Człowiek-zagadka.

by oscetc

Julian Assange – urodzony w 1971 roku Australijczyk. Podobno trudne dzieciństwo – sekta, nieustanne podróże, by nie rzec ucieczki. Początkowo przede wszystkim haker, potem? Wizjoner, szaleniec, programista, twórca WikiLeaks? Kim jest Assange? Tego nie wie nikt.

Była sobie książka – WikiLeaks od środka. Jej autorem jest Daniel Domscheit-Berg, swego czasu drugi po bogu w WikiLeaks. Zapatrzony w Assange’a, wykonujący polecenia, akceptujący wszelkie dziwactwa białowłosego Australijczyka. I nagle: bęc. Zakwestionowanie jednego polecenia powoduje konflikt i Domscheit-Berg zostaje zawieszony – odcięty od centrum dowodzenia, zmuszony jest czytać to, co pisze o nim Assange i w co wierzą zastępy ludzi na forum. W książce pada wiele słów pełnych rozgoryczenia, ale można z niej jasno wyczytać, że Daniel nadal ceni Assange i nadal go podziwia. Obraz, jaki serwuje autor, pokazuje jasno, że twórca WikiLeaks jest niezwykle inteligentny, błyskotliwy, ma niesamowitą charyzmę, a przy tym ogromną paranoję, wierzy, że wszyscy na niego polują; boi się własnego cienia, ale jest oddany sprawie. Problemem pozostaje otwarta w książce kwestia pieniędzy, czyli co dzieje się z kasą, którą ludzie wpłacają na WikiLeaks i dlaczego z datków nie płaci się wynagrodzeń ludziom, nie finansuje serwerów. Wielu go nie słucha, ale kilka osób ufa jego słowom i porzuca Assange’a.

Zaintrygowana wizerunkiem Assange’a i nadchodzącym filmem Piąta władza, sięgnęłam po dalsze źródła literackie. Książka Julian Assange. Człowiek, który rozpętał WikiLeaks jest naznaczona wyraźną sympatią autorów do Australijczyka. Dość rzetelnie opisano jego dzieciństwo, młodość, a przede wszystkim to, jak stworzył WikiLeaks. Assange założył, że stworzy platformę, która będzie ujawniała każdą, najbardziej niewygodną prawdę – obnażając mroczne sekrety służb specjalnych. Strona zdobyła spory rozgłos, a jej twórca wyrósł na swego rodzaju ikonę. Specyficzny wizerunek – białe włosy, z pozoru niedbały strój, nieco arogancka poza – wzbudziły zainteresowanie i sensację. Kilku amerykańskich polityków wzywa, by traktować Assange’a jak terrorystę – ścigać z całą bezwzględnością, ale spora część opinii publicznej odnosi się do niego z wielką sympatią. Trudno się dziwić – jest to wszak osobowość fascynująca – połączenie ogromnej inteligencji, intrygującego wizerunku i sposobu wypowiedzi stworzyło mieszankę wybuchową. Assange’a można lubić albo nie lubić, ale trudno pozostać wobec niego obojętnym.

Zarówno opowieść byłego współpracownika, jak i sympatyczna biografia nie zaspokoiły mojej ciekawości. Postanowiłam więc sięgnąć do książki, w której Assange wypowiada się sam – Cypherpunks. Wolność i przyszłość internetu. To zapis rozmowy o internecie i jego przyszłości. Zapis pod wieloma względami niepokojący. Nie chodzi mi tylko o wizję, jaką roztaczają rozmówcy, mówiąc o Jeźdźcach Infokalipsy, podsłuchach, ściganiu przez władze, ale też o sposobie wypowiedzi. Assange kreuje się na największą gwiazdę, człowieka prześladowanego, twierdzi nadto, że wszyscy, którzy się z nim zetknęli bądź w jakikolwiek sposób wspierają WikiLeaks również są przedmiotem śledztw i szykan. Sporo przypisów, sporo informacji, warto sięgnąć choćby z ciekawości.

Oczywiście książki mi ni wystarczyły, pognałam do kina na Piątą władzę dzień po premierze. Jak to? Ja nie pójdę? Na Cumberbatcha nie pójdę? Nie zachęcił mnie co prawda Daniel Brühl jako Daniel Domscheit-Berg – nic nie poradzę na to, że nie przepadam za tym miłym chłopcem (podobnie nie przepadam za Gaelem Garcią Bernalem) – kwestia absolutnie subiektywna, drażni mnie, nie potrafię się przywiązać do żadnego bohatera, którego kreuje. Nie miało to jednak większego znaczenia – nie dość, że szłam zobaczyć Cumberbatcha na ekranie, to jeszcze Cumberbatcha kreującego Assange’a. Za dużo szczęścia naraz.

