come on! – to musiało mi się spodobać (tak, wiem, że początki były fatalne, a niezłe teksty zaczęły się pojawiać raczej później niż wcześniej). Susan, nadal dość irytująca, próbuje żyć na Ziemi jak normalna nastolatka. Słucha muzyki, krąży po mieście, ba, spotyka nawet chłopca – chłopca miłego, ułożonego, przyjaznego. Taaak, chyba jasne od początku jest, że to nie może być luźny obrazek sielskiego życia nastolatki. Koledzy ze szkoły stają się agresywni, pragnąc zwalczyć wszystko, co obce, a biedne dziewczę i jej niemal rycerz na białym koniu próbują stawić czoła napastnikom. Bardzo smutne słuchowisko, bo po raz kolejny okazuje się, że ludzie z otoczenia Doktora (i Susan) są inni niż się wydają na pierwszy rzut oka – nastolatka (no bo Susan wygląda jak nastolatka, prawda?) nie może się zakochać, bo miły na pierwszy rzut oka chłopiec ma oczywiście wujka, który nakazał mu szpiegowanie dziewczęcia, by zbliżyć się do Doktora. Refleksja po: Doktor i członkowie jego rodziny nie mają szczęścia w miłości.

Kolejne słuchowisko zaspokoiło mój brak postaci – w końcu jest i Barbara, i Ian, a nie tylko Susan. The Fragile Yellow Arc of Fragrance w pierwszej chwili luźno skojarzyło mi się z filmem Raport mniejszości. Utopia, mieszkańcy pozbyli się wszystkiego, co złe, smutne, nieładne, panuje totalna harmonia. Nie ma światów idealnych, więc z duszą na ramieniu czekałam na niepasujący element. Niepasujący z ludzkiego punktu widzenia, gdyż absolutnie zgodny z zasadami panującymi w tym kawałku kosmosu. Okazuje się, że kiedy kochasz, to kochasz tylko raz, jeżeli tracisz osobę, którą kochasz, kończy się Twoje życie. Skojarzyło mi się to ze zwyczajami pogrzebowymi w Indiach – kiedy umierało jedno z małżonków, drugie wchodziło na stos żałobny razem z nim. W tym odcinku Doktor jest okrutny i podejmuje decyzję za Barbarę, jedną z najtrudniejszych i chociaż jestem w stanie zrozumieć jego pobudki i zapewne miał rację (z perspektywy czasu), trudno mi się pogodzić z tym, że komuś odbiera się możliwość wyboru. Ian po raz pierwszy odkrywa, że utrata Barbary byłaby dla niego bolesna, a z ust Barbary pada jedna z ciekawszych definicji ludzkości: „Kocham Ziemię, jej piękno i brzydotę, jej złote serce i szaleństwo, z daleka od niej, czuję, że kocham i tęsknie za każdym jej elementem”. Refleksja po: Najpiękniejszym (i najsmutniejszym) elementem harmonii jest jej brak.

Po smutnym odcinku z pewnym przerażeniem spojrzałam na czas trwania „Farewell Great Macedon” – ponad cztery godziny. Zapowiadało się boleśnie, ale miało być o Aleksandrze Wielkim, więc nie mogło być bardzo źle. I wiecie co? Nie było! Aleksander cenił miłość, mądrość i odwagę, ale strasznie krzyczał. Niezwykle złożona postać – władczy, odważny, lojalny, wierny, agresywny, łatwo wybuchał gniewem, sprawiedliwy – być może w tym tkwiła siła jego sukcesu? Dzielna czwórka trafia do obozu Aleksandra Wielkiego. Kiedy dowiadują się, który to rok, Barbara, jak to historyk, stwierdza ze smutkiem, że linia życia młodego władcy dobiega kresu. Po drodze zdarzają się jednak zagadki rodem z wielkich kryminałów – po kolei giną wierni i wierniejsi zausznicy Aleksandra. Oczywiście głównymi podejrzanymi stają się w pewnym momencie Ten Tajemniczy Człowiek, Który Szuka Niebieskiego Czegoś i Jego Towarzysze, jakżeby inaczej. Z ciekawostek: Doktor przygotowuje się do transfuzji krwi, w starożytności. Prawdziwe połączenie Stulecia Chirurgów i Stulecia Detektywów – kryminał z wątkiem medycznym – nie mogę tego nie kochać, a Thorwald jakoś zbladł w moich oczach. Refleksja po: Wielcy ludzie są wielcy ludźmi wokół siebie.

