Karma is a bitch, czyli kino letnie, a chwilami bardzo gorące

by oscetc

W piątek nadszedł – upragniony, wyczekiwany: urlop. Korzystając z uroczego il bel far niente, wybrałam się do kina. Mimo wielkiej miłości do filmów i chodzenia do kina per se, ostatnio jakoś rzadziej udaje mi się zaliczać seanse. Siłą spontanicznego rozpędu postanowiłam iść na dwa jednego dnia.

Wybrałam kino stricte rozrywkowe – nie dla mnie filozoficzne rozważania o naturze ludzkiej, sile umysłu itp., chciałam wybuchów, tempa i zabawy.

Wypad rozplanowałam strategicznie. Na pierwszy ogień poszedł film, którego koncepcja przypadła mi do gustu, ale nie miałam zbyt wielkich oczekiwań. „R.I.P.D. Agenci z zaświatów”. Tytuł polski można by sobie darować, pewnie zostawiłabym tylko oryginalny, ale nie mnie płacą za myślenie polscy dystrybutorzy, więc przyjmuję na miękką klatę, co oferują. Trudno się rozczarować, nie mając wielkich oczekiwań. Chciałam, żeby dużo się działo – tu lekki zgrzyt, bo mogłoby się zadziać trochę więcej, a przede wszystkim szybciej, ale jestem skłonna wybaczyć twórcom rzewne przemyślenia na tle zachodzącego słońca, w czasie pogrzebu, składania flagi, pocieszania wdowy. Nie bolało, więc dało się przeżyć.

Chciałam wybuchów i trochę ich było. Szczególnie druga połowa w tym względzie całkiem udana. Walą się budynki, rozpadają samochody, ziemia drży – jest zabawa. Niestety, ku mojemu wielkiemu żalowi, ten film nie stoi dialogami. Naprawdę, nie zapamiętałam żadnego. Najciekawiej wypadają dyskusje między partnerami z przymusu – wygą rodem z dawnych dobrych czasów, kiedy kojoty latały po prerii, a bizony żarły trawę i współczesnym żółtodziobem, który odbył piętnaście lat służby, ale nie wie nic o świecie, do którego trafił.

Film byłby pewnie całkowitą porażką, gdyby nie aktorzy. Nie jestem fanką Ryana Reynoldsa – nie pociąga mnie jego uroda (naprawdę takiemu kolesiowi przyznać tytuł najseksowniejszego faceta świata?!?) ani umiejętności. Nic nadzwyczajnego – chłopiec miał być jedną z głównych postaci, ale show kradli mu co chwilę lepsi od niego. Przede wszystkim Jeff Bridges – mogę oglądać wszystko z Jeffem Bridgesem, jest absolutnie uroczy, niewymuszenie zabawny, wystarczy, że jest, a Reynolds może skakać na bungee albo stepować w stroju żółwia i nikt nie zwraca na niego uwagi. Na pierwszy plan, wbrew zamierzeniom scenarzystów, wychodzi też Kevin Bacon. Jak można nie kochać Bacona? Jest tak brzydki, a tak interesujący, a kiedy się uśmiecha, wiesz, że zło nadchodzi i panoszy się po świecie. Dla tej dwójki zdecydowanie warto przeboleć niedoróbki scenariusza. Ładniejsza część populacji jest reprezentowana przez Mary-Louise Parker. Czy już mówiłam, jak bardzo lubię Mary-Louise Parker? Nawet kiedy pomyka w białych, plastikowych kozaczkach. Jej pierwsza scena była cudna i usposobiła mnie pozytywnie do całego filmu.

R.I.P.D. to film, który nie wymaga niczego, szczególnie myślenia, ale ogląda się bezboleśnie, efekty są całkiem niezłe, pomysł fajny, taka rozrywka na wieczór lub poranek. Była to jednak tylko przystawka do dania głównego.

