Nie jestem nerdem, ale słucham (Pierwszego) Doktora

by oscetc

Miałam przerwę w słuchowiskach. Trudno powiedzieć, dlaczego. Z jednej strony winę hałas w metrze, który uniemożliwia mi niemal słuchanie. Nic nie poradzę na to, że chociaż w ogóle nie potrafię śpiewać (ale tak naprawdę, bez kokieterii, sama siebie nie mogę słuchać), to mam dosyć wyczulony słuch. Wszyscy mówią za głośno, a metro czy pociąg podmiejski do pracy hałasują tak, że ledwie słyszę. Z drugiej strony – lenistwo i zero weny. Miałam chęć tylko na spanie i czytanie. Spanie jest co prawda trochę przereklamowane, ale czytać mogę zawsze i wszędzie nadal i w każdych okolicznościach. Po trzecie winię moją panią doktor. Nie dość, że kazała mi wejść na wagę, a ja nie wchodzę na wagę nigdy, przenigdy, przynajmniej przez ostatnie dwa lata; a poza tym zakazała mi jeść mąkę i cukier, no i pić mleko. A to oznaczało: zero chleba, zero makaronu (zero makaronu!), zero pierogów, zero naleśników, no i brak czekolady, żelków i wielu innych rzeczy. Nie jest najgorzej, o dziwo, ale brak czekolady spowodował niechęć do świata, odruchy agresji i lekką utratę panowania nad sobą, co mi się na co dzień nie zdarza. Dobrze, że wolno mi jeść ziemniaki i nie zakazano mi kawy. Za brak kawy mogłabym zabić.

Usprawiedliwiłam już milczenie, co miało ukryć, zapewne dość nieskutecznie, moje lenistwo. Mogę zatem przejść do Doktora.

Jak by to napisać. Zawiodłam się nieco na drugiej części słuchowisk Pierwszego Doktora… Pierwsza uwiodła mnie słuchowiskami historycznymi, barwnymi opisami postaci, wątkami znanymi z podręczników, w które sprytnie wpleciono ingerencję Doktora. O niemal każdym odcinku miałam coś do napisania, bo dawał dużą frajdę. Przy części drugiej, well, pozostaje mi opisać bardziej wrażenia ogólne, nie zagłębiając się w szczegóły.

Na pierwszy ogień poszło The Suffering. Trudno, żeby nie zachęciło do słuchania dalej. Rok 1912, czas przemian. Sufrażystki walczące o prawo głosu dla kobiet, o to, żeby taka panna jak ja mogła umieszczać w takim miejscu bardziej lub mniej osobiste wynurzenia. Nie jest to jednak, jak można się domyślać, słuchowisko wyłącznie społeczne. Jeśli pojawia się Doktor, wiedz, że coś się dzieje. Coś to w tym przypadku czaszka zaginionego ogniwa. Nie jest to jednak tylko kawałek przeszłości, ale także przyczyna niedyspozycji Vicki. Biedne dziewczę słyszy głosy, choruje. Doktor i Steven badają szczątki, by ocalić towarzyszkę podróży i świat. Bardzo toto udane, fajnie napisane, wszystkie elementy wyważone – chwilami jest zabawnie, chwilami bardzo poważnie, chwilami groźnie.

