O tym, co nie tylko hobbici lubią najbardziej, czyli książki o jedzeniu

by oscetc

Lubię czytać i przeglądać książki o jedzeniu. Nawet niekoniecznie książki kucharskie. Śledzenie przepisów jest mi dość obce, wszystko robię tak, jak mi się wydaje. Zazwyczaj wychodzi nieźle. Lubię za to czytać o zwyczajach, potrawach, historii jedzenia – to dla mnie czysta przyjemność.

Pierwsza na tapecie jest niezrównana Julia Child. Podejrzewam, że gdybym poznała ją osobiście, nadmiar jej energii mógłby mnie zabić i nie wiem, czy darzyłybyśmy się sympatią. Natomiast czyta się ją i o niej znakomicie. Najpierw sięgnęłam po Moje życie we Francji. Opisy trudnych początków, kiedy przybyła do kraju ślimaków, nie znając języka. Nieco przerażona, ale pogodzona z losem. Szukała pasji i nic jej się nie podobało. Aż w końcu pomyślała, czym chciałaby się zajmować – tym, co sprawia jej we Francji najwięcej przyjemności. Jedzeniem. Czyż może być coś wspanialszego nad smaczny albo ciekawy posiłek? Większość jest skora do eksperymentów, chętnie bym na przykład spróbowała jakiegoś robaka, szarańczy, o. Bo czemu nie? A Francja miała i ma wiele do zaoferowania.

Czule wspominam wyprawę do Paryża i podróż barką w czasie proszonej kolacji. Nie tylko dlatego, że cudnie się oglądało zabytki, płynąc Sekwaną. I nie dlatego, że znajome Kanadyjki wyły „Like a Virgin” w ramach karaoke (co im wychodziło tak, że do dzisiaj pamiętam, po jedenastu latach!, jakby to delikatnie powiedzieć śpiewały niemal tak źle jak ja, a ja nie śpiewam publicznie, żeby ludzie mnie nie oskarżali o zakłócanie porządku). Wspominam wycieczkę barką ze względu na jedzenie. Przystawki zimne i ciepłe – urocze tartaletki z milionem dodatków. Danie główne stanowiły raki, były przepyszne – wtedy zaczęła się moja wielka miłość do raków, która wyewoluowała w miłość do owoców morza – kalmary, ośmiornice, małże, krewetki – na samą myśl o nich świecą mi się oczy. Potem były francuskie sery (a jestem wielkim miłośnikiem serów), a na koniec czekoladowy suflet. Plus oczywiście francuskie wina.

Trudno się zatem dziwić, że Julia Child uległa francuskiej kuchni. Te bagietki! Te wypieki! Croissanty, naleśniki z kasztanami. Kto nie spróbował, niech żałuje i niech jak najszybciej nadrabia! Biografia Child ukazała się w Polsce w okolicy premiery filmu Julie i Julia. Urocza, ale niezachwycająca opowiastka, która przeplata losy Child we Francji, opowiadając o początkach i tworzeniu najsłynniejszej książki kucharskiej w Stanach, z losami nieco zagubionej Julii, która postanawia prowadzić bloga o gotowaniu według książki kucharskiej Child. Zadanie doprawdy karkołomne – morze masła… A na dokładkę, dla tych, którzy wahają się, czy obejrzeć – Stanley Tucci jest fenomenalny! Skuszona przyjemną opowiastką o życiu w Paryżu, a potem na południu Francji, sięgnęłam po Gotuj z Julią, kiedy tylko pojawiła się na polskich półkach. Jeżeli ktoś lubi gotować albo dopiero zaczyna przygodę z kuchnią, pozycja obowiązkowa. Wiele cennych rad, wskazówek, świetne przepisy. Gdyby nie dieta, to chyba pokusiłabym się o przygotowanie Tarte Tatin.

