Garść uwag o Bridget Jones

by oscetc

Tekst zawiera spoiler dotyczący części trzeciej, ale starałam się go oznaczyć tak, żeby nikt przypadkiem nie przeczytał.

Za każdym razem, kiedy stykam się z Bridget Jones wydaje mi się, że jestem na to za młoda. O dziwo, gdyż z reguły zawsze wydaje mi się, że jestem na coś za stara. Już pisałam o kwestii dojrzewania do pewnych rzeczy. Z Bridget Jones jest inaczej. Nie jest to literatura wysokich lotów, filmy zresztą też nie grzeszą głębią. Nie musiałam do nich dorastać, żeby coś zrozumieć, po prostu wpadałam w świat – plusk i już tam byłam po pierwszej stronie książki. Nie zmienia to jednak faktu, że za każdym razem czułam, że jestem na ten świat za młoda.

Pierwsza część – Bridget Jones’s Diary – ukazała się w 1996 roku. Byłam wtedy ledwie nastoletnia, mocno nieletnia można rzec. Jako że od dawna czytałam książki nie do końca dla młodzieży, sięgnęłam po pierwszą słynną książkę Helen Fielding jakoś bez zastanowienia. Dużo mówią, różnie mówią, to znaczy, że trzeba przeczytać.

Na marginesie kwestii okołobridgetjonesowej warto wspomnieć, że Bridget Jones’s Diary to nie pierwsza książka Fielding. Najpierw ukazała się Cause Celeb – w 1994 roku – po polsku wydana pod tytułem ‘Potęga sławy’. Moim zdaniem to najlepsza książka Fielding i cieszy mnie, że po ogromnym sukcesie Bridget Jones’s Diary na półki wróciła (a może wręcz pojawiła się po raz pierwszy) Cause Celeb. To prosta historia, ale chyba nikt nie spodziewa się po autorce rozważań psychologicznych na poziomie Fromma? Dziennikarka, nieudany romans, wyjazd do Afryki, pomoc charytatywna, romans z dwoma facetami – bawidamkiem i poważnym gościem – brzmi znajomo? Odnoszę wrażenie, że Fielding wykorzystała kilka pomysłów w najpopularniejszej serii. Cause Celeb czyta się bez problemów.

Wracając jednak do pewnego dziewczęcia z Londynu. Byłam stanowczo za młoda na czytanie Bridget Jones’s Diary. Zliczanie jednostek wypitego alkoholu? Kalorii? Mężczyzn? Byłam dziewczęciem jednak wtedy dość niewinnym, liczyłam z listy głównej bohaterki tylko kalorie. Bridget była ode mnie o niemal dwadzieścia lat starsza albo i pełne dwadzieścia. Jakoś mi to jednak zupełnie nie przeszkadzało. Komu, ach komu, obce są codzienne porażki i liczne wady? Każdy (a może raczej każda) mógł być Bridget Jones. Może z pominięciem zjeżdżania pośladkami prosto w kamerę, ale kto wie? Przyzna się ktoś do takiego wybryku? Książa sprzedała się oszałamniająco, jak mawiał amorek w skeczu kabaretu Potem.

Sukces książki? Cóż mogło później nastąpić? Ekranizacja była tylko kwestią czasu i obsady. Tłumy ekscytowały się tym, że Renée Zellweger musi przytyć do roli. Potem zresztą chudła na oczach świata. Pozostawało pytanie, kogo obsadzą w roli dwóch mężczyzn w życiu Bridget? Rolę bawidamka, Daniela Cleavera, otrzymał Hugh Grant. Warto zauważyć, że film wszedł na ekrany w 2001 roku. Było to zaledwie dwa lata po premierze Notting Hill, w którym Grant grał rolę uroczej ciapy, która potrafi wykazać się zdecydowaniem. Połowa niewieścich serc została oddana Grantowi.

