O zaangażowaniu, wadze i im podobnych

by oscetc

Notka będzie osobista, więc jeśli ktoś oczekuje czegoś o czytaniu, oglądaniu czy słuchaniu, to innymi razem.

Do napisania tego, co niżej zainspirowały mnie dwie rzeczy. Na jednym ze znajomych blogowych profili pojawiła się dyskusji o ludziach grubych i opinii świata na temat nadwagi – to jedno. Zdanie mojego znajomego: bo Ty się nie angażujesz – to drugie.

Pewnie większość świata nie jest świadoma tego, że szlag mnie trafia, kiedy słyszę: „bo Ty…”, a już szczególnie, kiedy ktoś dokłada do niego urozmaicenie i powstaje: „bo Ty zawsze…” albo „bo Ty nigdy…”.

Punkt pierwszy programu, czyli waga. Największy wróg to waga. Gdybyście dali mi wybór: klatka pełna głodnych tygrysów albo wejście na wagę, pewnie poważnie bym się zastanowiła. W końcu tygryski to takie miłe i śliczne zwierzątka, tak? A waga jaka jest każdy wie – wredna zołza, która po wielu wzmożonych wysiłkach dietowo-fizycznych mówi, w najlepszym razie, minus 1 kg, a w najgorszym, złośliwie chichocząc: plus 2 kg.

Mam w szafie ciuchy w tylu rozmiarach, że mogłabym założyć butik. Lubię jedzenie, przyznaję, ale nie spędzam każdej chwili, myśląc o tym, co by tu zjeść. Ostatnio, zmuszona przez wredną panią doktor, wlazłam na wagę, usłyszałam wyrok, oklapłam tylko nieco, westchnęłam i zaczęłam słuchać, co pani doktor do mnie mówi. A rzekła rzeczy straszne. Czy wiecie, co dla miłośnika makaronu w postaciach wszelakich, czekolady, pierogów, pizzy, naleśników i im podobnych znaczy zero mąki, zero cukru, a nadto zero mleka? To jak wyrok dożywocia. Szczególnie, że dieta przepisania do odwołania, czyli cholera wie do kiedy. Wytłumaczyłam sobie jednak, że to dla zdrowia, zgodnie z wynikami i zaczęłam. Żyję, ale nie jestem szczęśliwa.

I jako małe podsumowanie wątku – nie jestem atrakcyjna i nigdy nie byłam. Takie przeciętne coś, okrągłe, niskie, takie o, jak mawia moja koleżanka z pracy. Nawet gdybym ważyła 45 kilo, miałabym szerokie biodra, taka budowa. Przywykłam do siebie. Nie jestem zachwycona, ale przywykłam i nie przeżywam dramatu, kiedy muszę przymierzyć większy rozmiar w sklepie. I co kogo obchodzi, jaki to rozmiar?

Punkt drugi, czyli o zaangażowaniu. Kiedy byłam dziecięciem średnio uroczym, za to bardzo pyskatym i przemądrzałym (i nie, to mi nie minęło), a potem taką nastolatką, byłam człowiekiem zaangażowanym. Samorząd klasowy – już lecę, samorząd szkolny – wpiszcie mnie na listę, rada szkoły – ależ oczywiście, już biegnę. Podejmowałam decyzje, podpisywałam uchwały, ganiałam, poświęcałam wszystkiemu i wszystkim masę czasu. Potem mi przeszło. Zapewne zwyciężyło wrodzone lenistwo i moje niechcemisienie. Nie podpisuję petycji, nie chodzę na manifestacje, nie wypowiadam się społecznie, politycznie, religijnie.

