Przeczytało mi się w 2013 roku, część pierwsza

by oscetc

Dużo czytam. Od zawsze. Wszędzie. Przy każdej okazji. Czytam, kiedy się gdzieś przemieszczam. Czytam, kiedy jem (ale tylko własne książki, na pożyczone dmucham, żeby im nawet rogu nie zagiąć, bez obaw). Czytam przed zaśnięciem. Czytam, kiedy słucham Doktora i muzyki. Czytam, kiedy oglądam film czy program – ba, denerwuję się, kiedy nie mogę wtedy czytać, czegoś mi brakuje. Nie czytam tylko, kiedy się budzę i okazuje się, że za piętnaście minut muszę wyjść z domu, bo nieco zaspałam. Czytam namiętnie od dziecka. Od pierwszych książek „Poczytaj mi mamo”, kiedy rodzice, studenci i ludzie pracujący, na moje: „poczytajcie mi”, odpowiadali: „poczytaj sobie”. I tak nauczyłam się czytać, mając lat bodajże cztery. Potem było tylko łatwiej, a ja utknęłam w książkach na stałe i chyba się już nie oderwę. Podzieliłam przeczytane książki na kilka zestawów, w kolejności chronologicznej czytania w tym roku, żeby nikt nie umarł z nudów nad moją listą.

Na początku tego roku, w związku ze zbliżającą się premierą filmu, sięgnęłam oczywiście po Hobbita, żeby przypomnieć sobie, jak to dokładnie było. Oczywiście miałam przeczytać tylko ten fragment, który obejmuje scenariusz pierwszego filmu. Oczywiście tak się nie stało i dojechałam radośnie do końca. Hobbit jest przeuroczy przy każdej lekturze, stanowiąc znakomite wprowadzenie do Śródziemia, zachęca, żeby poznać więcej i więcej świata, który stworzył Tolkien. Do dzisiaj nie rozumiem, jak to się stało, że nikt mi nie podsunął tej książki, kiedy byłam dzieckiem. Od nauczycieli dostawałam do łapki kryminały, żebym się nie nudziła na lekcjach, kiedy wszyscy jeszcze pisali sprawdzian. Fantastyka była dość pomijana, nikt w nic nie grał, nikt nie czytał, Sapkowskiego poznałam przypadkiem w liceum, bo na jednej z imprez czytał jego książki facet, który stanowił ówcześnie uosobienie moich marzeń. A Tolkien mnie ominął chyba aż do premiery Władcy pierścieni.

À propos Władcy pierścieni. Po Hobbie poszło siłą rozpędu. Nie mogłam nie sięgnąć po Drużynę pierścienia, nie było siły, żebym pominęła tę książkę. A potem? A potem musiałam przeczytać Dwie wieże i Powrót króla. Nie było innej opcji. Zawsze świetnie się czyta, nawet dodatki do Powrotu króla – tak, namiętnie czytam dodatki. Cały Władca pierścieni jest pozakreślany, pozaznaczany, opatrzony komentarzami na marginesach, cały czas się zatem cieszę, że mam marne wydanie, zakupione za niecałe dziesięć złotych za sztukę – ciągle przymierzam się do nowego, ładnego, może kiedyś.

Mimo wielkiej sympatii do Tolkiena, postanowiłam na jakiś czas porzucić Śródziemie i sięgnąć po coś nowego. Padło na jedną z moich ulubionych autorek, Agathę Christie. Zamiast jednak powtarzać, po raz chyba dwudziesty, większość jej kryminałów, sięgnęłam po książki, które prezentują autorkę, jej sposób myślenia i pracy. Mowa o niedawno wydanych Sekretnych zapiskach Agathy Christie i ABC Zbrodni Agathy Christie. Warto czytać ciągiem, bo się uzupełniają. Wśród opasłych rodzinnych zbiorów odnaleziono bowiem zeszyty i notatniki Christie. Nie była porządna, nawet wcale nie – notowała wszystko po kawałku, w różnych miejscach, od początku, od końca, na środku, mieszając wszystko, co się da, a na dodatek bazgrała tak, że kura pazurem kaligrafuje. Autor wykonał zatem tytaniczną pracę, ale opłaciło się, bo dostajemy nie tylko treść notatników, wraz z kontekstem biograficznym i historycznym, lecz także alternatywne wersje powieści i coś zupełnie nowego. Ostrzegam jednak lojalnie, że to książki dla tych, którzy znają twórczość pisarki – masa odniesień do książek, wyjaśnień, kogoś, kto nie czyta bądź nie czytuje Christie może znużyć…

Wobec mojej wielkiej sympatii do książek Pratchetta, nie może ich zabraknąć, jako że na początku każdego miesiąca próbuję uzupełnić moją kolekcję. Co prawda stoję wtedy przed półką w księgarni i dumam, czy mam tę książkę, czy może nie i zawsze obiecuję sobie, że następnym razem zrobię listę. Wiedziałam, że nie mam Ciemnej strony słońca. Postanowiłam więc odkryć dawnego Pratchetta. Miałam ogromne oczekiwania po Dywanie, który mnie zachwycił i mogę go czytać raz za razem. Ciemna strona słońca nieco mnie rozczarowała – fabuła chwilami się wlecze, kilka rozwiązań pojawia się jak królik z kapelusza, ale widać, skąd wziął się sukces Świata Dysku.