W tym miejscy przypomina mi się wstępniak do tekstu czytanego dawno dawno temu w kobiecym czasopiśmie. Autor (zdaje się płci żeńskiej) przeprowadzał wywiad z boskim Hugh i okazało się, że jedzie z nim windą. Patrzy i oczom własnym nie wierzy – wsiadło do windy coś niezbyt wysokiego, z krzywymi zębami, patrzy, patrzy, a to Hugh Grant. Aż sprawdziłam, że Grant ma 1.80 cm wzrostu – może wywiadowca preferował mężczyzn naprawdę wysokich? Mówiłam, że mam skłonność do dygresji?

Porzucając zatem dygresję, wracam do Granta. Okazało się, że miły, typowo angielski chłopak z Notting Hill (tudzież z Four Weddings and a Funeral, które miały premierę zaledwie pięć lat wcześniej), potrafi zagrał małego sukinkotka – zaliczał panienki i imprezy. Koleś, z którym można się zaprzyjaźnić, ale należy szeroko omijać jako potencjalnego partnera. Bridget do tej nauki musiała dojrzeć. Z drugiej strony o jej serce walczy Mark Darcy, którego zagrał Colin Firth. Było to zaledwie sześć lat po tym, kiedy Firth błysnął nagą klatą w serialowej Dumie i uprzedzeniu. Fielding była pod takim wrażeniem Firtha (mam nadzieję, że jego entourage’u a nie tylko klaty), że nazwała ‘tego poważnego’ w walce o serce Bridget nazwiskiem głównego męskiego bohatera Dumy i uprzedzenia. Marzyła podobno skrycie o tym, żeby właśnie Firth zagrał Marka Darcy’ego. Jej marzenie się spełniło, a ja przyznam szczerze, że wszystkimi kończynami głosowałam na Marka Darcy’ego w czasie lektury, a całą sobą (z krótkimi paznokciami włącznie) za bohaterem kreowanym przez Firtha w filmie.

Wszystko pobiegło do szczęśliwego zakończenia – Bridget i Mark się schodzą, przy czym w filmie on wychodzi po lekturze jej pamiętnika, a ona gania go ulicami Londynu odziana w gacie w panterkę. Jakoś nie lubię, kiedy bohaterowie biegają w filmach – no Simonowi Peggowi w Star Treku jestem w stanie darować, ale nikt tak nie biega jak Simon Pegg.

Dość ufnie podeszłam do książkowej kontynuacji. Nazywa się toto The Edge of Reason. Uważam, że jest słabsze niż część pierwsza, ale przyznam, że się wciągnęłam. Szczególnie, że znalazłam dość dużo nawiązań do Perswazji Jane Austen, a ja naprawdę lubię Jane Austen, a Perswazje to moja ukochana książka tej autorki. Pierwsza część to seria nawiązań do Dumy i uprzedzenia, od nazwiska głównego bohatera poczynając, cud, że Fielding nie dała mu na imię Fitzwilliam… The Edge of Reason to już czyste pole do szukania nawiązań z Perswazjami. Przyjaciele namawiają Bridget do zerwania z Markiem, a Anne (główna bohaterka Perswazji) została nakłoniona przez przyjaciółkę do zerwania z dzielnym kapitanem Wentoworthem. Czy już mówiłam, że się kocham w Wentworthie? I to tym książkowym najbardziej? Fielding naśladuje Austen w innych momentach – od nazwiska jednego z bohaterów przez kilka scen, na zamieszaniu związanym z pewnym listem skończywszy. Gdyby ktoś chciał, to nakłaniam do lektury Perswazji jednocześnie z The Edge of Reason – zabawa gwarantowana, a Perswazje to naprawdę świetna książka!

