Kilka słów o dojrzewaniu (powiedzmy)

by oscetc

Dojrzewanie jest procesem, który w założeniu idzie ręka w rękę ze starzeniem się. Starzeję się jakoś tak subtelnie, z sekundy na sekundy, nie zauważam na co dzień, a potem nagle liczę i się okazuje, że jak to? To ja już jestem taka stara? Lat coraz więcej, siwych włosów nie stwierdzono, a dojrzewanie idzie mi jakoś powoli, ale postępuje, więc spokojnie – nie zachowuję się jak piętnaście lat temu (i dzięki bogom).

Bardzo powoli idzie mi dojrzewanie to tak zwanych wielkich dzieł. Nadal nie dorosłam do większej części literatury rosyjskiej. No przykro mi, rusofile, ale poza Mistrzem i Małgorzatą (i w porywach Zbrodnią i karą) jakoś mi niewiele rzeczy leży. Męczy mnie Anna Karenina, nie potrafię się wzruszać, zachwycać albo cokolwiek, po prostu się nudzę. Może kiedyś dorosnę, podobno po latach czyta się toto lepiej niż kiedyś.

Podobnie miałam z Małym księciem. Totalnie nie kumam, kto wpadł na to, żeby kazać tę książkę czytać dzieciom z podstawówki – połowy nie pojęłam w szkole, a większość wyparłam. Najwięcej zrozumiałam, kiedy przygotowywałam się na konkurs czytania po francusku – dostałam do przygotowania fragment i musiałam szukać znaczenia słówek, a że byłam misiem małym i ambitnym (ach ten mały rozumek – Puchatka, nomen omen, też nie lubię), to sobie szukałam w słowniku francusko-francuskim. Tu dla młodszych wyjaśnienie: za czasów mojego liceum internety dopiero raczkowały, zostały niedawno poczęte, a szczytem wiedzy informatycznej w szkole było założenie konta mailowego tudzież postawienie strony…

Okazuje się, że tym, co mnie wyróżnia nie jest urok osobisty ani nawet lenistwo (o dziwo), ale upór – mamusia miała rację, mój upór może kruszyć ściany. Uważam to za zaletę, z reguły. Oczywiście poszłam do kina na Szpiega, w sensie na Tinker Tailor Soldier Spy. No ja bym nie poszła na Cumberbatcha? Na Oldmana? Na Firtha? Na Stronga? Na całą resztę obsady? Ja, Jarząbek? Łubu dubu, łubu dubu – poleciałam do kina. I co? I jakoś tak, ojej, niekoniecznie, no meh, meh, niby dobre, ale mogło być lepsze, bad guy rozpoznany jeszcze na plakacie. Podobało mi się trochę, ale – jak mawia moja koleżanka – szału nie ma.

Uparta jestem, co już (po tym wpisie) powszechnie wiadomo. Zanabyłam płytę i obejrzałam. Potem obejrzałam jeszcze raz i jeszcze raz, i jeszcze raz. Po mniej więcej dziesiątym oglądaniu, kiedy za każdym razem wciągałam się tak samo, stwierdziłam, że to niezły film jest. I tak jak nie wiem, kiedy dojrzeję do Mistrzów Kina (te Bergmany i im podobni), do Szpiega dojrzałam. Oglądałam chwilami klatka po klatce, żeby nacieszyć oczy. Jak to jest zagrane!

Oldman jest, jak zawsze zresztą, rewelacyjny – pełen klasy, konkretny, męski jak dwustu Ryanów Reynoldsów. „Reynolds” brzmi nieźle jako nazwa męskości, nie uważacie? Zamierzam stosować. Oldman zagrał taką rolę, że mógłby być na ekranie sam i też by wystarczyło. Czy ja już mówiłam, że się kocham w Oldmanie? Ale w Oldmanie filmowym, żeby była jasność, nie tym na co dzień – w dodatkach widać w wywiadach Oldmana na co dzień, ten Oldman jest męski tak na pięćdziesięciu Reynoldsów.