Odłożywszy na półkę Pratchetta, sięgnęłam po Gaimana. Tym razem padło po Nigdziebądź. Czytane niegdyś, kiedy nadrabiałam fantastykę, po kolei, jak leci. Postanowiłam wrócić i posmakować po kawałku. Gaiman w pierwszej książce, a już cudny, świetna fabuła, kreacja postaci i świata, która co najmniej zaskakuje. Szkoda tylko, że Nigdziebądź wznawia MAG (czwarte wydanie) bez poprawek i uaktualnień – czytanie chwilami boli ze względu na mnogość usterek, szczególnie na początku, ale Gaiman tak wciąga, że później przestałam zwracać na to uwagę i cieszyłam się fabułą. Książka na pewno do wracania.

Po fantastyce, biografii i znowu fantastyce postanowiła wrócić do tego, co tygrysy lubią najbardziej. Do kryminałów. Sięgnęłam po Agathę Raisin i zemstę topielicy i Agathę Raisin i śmiertelną pokusa. Dwunasty i trzynasty tom serii, który można kupić w kiosku w poniedziałki i biegam co poniedziałek radośnie po kolejne. Nie jest to na pewno książka w żaden sposób nadzwyczajna, nie jest nawet szczególnie dobra, ale bardzo przyjemna, odprężająca, nie wymaga szczególnego myślenia, a postać głównej bohaterki – niegdyś cwanej kobiety biznesu, której nie pokonał żaden przeciwnik biznesowy, a w głębi serca niepoprawnej romantyczki – bawi i łatwo się do niej przyzwyczaić. Seria ma jeszcze jeden wielki plus – przyjazny format, dzięki któremu znakomicie sprawdza się w środkach komunikacji publicznej.

Na urodziny zamówiłam, między innymi, Pierwsze damy II RP. Spodziewałam się czegoś ciekawego, fajnie napisanego, pełnego interesujących faktów. W ogólnym rozrachunku wyszło nieźle, ale książka nie jest zbyt przyjazna czytelnikowi. Nie odpowiadał mi przede wszystkim język autora, jest prosty, zdecydowanie za prosty, czytało się toto nieco jak romansidło, a nie książkę, która pretenduje do miana książki historycznej. Okazuje się, że nie wystarczy pisać o czymś, co zdarzyło się kiedyś, żeby napisać książkę historyczną.

Nieco zdegustowana poprzednią książką, sięgnęłam po Życie prywatne elit II RP – w podobnym klimacie, ale nieco inne spojrzenie, podobno niepoparte źródłami historycznymi (co zaowocowało konfliktem na linii autor i potomkowie osób wspomnianych w książkach). ale przyjemna lektura, która uczłowiecza ludzi tamtej epoki, obnażając romanse, skandale, miłostki, ach Paderewski, w którym kochały się dzikie tłumy!

Lubię serial Castle, z wielu powodów, a jednym z nich jest osoba tytułowego bohatera. Miłośnik teorii spiskowych, konsultant policji, zabawny facet, a przede wszystkim pisarz. Na fali popularności serialu, twórcy postanowili zarobić jeszcze więcej i wydali książkę napisaną przez Richarda Castle’a, Fala upału. Nie wiem, na czym zrobił majątek Castle, ale na tej książce nie powinien się wybić…. Prosta, nieskomplikowana, ale głównie dla fanów serialu, którzy mogą sobie dopowiedzieć wiele rzeczy i szukać analogii między tym, co na kartach książki, a tym, co w serialu.

Wobec wielkiej miłości do Pratchetta, nie mogłam opuścić premiery Długiej ziemi. Nie mogłam się wręcz doczekać! Przekopywałam się przez treść dość niecierpliwie na początku, a potem coraz wolniej i wolniej. Bez szału, czyta się przyjemnie, ale Ci, którzy oczekują opowieści rodem ze Świata Dysku mogą się poczuć rozczarowani. Warto, bo to Pratchett, ale z założeniem, że nie jest to jego najlepsza książka. Dużo bardziej podobały mi się dwie kolejne, które zostały wydane w kwietniu i o których na pewno jeszcze napiszę.

Na koniec trochę tego, o czym już było powyżej. Książka, którą napisali razem Gaiman i Pratchett, czyli Dobry omen. Kupiłam kilka lat temu i cieszyłam się lekturą, a potem jakaś średnio podła kreatura pożyczyła ode mnie książkę i nie oddała. Średnio podła, bo jednak znajoma, a bardzo podłym książek nie pożyczam, ograniczając kontakty. Notabene, Łups! też ktoś ode mnie pożyczył i nie oddał, Straż! Straż! Też. Odkupiłam po dłuższym czasie w ramach uzupełniania kolekcji i nadal wciąga, bawiłam się świetnie po raz kolejny. Dobry omen to bardzo przyjemny kawałek, a nawet kawał książki.

Ufff, część pierwsza za mną, będą kolejne, bo mogę wyrzec się wszystkiego, ale nie czytania. Książki, księgi – czytam to, co dostanę do ręki. Biblioteko osiedlowa – nadchodzę jak najczęściej się da (wobec osiągnięcia dna finansowego, a nawet taplania się już coraz bardziej w błocie). 

Advertisements