Był sobie Hobbit – część pierwsza

by oscetc

Wpis mi wyszedł jakiś przydługi, więc podzielę go na części i nadam śródtytuły czy jak je tam zwał. Przy mniej więcej szóstej stronie, namówiona przez Ys, postanowiłam podzielić go na części, bo obawiam się, że byłby potężnie niestrawny – z powodu długości. Za treść nie odpowiadam, też może okazać się niestrawna. Nie wiem, czy ktokolwiek będzie chciał czytać o dodatkach do Hobbita, ale postarałam się pisać o wszystkim trochę, w sensie – z powodu zdolności do dygresji – tak jakoś wyszło. Dzisiaj część pierwsza, do końca tygodnia powinnam wyrobić się z całością).

Mógł Jackson zrobić z małej książeczki trzy epickie opowieści, mogę swój wpis podzielić i ja. Rzekłam.

A – żeby nie było marudzenia – tytułu Hobbit używam, z reguły, mając na myśli część pierwszą filmu, chyba że piszę o książce, wtedy wiadomo, Tolkien nie miał fantazji Jacksona ani mojej, jak się okazuje.

 WSTĘP lub Refleksja ogólna mocno dygresyjna

Nie znałam twórczości Tolkiena w dzieciństwie. Jakoś tak wyszło. Narnii zresztą też nie. Ominęło mnie szerokim łukiem, popatrzyło z daleka i zniknęło gdzieś na zachodzie albo południu. Zdarza się najlepszym, cóż poradzić? Rodzice nie czytali fantastyki żadnej. Słownie: żadnej. Zbiory rodzinne książkowe całkiem spore, ale fantastyki i pochodnych w nich ani grama, nawet Vonnegut się nie załapał!

W liceum wyczerpałam trochę limit książek z gatunków czytanych na co dzień i zaczęłam nieśmiało sięgać po fantastykę. Koledzy okazali się dość przydatni. Wiedźmin był chyba na początku. Pratchetta, gwoli wspomnienia, bo o nim zawsze warto wspomnieć, poznałam dopiero na studiach. Nie spodobało mi się. Sięgnęłam ponownie ze cztery lata temu, zakochałam się.

Wracam jednak do Tolkiena, bo to on jest jednym z bohaterów tego fanowskiego tekstu. 8 marca 2002 roku – bogowie, sprawdziłam datę, to naprawdę było aż tyle lat temu! – poszłam z koleżanką do kina na Drużynę Pierścienia. Z czystej ciekawości. Koleżanka również nie była nigdy fanką, też poszła z ciekawości. I tak, dzięki ciekawości, a jak wiadomo ciekawość to pierwszy stopień nie tylko do piekła, lecz też do wiedzy, wyszłyśmy z kina zauroczone.

Niemal prosto z kina potuptałam po książkowego Władcę Pierścieni. Kupiłam straszne wydanie. Naprawdę straszne. Z wyprzedaży, bo innych nie było, a i fundusze były dość ograniczone, więc nie kręciłam nosem. Dwukolorowe – połowa każdej strony biała, połowa kremowa, za niecałe dziesięć złotych. Dzisiaj zaczytane, pomazane – bo jednak mam nadzieję kiedyś ten doktorat napisać – wożone i noszone w różne dziwne miejsca. Książka na każdą okazję.

Potem, naturalną koleją rzeczy (przynajmniej taką według Jacksona), sięgnęłam po Hobbita. O ile pamiętam był na liście lektur dodatkowych w podstawówce, ale jakoś go ominęłam. Po latach – jestem absolutnie urzeczona. Czytam co jakiś czas z wielką przyjemnością i pożyczam ludziom, a potem czytam ponownie, bo skoro pożyczyłam, to znaczy, że się stęskniłam za książką, w końcu nie stała na półce jakiś czas. Ostatnio zakupiłam wreszcie śliczne wydanie Władcy Pierścieni – zbiorcze i ma białe kartki! No i zakupiłam Pana Błyska – przepięknie wydany! No i czytam Listy Tolkiena. Jestem monotematyczna literacko w ostatnim miesiącu.

I wyszła mi dygresja – zawsze tak jest, kiedy wypowiadam się o książkach. Poszłam zatem na Drużynę Pierścienia i był to jedyny film Jacksona o Śródziemiu, na który poszłam tylko raz. Potem biegałam na każdą część po dwa razy. Siedziałam jak przymurowana, nie ruszałam się cały seans. Jakie to było ładne! Nawet taki mały cynik jak ja wzruszał się, kiedy w Powrocie króla zapalały się ognie na szczytach gór. Przyznaję jednak bez bicia, że zawsze najbardziej mnie nudził wątek Froda, bogowie chyba jednak nadaję się bardziej do sag rycerskich, bo wszystkie potyczki wciągały mnie szalenie, a podróż Froda, mimo że najważniejsza, jakoś najmniej.