Na urodziny zamówiłam Książkę kucharską Jane Austen. Jest to coś absolutnie pięknego dla każdego, kto lubi czytać o zwyczajach i jedzeniu. Przepisy i opowieści zebrano z rękopisów czasów georgiańskich. Są cytaty z książek Austen, ale to oczywiste, kiedy jej nazwisko pojawia się w tytule. Autorki cytują autentyczne menu, które z reguły zadziwia objętością. Na letnim obiedzie u pana Darcy’ego zaproponowano by Wam zapewne: białą zupę, flądrę, jagnię, kurczęta, potrawkę z rzepy, bażanta, pulpety, pieczeń z udźca wieprzowego na zimno – gdybyście siedzieli pośrodku stołu, a dla tych na krańcach na przykład: krewetki w maśle, szparagi, macaroni, solę z winie z grzybami, brokuły, marmoladę morelową, jabłka pod kołdrą, biszkopty z kremem i lody, a na deser każdy załapałby się na migdały, rodzynki i konfitury. Biorąc pod uwagę moje sympatie kulinarne, pewnie wolałabym siedzieć na krańcu i podziękowałabym za deser… Przepisy na każdą z tych bardziej i mniej wyszukanych potraw znajdziecie na kartach książki. Świetna zabawa, można sobie wyobrazić, co jadano, jak przygotowywano potrawy. Co prawda nie wiem, jak współczesne żołądki zniosłyby taką ucztę, co pięknie odmalowała Joanna Chmielewska w książce Przeklęta bariera, kiedy przenosząca się w te i nazad w czasie bohaterka dziwi się, jak była w stanie pochłonąć takie ilości jedzenia na śniadanie… Polecam bardziej jako ciekawostkę zatem, żeby nie brać odpowiedzialności za rosnący poziom cholesterolu kogokolwiek.

Na deser zostawiłam ostatnio odkrytą książkę. W miasteczku długowieczności. Rok przy włoskim stole. Autorka, Tracey Lawson, udała się do miasteczka w Italii, żeby zbadać, jak mieszkańcom udało się osiągnąć imponującą długowieczność. Opisuje spotkania z mieszkańcami miasteczka i oczywiście jedzenie. Każdy rozdział to opowieść, a po niej następują przepisy. Nie wszystkie da się zrobić w naszych warunkach, bo niektóre wymagają na przykład pieców opalanych drewnem przez wiele godzin. Ciężko mi wyobrazić sobie przeciętny dom czy mieszkanie, w których zainstalowano taki piec. Styczeń to opowieść o oliwkach, o tym, jak się je zbiera, jak sadzi, jak przetwarza, a potem wytwarza się z nich oliwę. Następny rozdział poświęcony jest wieprzowinie. Zaczyna się od krótkiego, a jakże sensownego zdania – przez rok karmisz świnię, a potem przez rok ona karmi ciebie. Może okrutne, ale jakże prawdziwe. To jedna z filozofii mieszkańców. O wszystko trzeba zadbać, a wszystko ci się odpłaci. A dalej opis tego, jak się robi kiełbasy – ze szczegółami i przepisy. Aż żal, że nie jestem w stanie zrobić ich w domu, chociaż na myśl o myciu i przebieraniu jelit robi mi się nieco słabo. Zero charakteru, ot co. Zdecydowanie wolę nie zjeść niż babrać się w nadziewanie. Może dlatego, że pamiętam świniobicia z dzieciństwa u dziadków. Najpierw karmiłam urocze małe prosięta specjalnie przygotowywaną karmą, nadawałam im imiona, zdaje się, że strasznie głupie, ale usprawiedliwia mnie mocno nieletni wiek. A potem nagle świnka wisiała na haku pyskiem w dół, a dziadek uruchamiał maszynę i robił kiełbasy. Zdaje się, że moja wątroba nie dałaby im rady, bo były diablo tłuste, ale dziadek je takie produkty całe życie, a lat ma grubo ponad osiemdziesiąt, i cieszy się niezłym zdrowiem. Zupełnie jak mieszkańcy Campodimele. Może jest więc coś w tym, że jadanie tłustych kiełbas nie szkodzi, tylko konserwuje? Wątrobo zrobię to dla ciebie i nie spróbuję, wolę kiedy pozostajemy w dobrych stosunkach.