Kolejne było Frostfire. Nie mogłam tego przegapić, w końcu pojawia się w tym słuchowisku Jane Austen. A ja bardzo lubię Jane Austen, czytam namiętnie od czasu do czasu. Ba, przebrnęłam nawet przez Dumę i uprzedzenie i zombie, a nawet czytałam bardzo złe książki stanowiące w założeniu kontynuację dziejów bohaterów Dumy i uprzedzenia czy Rozważnej i romantycznej – w praktyce jednak wychodziły mdłe i mocno średnie romansidła. Nieco lepiej na tym tle wypada Emancypacja Mary Bennet, ale i tak to tylko popłuczyny po oryginale. Zapewne gdzieś w części przeczytane pojawi się opis, ale w zarysie – szara myszka, Mary, uznawana za najbrzydszą z sióstr pokazuje charakter, a tego żadnej z panien Bennet nigdy nie brakowało. O Dumie i uprzedzeniu i zombie też pewnie będzie, bo spłodziłam kiedyś recenzję, muszę ją tylko odszukać gdzieś w odmętach dysku, skoro już zniknęła z sieci. Wracając jednak do Doktora, bo przecież wpis miał być o Doktorze, a nie o mnie czy czytaniu, Frostfire miesza dwa okresy czasowe. Dawno, nawet bardzo dawno temu, gdzieś hen w starożytności Cressida opowiada historię podróży w Tardis. Przy okazji Cressida zakochała się w synie Priama, tego od Wojny trojańskiej. Mogłam ostrzec na początku, że będzie dużo dygresji… Ad meritum – wiek XIX, Londyn, Tardis ląduje na zamarzniętej Tamizie. Największym cudem stolicy jest jajo Feniksa! Jajo oczywiście ma świadomość i bardzo nie chce być samo, pochłania zatem całe ciepło, działając o wiele skuteczniej niż Buka. Poznajemy dalsze losy Vicki, która decyduje się opuścić Doktora i dowiadujemy się, kim jest Cressida. Frostfire pokazuje, że cykl świata zawsze jest zamknięty i to, co ma koniec, na pewno ma też początek, nawet jeśli wydarzenia dzieli niemal trzy tysiące lat. Jest historycznie, więc musiało mi przypaść do gustu, a poza tym Come on, to musiało być fajne – Feniks!

Potem było The Destroyers, odcinek o Dalekach. Bogowie, nie mam, co napisać. Ogólnie strasznie się męczyłam. Robiłam zdaje się sześć podejść przez jakieś dwa tygodnie, słuchając po kawałku i nadal się nudziłam. Mały chochlik w mojej głowie mówił: odpuść sobie, nikt się nie dowie, skoro się nudzisz i męczysz, nie ma co. Zwyciężyła jednak wrodzona obowiązkowość: przesłuchałam, wyparłam, nie oczekujcie więcej. Mówiłam już, że miałam przestoje i że mi chwilami totalnie nie szło? Dwa tygodnie na przesłuchanie półtorej godziny – doprawdy niezły wynik. Podobnie zresztą miałam z The Anachronauts. Być może dlatego, że zbierałam się nawet nie jak jamnik do jeża po The Destroyers, tylko jeszcze gorzej, bo jamnik już dawno uciekł, a ja ciągle gapiłam się na jeża. Mimo wątków historycznych kolejny etap zmęczenia materiału i niechęci do odcinka, który nieco zepsuł mi zabawę, pozostawiając obawę, że dalej już będzie tylko gorzej, a słuchać będę z uporu (no ja nie dam rady? Ja?) i z faktu, że zaparłam się, że będę słuchać po kolei, a gdzieś tam później będzie Cumberbatch i Tennant, a ja ich mogę słuchać i słuchać. I wzdychać oczywiście. O Cumberbatchu wpis też na pewno będzie, w kontekście Sherlocka oczywiście, a nie po to, żeby się zachwycać androgeniczną urodą aktora.

Zniechęcona w końcu włączyłam kolejne słuchowisko, a po nim kolejne dwa. Home Truths, The Drowned World i The Guardian of the Solar System stanowią bowiem całość i dlatego razem słucha się ich fajnie, nawet nawet bardzo fajnie. Zaczyna się przerażająco, nie, to błędne stwierdzenie, na moim poziomie było niezwykle scary. Pusty, samotny dom, starsza kobieta opowiada historię. Normalnie ostatni dom po lewej, tyle, że na wyspie, a nie w środku ciemnego lasu. Stwierdziłam jednak, że dam radę, w końcu myśmy w Pułtusku nie takie numery robili (powiedzcie, że wiecie, z czego to i moja wiara w ludzi i polską kinematografię nieco ożyje). Potem zrobiło się jeszcze weselej, powiedzmy, bo w domku były dwa trupy, takie świeże, nietknięte… Mam nadzieję, że pozwolicie mi na mały spoiler – starszą panią jest Sara Kingdom, a właściwie jej duch. Ciało spłonęło gdzieś dawno temu, ale ona żyje. Prawie jak Terminator. Co prawda jest przede wszystkim duchem, ale kto by dbał o szczegóły i stan skupienia materii? Ważne, że postać opowiada historie, reszta jest bez znaczenia. To ładna, zamknięta opowieść o dokonywaniu wyborów i o tym, jaką cenę jesteśmy gotowi zapłacić za spokój swój i naszych bliskich. A poza tym to seria o tym, że należy uważać, o czym się marzy, bo co będzie, kiedy nasze marzenia się spełnią? Kto powiedział, że spełnienie marzeń daje szczęście? I uważajcie: dom słucha!