Okazało się jednak, że szczęście jest nieco wybrakowane. Piąta władza nie jest filmem złym, ale nie jest też filmem dobrym, jest filmem średnim. Mimo wycięcia kilku postaci znanych z książki WikiLeaks od środka, pierwsze, powiedzmy, osiemdziesiąt minut ciągnie się jak ser na pizzy. Matko i córko, i wszyscy bogowie Olimpu – ile można wprowadzać wątków, dlaczego tak nieskładnie? Dlaczego niemal nic się ze sobą nie wiąże? Dlaczego, ach dlaczego z ekranu wieje nudą? Assange ciągle włazi Danielowi do mieszkania, ciągle rujnuje wszystko, ciągle snuje opowieści. Ile można? Myślałam, że padnę, kiedy – dość znużona – spojrzałam na zegarek i okazało się, że minęło zaledwie czterdzieści minut! Film byłby totalną porażką, ale ratują go dwie rzeczy. Przede wszystkim ostatnie pięćdziesiąt minut filmu. Jakże mi żal, że cały film nie był taki jak jego druga połowa – to napięcie, ten sposób prowadzenia akcji, powodowały, że nie mogłam się oderwać od ekranu i bałam się mrugać, żeby czegoś nie przegapić. Cudne sceny w redakcjach gazet. Podkręcenie akcji wyszło filmowi na dobre, a ocaliła go zupełnie końcówka – nie będę zdradzać szczegółów, bo może ktoś jeszcze nie widział, ale dla dwóch ostatnich scen warto, naprawdę warto. Świetnie pomyślane. Tytuł nie do końca odpowiada treści filmu – to bardziej portret postaci, subiektywny, co trzeba dodać, a opowieść o tym, kto jest w stanie zatrząść światem w posadach pojawia się nieco na uboczu.

Warto także dla obsady. Brühla, jak już pisałam, nie lubię, ale całkiem dawał radę jako tło. Przyznałabym mu jakieś pięć Reynoldsów i ze czterdzieści Firthów. Thewlis był jak zawsze uroczy – czy tylko ja tak mam, że zawsze witam go z radością na ekranie? Thewlis, mimo wąsika, za którym nie przepadam jest warty jakieś osiemdziesiąt Reynoldsów i zaledwie pięć Firthów. Miło zobaczyć na ekranie Capaldiego – już się nie mogę doczekać jego Doktora, myślę, że charyzmy mu nie zabraknie. Po odcinku świątecznym zacznę mu przyznawać i Reynoldsy, i Firthy. I na koniec, mimo że zajmuje najwięcej miejsca w moim sercu, więc powiedzmy – na deser: Cumberbatch. Miał zadanie trudne – nie dość, że obiekt, który odtwarza, jeszcze chodzi po tym świecie (a raczej tupta po pewnym przybytku konsularnym), ale był wielce przeciwny filmowi jako takiemu. Ba, wystosował epistołę, z której wynika, że choć Cumberbatch to dobry człowiek, to nie może się z nim spotkać, bo poparłby film. Szkoda, że nie zamknął tego w dwóch zdaniach, ale to Assange, więc list musiał być więcej niż długi. Aktorowi zostawały nagrania, a tych sporo w internecie. Wyszło mu więcej niż dobrze i stanowi największą siłę tego filmu. Trudno nie zgodzić się z krytykami, że średni film staje się sceną dla aktorskiego popisu Cumberbatcha.

Przeczytałam, obejrzałam, a nadal nie wiem, kim jest Assange. Inteligentnym paranoikiem? Świetnym manipulatorem? PR-owcem, który potrafi wszystko przekuć w sukces? Człowiekiem, który zagraża światowemu bezpieczeństwu? I WikiLeaks od środka, i biografia, i Piąta władza pokazują pewną wizję osoby, ale czy prawdziwą? Pewnie się nigdy nie dowiem, szczególnie, że Assange przystosowuje się idealnie do bieżących warunków i kreuje siebie na potrzeby rozmówcy. Ot, człowiek – zagadka.

Advertisements