Nie samym Oldmanem jednak Szpieg stoi. Jest jeszcze Firth, który jest męski tak na 100 Reynoldsów, a wyraz twarzy ten pracownik wywiadu ma ciapowaty jak zawsze. „Firth” powinien być jednostką ciapowatości wyrazu twarzy. Pasuje? Pasuje. Nie jest to moja ukochana rola Firtha. Preferuję choćby Bądźmy poważni na serio i to wcale nie dlatego, że gdzieś tam migają pośladki i nie dlatego, że Firth śpiewa. Śpiewał wszak także w Mamma Mia! i przy całej mojej sympatii dla tego musicalu przyznaję, że Firth może wiele robić, ale śpiewać nie powinien zbyt często, chociaż sprawia mi tym dużo radości. Wolę go także jako Pana Darcy’ego – biedny, ciągle przeżywa przekleństwo mokrej koszuli. Oddałam jego Darcy’emu pół serca i musiałam je sobie złamać, kiedy zobaczyłam MacFadyena, bo jego to ja też lubię. Wracając wszak do Firtha – kocham go jako bluzgającego króla w Jak zostać królem? W Szpiegu zagrał dobrze, ale szaleństwo na miarę poprzednich ról nie było. Daruję mu jednak, wystarczy posłuchać, jak cudnie się wypowiada na rozdaniach nagród i można mu wybaczyć niemal wszystko, nawet to, że się gania z Renee Zellweger po ulicach Londynu.

Marka Stronga też lubię, żeby nie było, i to od czasów Emmy – tej, w której Kate Beckinsale ma jeszcze niezrobione zęby i wygląda naturalnie. Oglądam najgorszy crap z Markiem Strongiem i jakoś od razu zyskuje na wartości. W Szpiegu oceniłabym go na jakieś sto pięćdziesiąt Reynoldsów i na zero Firthów. Męskość jest w cenie, a on jest taki męski.

Na koniec zaś Ten, Który Powinien Być Na Początku, ale z czystej przekory upycham go na końcu – no i dlatego, że wyjątkowo nie lubię go w tym kolorze włosów i w tej fryzurze. Cumberbatch. Jego oceniam na jakieś pięćset Reynoldsów, przy czym moja skala kończy się, ogólnie, na czterystu pięćdziesięciu. Nie stwierdzono Firthów. Jak ja lubię Cumberbatcha i te jego wdzianka. Oskara powinna dostać osoba, która go upiera. Przy czym moje lenistwo nie pozwala mi sprawdzić, czy ten ktoś już Oskara nie dostał. Piękna scena w mieszkaniu, piękna scena w archiwum, piękna scena ostatnia – ten uśmiech, ta radość, ona robi mi ten film w stu procentach.

Zmienili czas, diabli wiedzą po co, podobno dla oszczędności energii, ale gdzieś czytałam, o ile dobrze pamiętam, że to w rzeczywistości efektów nie przynosi. Niech im tam będzie, podobno spałam dzisiaj o godzinę dłużej, wierzę na słowo, mimo że mój organizm mówi: stara, chyba żartujesz, pospałabyś jeszcze, szczególnie, że zginęła ci gdzieś sobota. Wchodzimy w okres zimowy. A zima, tak od ponad dziesięciu lat, to raz na jakiś czas moment, kiedy łażę do kina na nowy film Jacksona osadzony w Śródziemiu. W tym roku wsiądę na miotłę, jeżeli komunikacja miejska zawiedzie, i polecę na drugą część Hobbita. Bo wiecie tam będzie Cumberbatch jako smok. A co małe misie lubią najbardziej? Cumberbatcha i smoki, więc Cumberbatch grający smoka to jak główna nagroda w bingo. Potraktujcie ten wpis jako pierwszy z serii cumberbatchowej. Będą refleksje po Piątej władzy, ale chcę najpierw przeczytać biografię Assange‘a i książkę Assange’a – WikiLeaks od środka nie zaspokoiło moich pragnień literackich w tym zakresie. Po lekturze wyduszę z siebie wpis okołoassange’owy (Assange jest warty jakieś sto Reynoldsów i jakieś dziesięć Firthów) i – wiadomo – okołocumberbatchowy, bo Cumberbatch był świetny. A potem, o ile starczy mi sił, będzie wpis o tym, jak oni biegają, czyli garść refleksji o ostatnim Star Treku, a potem – o ile dotrwam – o Hobbicie. Enjoy!

Advertisements