Po odcinku historycznym, smutnym, ale mimo wszystko sympatycznym, nadszedł odcinek creepy and I mean it… The Masters of Luxor – na początku była cisza, cisza przejmująca, dojmująca, a potem coś zaczęło się budzić i zagrażać Doktorowi i wiernym towarzyszom. Zapewniam, że słuchanie tego słuchowiska w nocy, przy zgaszonym świetle, dostarcza niezapomnianych wrażeń. Nie wiem, czy już wspominałam, że nie oglądam horrorów, gdyż zwyczajnie boję się każdego z osobna, a w natężeniu ilościowym staję się Italią – robię się na przemian biała, zielona i czerwona. Nie wiem zatem, co mnie podkusiło, żeby słuchać tego odcinka, kiedy wokół mnie była tylko cisza. A raczej wiem – pchała mnie chęć posłuchania kolejnego epizodu i byłam ciekawa, co będzie dalej. Ciekawość to pierwszy stopień do wiedzy, mówią. Ciekawość to pierwszy stopień do piekła, mówią. Ciekawość to pierwszy stopień do zawału, mówię ja. Najpiękniejsze zdanie: „You brought these different creatures – these women – to confuse us.” Refleksja po: Odcinek wybitnie dla miłośników zaglądania wraz z bohaterami horrorów w najciemniejszy kąt piwnicy w środku nocy no i dla tych, co się lubią bać.

Kolejnego słuchowiska słuchało mi się całkiem przyjemnie. Skądinąd, wiem, że „słuchanie słuchowiska” brzmi strasznie, ale jakoś mi niesamowicie pasuje, a w końcu tutaj nie muszę zachowywać stuprocentowej poprawności językowej, prawda? (Tu rozejrzała się podejrzliwie wokół siebie, w pustym mieszkaniu, co chyba nie najlepiej świadczy o stanie umysłu, ale któż by się przejmował). Susan, już nieco mniej irytująca, wspomina – przerażającą przygodę, kiedy niemal nie straciła życia i zaczęła pojmować, że nie może podróżować z Doktorem wiecznie. Pada oczywiście garść ciekawostek: wiemy, że Susan opuściła Tardis, wyszła za mąż i że w rzeczywistości jest starsza niż Ian i Barbara razem wzięci. Najbardziej przejmujący jest ten GŁOS – głos, który nadal słyszy w snach. Odcinek wybitnie dla ludzi, którzy cenią dobre głosy. Refleksja po: Dementorzy to pestka przy The First Mate, a Rowling wcale nie jest tak kreatywna jak jej się wydaje.

Jak można się domyślić, Here There Be Monsters, nie jest moim ulubionym odcinkiem, ale po nim nastąpił odcinek historyczny – The Transit of Venus – i od razu poczułam się u siebie. Kapitan James Cook, postać jak najbardziej historyczna. Endeavour – statek jak najbardziej historyczny. Odkrywanie Nowego Świata jak najbardziej historyczne, a poza tym dowiadujemy się, dlaczego do Australii zaczęto zsyłać więźniów. Po statku pałęta się Joseph Banks postać również historyczna. Botanik, który przywlókł do Starego Świata eukaliptus, akację czy jakże lubianą przeze mnie mimozę. W pakiecie również konflikt dwóch naukowców – Iana i Banksa plus nieobecność zaginionych Barbary i Susan oraz Ian, który coraz głębiej pogrąża się w szaleństwie, popada w paranoję – wietrzy wroga, gdzie popadnie. No i najważniejsze – Tardis się zgubiła i Doktor zachowuje się jak człowiek, okazując słabość i tęskniąc za Susan i za Tardis. A wierzcie mi, Pierwszy Doktor był dość groźny i mało przyjazny. Refleksja po: Żeby jeden towarzysz Doktora wpłynął na losy świata, jednym zdaniem budując potęgę Australii…

The Wanderer – nie zachwycił, nie położył na łopatki, ale był ciekawy ze względu na osobę, którą poznaje Ian. Objawia się (nie potrafię użyć innego czasownika w kontekście osoby) ni mniej ni więcej, tylko Rasputin. Przez jednych wielbiony, przez innych nienawidzony – człowiek, który wpływał na losy nie tylko jednego z największych imperiów, lecz w konsekwencji świata. Warto z czterech powodów: po pierwsze Syberia, po drugie – nareszcie wiemy, skąd brały się wizje wieszcza, po trzecie: odcinek historyczny, a to lubię, a po czwarte, dla spostrzegawczych, zaczęłam chichotać w autobusie, kiedy w słuchowisku padł tekst: „Most people looked at him with terror and with fear”, aż czekałam, kiedy padnie: „But to Moscow chicks he was such a lovely dear”. Refleksja po: Boney M jest wieczne.