Potem pogalopowałam bowiem do sąsiedniej sali kinowej na RED 2. Zakochałam się absolutnie w części pierwszej, oglądam z dużą przyjemnością co jakiś czas i marzy mi się zakup komiksu. Rozrywka w czystej postaci. RED 2 to film, w którym gra absolutnie wszystko. Fabuła, przyznaję dość pretekstowa, wciąga – co z tego, że z góry wiadomo, co się wydarzy, kto będzie dobry, a kto zły, zupełnie nie przeszkadza to w odbiorze filmu, gwarantując cudną zabawę przez cały seans. Bawią sceny w supermarkecie, tworzenie białego domku, w którym brakuje tylko małego, białego psa, bez łat, ba, bawi scena pogrzebu – ach ta Mołdawia, ma powody do wdzięczności. Masa świetnych momentów – do moich ukochanych należy zdecydowanie scena w samochodzie, kiedy Helen Mirren wyciąga dwa pistolety, niemal podskoczyłam na kinowym fotelu z emocji. Absobloodylutely! Masa świetnych tekstów – i dialogów, i monologów, a wśród nich choćby „Karma is a bitch” – jakie to życiowe i prawdziwe! Już to wystarczyłoby, żebym wyszła zachwycona – come on, wybuchające wszystko, co się da, strzelaniny, pościgi, zawrotne tempo – po raz kolejny scena z wsiadaniem do pędzącego samochodu! Twórcy postanowili mnie jednak bardziej rozpieścić, dając zestaw świetnych aktorów. Bruce Willis nadal w formie i w pełni zgadzam się z jego byłą, że łysi mężczyźni potrafią być męscy i seksowni – panowie bierzcie przykład, co z tego, że tracicie kępkę za kępką, potężny ładunek seksapilu jeszcze przed wami. I ten uderzający spokój połączony z lękiem o bezpieczeństwo najbliższych i koniecznością opierania się mocy kryptonitu – nemezis Franka Mosesa. Me gusta! Niemal zawsze drepczący obok paranoik Marvin, który kocha wybuchać rzeczywistość i ma wiele ukrytych talentów – nigdy nie kochałam Malkovicha, ale po części pierwszej popadłam w zachwyt, a dwójka tylko mnie utwierdziła w sympatii dla postaci i aktora. Czy tylko mnie nieodmiennie bawi, że postać nazywa się tak samo jak mój ulubieniec z Autostopem przez Galaktykę i czy tylko ja widzę między nimi podobieństwa?

Twórcy zafundowali nową postać – Hana, Koreańczyka, którego gna pragnienie zemsty z jednej strony i chęć zarobienia dużej kasy z drugiej. Jak każdy chłopiec, młodszy czy starszy, ma ukochaną zabawkę, za którą gania przez pół świata, a jaką ma spluwę! Jak ten facet pięknie wygląda w garniturze! I owszem, zdaję sobie sprawę z tego, że każdy facet lepiej wygląda w garniturze, ale on szczególnie. A jak ładnie jeździ samochodem – też tak chcę i chętnie dałabym mu się przeszkolić na agentkę któregokolwiek wywiadu. Hanowi ciężko byłoby odmówić… Powraca również Brian Cox jako Ivan – mały fetyszysta, ale jaki ma styl, tylko pozazdrościć! Po ekranie pomyka, naprawdę żwawo jak na swój wiek, Anthony Hopkins – ależ ten koleś ma kondycję, podejrzewam, że nie byłabym w stanie podnieść nogi tak wysoko jak on. Pojawia się też przeuroczy David Thewlis – sceny z jego udziałem są cudne, smakosz – kocha kobiety, koniak (no wino, ale i jedno, i drugie to alkohol), o koniach się nie wypowiadał, ale jestem skłonna się pokusić o stwierdzenie, że fascynują go konie i okręty pod pełnymi żaglami.

Wydawać by się mogło, że to film zdominowany przez mężczyzn. Nie dajcie się jednak zwieść, na ekranie bowiem pojawiają się także kobiety. Najsłabsza jest Catherine Zeta-Jones – strasznie nudna postać, totalnie nienaturalna, po tylu operacjach plastycznych, że mogłaby konkurować ze Stallonem. Nic nie wniosła, spokojnie można by ją zastąpić kimkolwiek innym. Zdecydowanie lepsza jest Mary-Louise Parker – tak, wiem, że już pisałam, że bardzo ją lubię, ale jestem stara, więc mogę się powtórzyć od czasu do czasu. Walczy z rutyną, jest wspierająca i naprawdę wie, co znaczy, że girls just wanna have fun. Obie jednak przepadają z kretesem, kiedy na ekranie pojawia się Helen Mirren. Pomijam, że cudnie sparodiowała jedną ze swoich ról. Jak ona wygląda! Jakie ma fenomenalne ciuchy – chcę się zaprzyjaźnić z człowiekiem, który wybiera jej kostiumy. Jak ona gra. Jak ona ładnie trzyma spluwy i jak genialnie z nimi wygląda. Kiedy będę duża i dojrzała, no dobra, większa i dojrzalsza, czyli za jakieś czterdzieści lat, chcę być i wyglądać jak Helen Mirren.

Obejrzyjcie RED 2, a potem przypomnijcie sobie część pierwszą, a potem pognajcie jeszcze raz na dwójkę, co i ja zamierzam uczynić.

Advertisements