Eksperyment niezbyt udany.

by oscetc

Będzie o książkach, żeby nie było, że piszę ciągle nie o tym, o czym powinnam. Fakty są podobno ważne, więc na początek taka garstka na zachętę.

Czytam namiętnie od ponad 25 lat – zawsze i wszędzie, w wannie, w łóżku, na podłodze, w tramwaju, w metrze, w pociągu i na ulicy; czytam z dziką frajdą, pochłaniam książki, odkąd sięgam pamięcią. Dość szybko porzuciłam „Poczytaj mi mamo”, przestawiając się na „Doktora Dolittle”. Potem wszystkie książki Karola Maya, Tomki i diabli wiedzą, co jeszcze, zdaje się, że nieobce były mi wtedy wszystkie westerny oraz powieści płaszcza i szpady. Jedyne nagrody, jakie zdobywałam regularnie, to były książki wręczane przez panie bibliotekarki dla najlepszego czytelnika. To były czasy! Wypożyczałam jakieś 30-40 książek tygodniowo i czytałam, czytałam, a potem też czytałam. Nigdy nie było mi mało i nie miałam wielkich wymagań. W czwartej klasie podstawówki nauczyciel historii, który – tak na marginesie – pozwalał mi czytać na lekcjach, żebym się nie nudziła, kiedy reszta klasy próbowała coś przyswoić, spojrzał na stertę książek i stwierdził, że czytam straszny chłam. Kazał mi wypożyczyć kryminały i tak przeczytałam całą Chmielewską, Christie, Alexa i masę innych rzeczy – jestem mu do dzisiaj wdzięczna. Potem wymieniałam się książkami z nim i nauczycielką matematyki. To były złote czasy… Byłam nadto dzieckiem dość chorowitym i moi rodzice zapewniali mi rozrywkę, kupując książki, dużo książek. Książki były wtedy dużo tańsze niż teraz. Przeszłam przez całą literaturę młodzieżową, to jasne, Ania z Zielonego Wzgórza nie była mi obca, jej potomstwo również, o bohaterach Jeżycjady nie wspominając.

Ostatnio spotkało mnie coś strasznego, coś dla osoby uzależnionej od czytania niebywałego i okrutnego. Byłam w trzech księgarniach i w żadnej nie zainteresowała mnie niemal ani jedna książka. Łaziłam między półkami całymi godzinami, dosłownie, kilka godzin z życia wyjęte, i nic mnie nie zainteresowała. Brałam do ręki co chwilę inną książkę i nic. Odkładałam na półkę i szłam dalej. A tu mi się nie podobał format, a tu sposób pisania nie taki, a tu treść mało interesująca. Marudziłam gorzej niż przy wybieraniu nagrobka. Nic mi nie pasowało. Malkontenctwo czyste, 100% zrzędzenia w zrzędzeniu. Poczułam się tak zniechęcona, że nie dokupiłam nawet kolejnego Pratchetta do kolekcji! Ja! Nie kupiłam Pratchetta. Smęcenie się między półkami nie wyszło mi na dobre.

Podjęłam zatem niezwykle radykalną jak na mnie decyzję – nie będę czytać, wcale, ani strony, ani akapitu, ani nic. Skoro nie ma nic, co by mnie interesowało, nie będę czytać w ogóle. Stwierdziłam, że może to być całkiem ciekawy eksperyment – nie dość, że odkładam największą pasję, to może jeszcze ktoś, w odruchu serca, sympatii czy pragnienia świętego spokoju, podrzuci mi coś do czytania! I to coś, co nie kosztuje tyle, że powoduje tylko płacz i zgrzytanie zębów. Odpowiadając na podpowiedzi, bibliotekę omijam aktualnie szerokim łukiem, bo mnie zniechęca, zdaje się, że kara mi się jakaś nalicza. Nie miałam weny do czytania. Koniec świata.

I co? Okazało się, po raz kolejny zresztą, że radykalne działania wybitnie nie są dla mnie. Kiedy postanowiłam nie czytać, w ręce sam wszedł mi Spryciarz z Londynu i jakoś tak się nie mogłam oprzeć. Przeczytałam raz (zresztą nie pierwszy), a potem zaczęłam jeszcze raz. Odłożyłam tylko po to, żeby sięgnąć po North and South Gaskell. Co z tego, że czytam ją mniej więcej raz w miesiącu, w końcu zaczął się czerwiec, więc mogę znowu. Chętnie przeczytałabym Spryciarza z Londynu w oryginale, mimo że tłumaczenie całkiem ładne. I urocze określenia, „niewymowne” zawsze mnie kupują! Niestety najnowszy Pratchett w języku Szekspira (powiedzmy) u nas niedostępny, a sprowadzenie oryginału z zagranicy jest stanowczo zbyt kosztowne, szczególnie koszty wysyłki, a trochę mi się nie chce czekać do września i kupować w Dublinie. Odłożywszy świetnie znane książki obok łóżka, sięgnęłam na parapet własnej Mamy Muminkowej. Trafiła mi się ‘Miłość z kamienia. Życie z korespondentem wojennym”. To nie jest zła książka, nie czepiam się formy wypowiedzi, bo nie mam czego. Jest to jednak książka na tyle smutna, że mój nastrój stwierdził, że dotychczas wylegiwał się na plaży, ale po lekturze zakopie się w mule, bo tam ciemniej, mroczniej i zero nadziei na wygrzebanie się. Nie polecam nikomu, kto nie przeżywa aktualnie stanów euforii albo nie łyka pigułek, po których świat jest zdecydowanie piękniejszy.

Nie zmienia to jednak faktu, że eksperyment mi się, delikatnie mówiąc, nie udał. Poddałam się po zaledwie dwóch godzinach. Uzależnienie okazało się silniejsze. Mogę żyć nawet bez kawy, ale nie bez książek, bo co to za życie? Pozostał jednak problem – nie mam co czytać, nie mam pomysłów, chodzi za mną, żeby wreszcie nadrobić Lema, bo jakoś nie było nam dotychczas po drodze. Może jakieś pomysły? Anyone?

Advertisements