Mnie po prostu wszystko pasuje, akceptuję ludzi po prostu, z dobrodziejstwem inwentarza. I co mnie obchodzi, czy ktoś w coś wierzy, czy nie, w co wierzy, jakie ma poglądy, orientację. Dla mnie wszystko jest w porządku. Pod jednym jednako warunkiem – proszę mnie nie nawracać, nie wmuszać mi zachowań, poglądów. Nie mówić do mnie cholernego „bo Ty”. That’s the point – bo ja. To, że się nie wypowiadam publicznie na temat swoich poglądów czy wiary, nie oznacza, że ich nie mam. Po prostu nie czuję wielkiej potrzeby, żeby dzielić się sobą z całym światem.

Zapewne po części dlatego, że jestem chodzącym paradoksem. Lubię minimalizm, proste linie, klasyczne fasony, wzory, jednolite tonacje. Jestem przy tym maksymalistą – jeżeli coś robię, to na 100%, zbieram, zajmuję się ludźmi, pracuję. Nie lubię ludzi – w ogólności nawet ani odrobinę, a przy tym chętnie i z zapałem goszczę u siebie tłumy, zawsze, kiedy pojawia się potrzeba czy chęć. Nie znoszę zakupów i łażenia po sklepach, ale w ostatnią sobotę przełaziłam z przyjaciółką dziewięć godzin po centrum handlowym, żeby kupić jej ubrania. Przy tym małpa jedna jest chuda i zgrabna i może sobie pozwolić na cudną pomarańczową kieckę! Żarowiaście pomarańczową, w której wyglądałabym jak nie przymierzając marchewka z włosami.

Wkurzają mnie niemożebnie teksty o tym, że się nie angażuję, że źle wyglądam, nie mam dzieci czy spędzam większość czasu, oglądając filmy/seriale i czytając książki. Dlaczego to kogokolwiek obchodzi? Wszystko jedno, czy chodzi o ileś kilo nadwagi czy o moje podejście do życia i charakter. Dlaczego ktoś odczuwa potrzebę mówienia, że nie martw się, wcale tak źle nie wyglądasz, dlaczego ktoś czuje potrzebę usprawiedliwiania mojego wyglądu tekstem: pewnie chorujesz? Nawet jeśli, to co Ci do tego? Dlaczego ktoś daje sobie prawo oceniania mojego zaangażowania w, powiedzmy, prace społeczne, życie mojej rodziny? Dlaczego ktoś odczuwa potrzebę nadmiernego gmerania w moim życiu bez mojej zgody czy chęci, o zachęcie nie wspominając. Ja się nie wtrącam w cudze życie. Ja po prostu jestem, czekając, aż ktoś mnie będzie potrzebował. Taką mam naturę – staram się nie narzucać, ale jestem, kiedy jestem potrzebna. Jestem pewnie naiwna, ale wierzę w ludzi. I to nie tylko w ludzką głupotę, bo ona nigdy mnie nie zawodzi, a czasami nawet przechodzi moje najśmielsze oczekiwania. Wierzę po prostu w to, że ludzi trzeba akceptować – jeżeli kogoś lubię, to lubię zawsze, bez względu na to, czy ma akurat lepszy czy gorszy moment. Tego oczekuję też od osób mi bliskich i od wszystkich, którzy ze mną obcują na co dzień.

Błagam więc: nie oceniajcie przez pryzmat dodatkowych kilogramów czy ujemny poziom atrakcyjności, przez który moja samoocena nie dość, że mogła się już utopić, a zapewne grzebie się coraz głębiej w mule. I nigdy, przenigdy, nie mówcie do mnie: „bo Ty…”. Jeżeli ktoś akceptuje moje warunki, nie obiecuję, że nie będę złośliwa, chwilami niemiła czy humorzasta, bo mam do tego prawo, ale będę, bez względu na okoliczności. Jeżeli komuś jednak one nie odpowiadają, to cóż? Nie ma przepisu, że trzeba lubić wszystkich, utrzymywać kontakty, lajkować posty na fejsiku. Wystarczy odklikać mnie z grona znajomych, skasować mój numer i naprawdę się nie obrażę, kiedy widząc mnie na ulicy, ktoś przejdzie na drugą stronę.

Advertisements