Film też powstał, chyba trochę na moje nieszczęście. Nie był to szał kinematografii, masa durnych scen. Czas spędzony przed ekranem, wielokrotnie, co przyznaję z lekkim zmieszaniem, umilał mi dość znacząco Colin Firth. Ja po prostu lubię durne filmy i tyle, świetnie się na nich bawię. The Edge of Reason nie jest wyjątkiem. Wyjątkową sympatią dla serii Transformers i Twilight w okolicy ważnych egzaminów może nie będę się szerzej dzielić, bo to jednak powód do lekkiego zmieszania. Colin Firth był uroczy – jak zawsze, Hugh Grant był uroczy – jak zawsze, Renée Zellweger utyła do roli – jak zawsze. Mogę oglądać i oglądam, zawsze dobrze mi szło marnowanie czasu na głupoty, w tym jestem mistrzem, niemal tak wielkim jak w wydawaniu kasy, której nie mam w czasie którego nie mam. Spróbujcie przebić takie zagięcie czasoprzestrzeni.

Fielding po dwóch książkach o Bridget Jones popełniła książkę, o której wolałabym zapomnieć, czyli Olivia Joules and The Overactive Imagination. Uwaga teraz będzie tekst pod znakiem ‘spoilers dear’, czyli będzie o trzeciej części.

Spoilers dear:

W tym roku zelektryzowała mnie wieść, że pojawi się trzecia część Bridget Jones. Zatarłam łapki i czaiłam się na premierę. W ubiegłym tygodniu przyszło. Dzięki Zeusowi wiedziałam, że Mark Darcy nie żyje, bo mogłabym paść, czytając książkę. No come on? Zołza Fielding zabiła Marka Darcy’ego? I ja, mały cynik, musiałam się od czasu do czasu wzruszać, czytając Mad About the Boy. Wredne. Darcy zginął pięć lat wcześniej, kiedy jego samochód wjechał na minę. Wiedziałam, że dokonałam słusznego wyboru, kiedy nie zdecydowałam się na zajmowanie się prawami człowieka. Bridget została wdową z dwojgiem dzieci. Daniel oczywiście pałęta się w jej życiu, ale w zupełnie niewinnej roli – jest ojcem chrzestnym potomstwa. Oczywiście przyjaciele Bridget jej nie opuszczają i popychają ją w ramiona mężczyzny – czas przestać nurzać się w żalu i ruszyć ponownie na podbój świata. Nie jest to jednak takie łatwe, kiedy posiada się dwoje małych dzieci, które chodzą do szkoły i mają swoje potrzeby, lalki, zabawki, lekcje do odrobienia i wszy. Bridget poznaje trzydziestolatka (niemal), wszystko gra, ale jednak różnica wieku robi swoje. A na horyzoncie jest też nauczyciel starszego syna, wuefista, really wuefista, całkiem, całkiem. I Bridget znowu jest rozdarta. Patent stary jak każda książka Fielding. Dwóch zupełnie różnych facetów, Bridget i jej koronkowe majtki. A w tle między innymi klinika leczenia otyłości.

Koniec spoilers dear

Na tę książkę też jestem o dwadzieścia lat za młoda. Ciekawe, czy za dwadzieścia lat dopadną nas problemy pięćdziesiąciojednoletniej (!) Bridget Jones? Bridget się nie zmieniła, może nie zmienimy się i my. Szczególnie, że już dawno wysnułam wniosek, że dojrzewanie mi nie wychodzi. Naprawdę z dużą przyjemnością wracam raz na jakiś czas (tak raz na trzy lata) do książek Fielding. Może i są durne, ale jakże przyjemnie zanurzyć się w świat, w którym główna bohaterka jest trochę kretynką i popełnia błędy. Jest to jednak bardziej zrozumiałe i przyswajalne niż wszystkie opowieści o Jane Eyre tego świata, o Małych kobietkach nie wspominając. Fajnie, że ktoś, kto nie jest doskonały, ma jednak sporo szczęścia, mimo wielu punktów zwrotnych. Takie optymistyczne czytadła, które pochłania się przed zaśnięciem. Me gusta.

Advertisements