Kontynuując wątek historyczny – moje dotychczas ulubione słuchowisko – The Flames of Cadiz. Tym razem na tapecie Sir Francis Drake – dzielny pirat, w służbie jej królewskiej mości. Konflikt z Wielką Armadą. Sto procent historii w historii. Ciekawy odcinek nie tylko dlatego, że fajnie pokazano aspekt konfliktu morskiego, lecz, co najważniejsze, fanfary, Doktor się myli i to myli paskudnie, co może w znaczący sposób wpłynąć na losy świata, może zmienić historię, a jak wiadomo nie jest to coś, co błękitne tygryski lubią najbardziej. Ian jest pełnokrwistym, nieco zaciętym, Brytyjczykiem – w pogoni za marzeniem, za ideałem styka się z brutalną rzeczywistością – bo jak to? To Drake nie był fantastyczny i bez skazy? Popełniał błędy? Był bucem i miał w głębokim poważaniu informatorów? Ian rzekłby niemożliwe, przynajmniej do pewnego momentu… Barbara spełnia się jako historyk – naprostowując fakty i wpychając wszystko, co się da we właściwe koleiny. Susan pałęta się gdzieś między nimi, już nie jest irytująca, zapewne przywykłam, bo ja się szybko przyzwyczajam. A w tle kilka ciekawych postaci i Inkwizycja, a jak wiadomo, nikt się nie spodziewa hiszpańskiej Inkwizycji. Doktor na pewno nie… Refleksja po: Marzenia są lepsze od rzeczywistości, bo ciężko podnieść się z szoku, kiedy ideał sięgnie bruku…

Bardzo podoba mi się w serii słuchowisk z Pierwszym Doktorem nagromadzenie opowieści historycznych. Był Cook, był Aleksander Wielki, był Drake, a w The Library of Alexandria trafiamy – cóż za zaskoczenie – do Aleksandrii i największej biblioteki w dziejach starożytnego świata. Doktor i jego towarzysze postanawiają odpocząć, a czyż może być po temu lepsze miejsce niż Egipt? Piaszczyste plaże, błękitne morze, lokalne specjały no i oczywiście zwoje, zwoje i zwoje. Ian zaprzyjaźnia się z Hypatią, która bada książki. Jest nią wyraźnie zafascynowany, co budzi sporą zazdrość Barbary. Tak, tak, wątek romansowy rozwija się już od kilku odcinków – padali sobie w ramiona, brali dłoń w dłoń, ona odrzuciła innego, a on teraz gania za panną ze starożytności. Ale oczywiście w celach naukowych. Mężczyźni… Ciekawa fantazja na temat tego, co spowodowało cofnięcie cywilizacji o kilkaset lat, no i Doktor, którego udało się zaskoczyć. Well done Barbara & Susan! Well done! Refleksja po: Gdyby Jack Sparrow wiedział, jak groźny jest Kraken…

Przedostatnie z dotychczas wysłuchanych słuchowisk, The Rocket Men, w ogóle nie przypadło mi do gustu. Nudziłam się jak mops, nawet wzdychałam pod nosem! Nie podoba mi się igranie ze słuchaczem. Na razie nie oglądam Pierwszego Doktora, a tu jak królik z kapelusza wyskoczyła Vicki. Naprawdę? Nie można było dać jakiegoś małego zagajenia dla nieoglądających? Plus Ian – superbohater. Nie przemówiło to do mnie totalnie. Refleksja po: Deux ex machina nie sprawdza się zawsze. Grekom co greckie, a słuchaczom co Doktorowe.

Po The Rocket Men, z pewną taką nieśmiałością sięgnęłam po The Time Museum. Odcinek poświęcony Ianowi, który budzi się na The Chesterton Exhibition – wystawie poświęconej jego osobie i podróżom z Doktorem. Coraz głębiej pogrążamy się we wspomnieniach Iana, jest szkolna sala, w której uczył tych zainteresowanych i tych znudzonych; są fragmenty podróży, ale wszystko się zaciera. Jest, powiedzmy, kurator wystawy Pendolin, są tajemnicze istoty. Szkoda tylko tego, że Ian jest ciapą i jako ostatni domyśla się, o co w tym wszystkim chodzi – przecież łatwo się zorientować, jaki jest cel wystawy i obecności głównego obiektu… Refleksja po: Ian to ciapa, ale nawet ciapa potrafi zostać bohaterem.

Za mną kilka słuchowisk, przede mną morze kolejnych – starczy mi ich zapewne do 2015 roku, jeśli nie na dłużej. Bardzo przyjemna, zazwyczaj, sprawa, gwarantująca relaks, a jak przyjemnie czyta się przy tym kryminały, no i Pratchetta, ale Pratchetta zawsze czyta się przyjemnie. Note to self – robić notatki, bo dzisiaj musiałam odsłuchiwać kawałki, żeby znaleźć to, czego szukam. A w ramach postscriptum: przyjmę wszystkie gromy, że się nie znam, że nie zrozumiałam, że coś pomyliłam, że zupełnie nie tak.

Advertisements