Gdyby ktoś nie zauważył, to wyżej to był wstęp do pisania o pięciopłytowym wydaniu Hobbita. Na Hobbicie też byłam w kinie. Też dwa razy. I kupiłam oczywiście wypasione wydanie jeszcze przed premierą, a potem tylko czekałam, aż do mnie przybędzie. Jestem z kategorii tych, którzy lubią dodatki, ba, kocham dodatki. Dodatki są takie fajne!

KRÓTKO O HOBBICIE, czyli rozwodzę się o filmie jako takim.

Hobbit mi się podobał. Nawet bardzo. Nie protestuję wcale przeciwko wydłużeniu go do trzech filmów. Niech sobie będzie niemal jak Sherlock – jeden odcinek raz do roku, ważne, że jest. Już się stresuję, co będzie w 2015 roku, w grudniu, kiedy nie będzie kolejnego. Po cichu liczę, że Jackson zrobi Silmarillion, ale raczej daremne żale, próżny trud, tego się chyba nikt nie podejmie.

Dla mnie trzy części Hobbita to jeszcze większa okazja do zanurzenia się w Śródziemiu. Gdyby powstał tylko jeden film, to nie pokazaliby na przykład norki hobbita, a przecież wszystko zaczęło się od tego, że w pewnej norce mieszkał hobbit, prawda? Dom Bilba jest świetny – zamieszkałabym, bez chwili wahania. Nie jestem wysoka, więc są szanse, że nie uderzałabym głową w żyrandol jak Gandalf. Jakie to jest przemyślane, wizja z filmu Jacksona przebiła moją wyobraźnię – nie sądziłam, że kreacja hobbickiej norki może być aż tak dobra. Szczegóły i szczególiki – meble, naczynia, dywany, dodatki, serwetki. Scena, w której u Bilba pojawiają się krasnoludy kupiła mnie od razu. Spowodowała też, że: a) zakochałam się w Bilbie (bo w Martinie Freemanie to się kocham od dawna), b) zakochałam się w krasnoludach (przynajmniej w większości), c) ostatnie, ale chyba najważniejsze – zakochałam się w szlafroku Bilba. Chcę ten szlafrok albo taki szlafrok – jest genialny. Nie dziwię się, że Freeman cieszył się, kiedy dostał go na pamiątkę. Zazdroszczę jego kobiecie podwójnie – nie dość, że ma w domu Freemana, to jeszcze taki szlafrok. Tyle szczęścia naraz!

Hobbit urzekł mnie już pierwszą sceną (miałam napisać ‘sceną z pogromu krasnoludów’, ale w tym kontekście słowo ‘urzekł’ jakoś mi nie pasuje). Elf na jeleniu i jeszcze gra go Lee Pace? Chętnie przygarnę, mogę się nawet dać uwięzić – czekam z niecierpliwością na sceny z niewoli u elfów w części drugiej i już się domyślam, że będę się zachwycać stale. Jak to dobrze, że pójdę dwa razy – akurat ogarnę wszystkie szczegóły, zanim wyjdzie na dvd. I Hobbiton zostaje – tym razem go nie rozebrali. Można zwiedzać! Mimo sporej niechęci do tak długiego lotu, kiedyś zamierzam wybrać się do Nowej Zelandii i obejrzeć to wszystko na własne oczy. Przygoda życia!

Po scenie wprowadzającej śliczne nawiązanie do Władcy Pierścieni – Frodo wraca. Elijah Wood skończył dziewiętnaście lat na planie Władcy Pierścieni – na planie Hobbita miał lat trzydzieści jeden. Jak ten czas leci… Najlepiej to chyba widać po dzieciach. Urocza córeczka Sama Gamgee (a przy okazji Seana Astina) jest już dużą dziewczyną, naprawdę, taką niemal dorosłą. Córka Jacksona, taki mały uroczy hobbit z czasów Drużyny Pierścienia, teraz jest jakby mocno nastoletnia i gra dorosłego hobbita. Na to się nie zgadzam, moja czasoprzestrzeń musiała nawalić. Dzieci nie powinny tak szybko rosnąć!

Poniżej, w sensie w części drugiej i trzeciej, nastąpi wywód na temat tego, co mi się podobało w dodatkach do Hobbita, więc jeśli ktoś zamierza się napawać samodzielnie i nie chce wiedzieć, co go czeka, to lepiej niech nie czyta. Mnie to nigdy nie robiło różnicy, ale podobno dziwna jestem, więc uczciwie uprzedzam, szczególnie, że nie posiadam księgi skarg i żali. Wszyscy uprzedzeni? Żegnamy wychodzących, witamy wytrwałych (jakieś długie toto mi wychodzi, więc pewnie już wszyscy wyszli, to sobie zrobię listę na przyszłość, o). I nie łudźcie się, że napiszę o wszystkich wszystko, za dużo tego było. Na pewno pominę któregoś z krasnoludów, a potem będą mi się znowu śniły po nocach. Oglądanie Hobbita codziennie przez tydzień bywa szkodliwe dla snów. Na końcu bonus – krótka refleksja po Hobbicie 2.

Advertisements