Zachęcona trylogią o Sarze Kingdom, pełna nadziei ruszyłam dalej, ale The Perpetual Bond mnie nie uwiodło, znowu się męczyłam i znowu wyparłam z pamięci. Najważniejsze i najfajniesze było pojawienie się nowego bohatera, Olivera Harpera, który skrywa mroczny sekret, no i oczywiście zabójcze parasole. Słuchacie na własną odpowiedzialność, ode mnie nie dowiecie się niczego więcej.

The Cold Equations jest natomiast bardzo mocne i bardzo fajne. Steven i Oliver umierają. Ich czas się kończy, zatem, co podobno ludzkie, przeszłość zaczyna im przemykać przed oczami rączo niczym gazela. Zapewne nie pojęli jeszcze znanej prawdy, że życie przebiega im przed oczami od momentu poczęcia po ostatni oddech, więc powinni liczyć jeszcze na szansę, skoro snują wspomnienia. A poza tym to ciekawy odcinek dla mnie jako prawnika, w końcu chłopaki dokopują się do swoich akt i odkrywają, jakie przestępstwa popełnili. Wychodzą na jaw od dawna skrywane sekrety, grzeszki, przestępstwa. Przynajmniej każdy pozostaje w doborowym towarzystwie. A poza tym Doktor – wygnaniec, który utracił wielu w czasie długiej podróży. Jakże to aktualne w kontekście ostatniego odcinka tego sezonu!

Jakieś to moje słuchanie sinusoidalne. Kiedy coś mi się podoba i przyjemnie się słucha, mogę niemal w ciemno obstawić, że następny odcinek mnie nie zachwyci. Tak było z The First Wave. Dostrzegam u siebie niepokojącą prawidłowość – kiedy odcinek mnie nie zachwyca, wypieram go z pamięci niemal w całości. Pamiętam ogólny zarys, ale nic poza tym. Z The First Wave pamiętam tylko, że Oliver i Steven są pewni, że Doktor zszedł z tego świata, a oni próbują przetrwać. Wolę zatem zakończyć w tym miejscu niż zostać drugim Piekarskim.

Postępując zgodnie z założeniem sinusoidalnym, o którym mowa powyżej, trzymałam się nadziei, że Mother Russia mnie nie zawiedzie. I tak właśnie było. To musiało się udać – Rosja, wiek XIX, Napoleon, a ja bardzo lubię czytać o czasach napoleońskich. Doktor i jego towarzysze – tym razem Steven i Dodo – lądują w środku wojny Napoleona z Rosją. Nie dość, że z obu stron wojsko, to jeszcze oczywiście musiała spaść na bohaterów zagłada z innej planety. Urocze, świetnie się słucha, nie tylko dla miłośników epoki, a Napoleon jak zawsze w formie. Na koniec Return of the Rocket Man. Pierwsza część mnie nie zachwyciła, druga jest dużo bardziej przyswajalna. Steven musi dokonać wyboru, ale bez względu na to, jaką decyzję podejmie i tak musi przegrać. Do posłuchania, przyjemne, bez zachwytów, ale lepsze niż poprzednie, które znużyło mnie niemożebnie.

Będę słuchać dalej, teraz chyba w ramach przerywnika słuchowisk o Sarze Jane, bo kto to widział, żeby tak słuchać tylko Doktora. A największą rozkminę mam nad tym, czy następny wpis zrobić o Sherlocku i popisać o Cumberbatchu czy powrzucać wspominki czytelnicze. Książek mi jakoś z listy przeczytanych niemal nie ubywa, więc są szanse, że wrzucę i jedno, i drugie. A może by tak odświeżyć notkę o walce zombie z bohaterami Dumy i uprzedzenia?

Advertisements