Luty to przypowieść o tym, że góra daje wyżywienie. Nie dość, że wśród traw pląsają króliki i dziki, to jeszcze rośnie choćby cykoria. Znajdziecie przepisy zawierające roślinkę, która w dużej ilość jest śmiertelną trucizną, więc może lepiej nie próbujcie gmerać w trawie w czasie wakacji w Italii bez konsultacji z kimś, kto zamieszkuje te ziemie od pokoleń. Z przepisów w tym rozdziale najbardziej urzekł mnie ten na szalone ziemniaki. Lubię ziemniaki, a jeśli są szalone, tym bardziej! Karnawał to czas makaronów – lasagne, wstążki, wszystko, co tygryski, które nie są na diecie bezglutenowej lubią najbardziej. Ręce aż się same rwą do robienia ponownie makaronu…. Marzec to Wielkanoc i zapach cynamonu. Opowieść o cieście drożdżowym, które jest bardziej humorzaste niż laska z pms-em. Potem opowieść o poszukiwaniu dzikich szparagów, które podobno smakują o wiele intensywniej niż te, które sprzedają na bazarach jak Polska długa i szeroka. A właśnie mamy sezon na szparagi. Lubię szparagi i taka, na przykład, frittata bardzo mnie kusi. Razem z wiosną nadchodzi bób. Bób, którego nie trzeba obierać, bo jest młody i świeży. Bób, który łuska się cały poranek, od świtu, żeby mógł trafić na stół. Podstawą kuchni Campodimele jest jedzenie i przetwarzanie jedzenia, kiedy tylko pojawia się na krzaku lub grządce. Wtedy jest najlepsze, więc po co zwlekać? Warto się postarać, wstać o brzasku, a potem korzystać cały rok z owoców własnej pracy. Sama przyjemność. Lubicie bób? Bo ja bardzo. Karczochy, sery – wszystko, co powstaje w okolicy. Do tego miasteczka niewiele rzeczy się sprowadza, niewiele rzeczy się też kupuje, każdy stara się wyhodować w swoim orto to, co jest mu niezbędne do życia. Robiono tak od pokoleń, niektóre kuchnie mają tysiąc lat, a zakwas na domowy chleb niekiedy dojrzewa przez lat kilkaset. Każda szanująca się gospodyni korzysta z zakwasu, odkładając trochę na kolejne wielkie pieczenie chleba. Ciekawe, ile ziaren sprzed trzystu lat znajduje się w każdym pachnącym bochenku chleba, chleba, który ma twardy miąższ i chrupiącą skórkę, chleba, który pozostaje świeży przez kilka dni.

Gospodynie hodują kury, zaganiając je pieczołowicie do kurnika, kiedy robi się za gorąco. Wyobraźcie sobie siedemdziesięciolatkę, która wspina się na drzewo, żeby zagonić oporne nioski na sjestę… Cukinia wykorzystywana w całości, fasola, świeże szalotki, przetwory z pomidorów, pyszne dania z ziemniaków, które już testuję i sprawdzają się wyśmienicie. Obieracie kilogram ziemniaków, gotujecie, rozgniatacie, dodajecie dwa jajka i 20 dag startego sera. Smarujecie naczynie oliwą, wykładacie trzy czwarte ziemniaków, na to kroicie 20 dag mozzarelli i układacie pięć plastrów wędzonego boczku. Całość przykrywacie ziemniaczano-jajeczno-serową masą, posypujecie serem albo bułką tartą i zapiekacie około 20 minut w 180 stopniach, a potem aż ser się przypiecze. Zapewniam was – mimo że to danie dość ciężkie, ale niesamowicie sycące i absolutnie pyszne. Zamierzam do niego wracać. A to tylko jeden ze wspaniałych przepisów.

Rok przy włoskim stole czyta się wyśmienicie – to książka idealnie wyważona, trochę opowieści, żeby wejść w odpowiedni klimat, nieco faktów dotyczących badań naukowych, a potem wspaniałe przepisy. Wszystko podlane odrobiną filozofii małego miasta w Italii, które nazwę wzięło od miodu. Tę filozofię można poczuć dopiero, kiedy sięgniecie po książkę. Nie da się zamknąć jej w kilku słowach. To nie tylko jedzenie lokalne, jedzenie tego, co aktualnie dojrzało do spożycia, nawet nie włoskie powiedzenie Ogni cosa ha il suo momento. Sięgnijcie i korzystajcie.

Książek o jedzeniu jest dużo więcej. W wielu utworach znajdują się opisy tego, co kiedyś jadano, jak choćby w Piastach, których autorem jest Koper (nomen omen). Zawsze sięgam po nie z przyjemnością. Lubię się zagłębiać w opowieści, poznawać przepisy, a potem eksperymentować, coś zmieniając, coś dodając, a czasami pomijając na przykład pietruszkę (pietruszki nie lubię bardzo). Każdy z nas jada, czemu więc nie czerpać z tego jeszcze większej przyjemności?

Advertisements