Ideały nie istnieją, czyli wpis z okazji 1 stycznia

by oscetc

Tak, wiem, że powinien być wpis o dodatkach do Hobbita – część druga, ale w związku z jutrzejszą premierą trzeciego sezonu Sherlocka, nie mogłam się powstrzymać, by nie odkopać wpisu z brodą godną Balina.

Moja przyjaciółka darzy wielkim i nieprzemijającym uczuciem jednego mężczyznę. To człowiek inteligentny, przystojny, interesujący, sarkastyczny, silny, z wielką fantazją i słuszną pozycją zawodową. Jest tylko jeden problem – nie istnieje. Został wykreowany w wyobraźni Terry’ego Pratchetta, a nazywa się Vetinari. Jako że jeszcze nie wymyślono maszyny do urzeczywistniania marzeń, pozostaje wyłącznie rzewnie wzdychać nad tym, że ideałów w w prawdziwym życiu nie ma.

Podczas gdy rzeczona przyjaciółka kocha się w Patrycjuszu, pisząca te słowa większym sentymentem darzy Sama Vimesa. Jednak to nie on jest moim ideałem. Zwracam przy okazji uwagę na znaną prawdę, że miłość jest ślepa, więc nie oceniajcie mnie zbyt surowo. Mężczyzna, którego darzę uczuciem, jest socjopatą. Nie lubi ludzi, nie ma przyjaciół, jest wybitnie arogancki, uważa się za najmądrzejszego na świecie, jest perfekcjonistą, niemal nigdy się nie myli, Wysoki, chudy, ma kilka paskudnych nałogów, nosi śmieszne ubrania (no, nie w każdym wcieleniu). Co więcej urodził‚ się w drugiej połowie XIX wieku, a dokładniej w 1887 roku. Jak się nazywa? Biorąc pod uwagę fakty, odpowiedź jest chyba jasna! Oczywiście Sherlock Holmes.

Książkowy pierwowzór jest oczywiście interesujący, ale przyznaję, że zdecydowanie wolę jego filmowe wcielenia. Są stare seriale, ale stworzony w nich wizerunek Holmesa nie budzi we mnie aż takich emocji – choć znam takich, w których budzi. Pokochałam dwie odsłony opowieści o genialnym detektywie, obie nowe, dość uwspółcześnione.

W pierwszej Holmes w wykonaniu Roberta Downeya Jr. to niedogolony, zabawny gbur – bezczelny, złośliwy, arogancki, który uwielbia testować ludzką wytrzymałość na krytykę i chamstwo, fascynuje go boks, a przy tym jest autentycznie zabawny i trudno go nie polubić. Ba, ja pokochałam go od pierwszego wejrzenia. Zachwyciła mnie scena, znana już ze zwiastuna, w której nagi Holmes siedzi zakryty wyłącznie poduszką i mówi speszonej pokojówce, że klucz do jego wolności tkwi pod tą poduszką. Przyznaję, że taki Holmes mnie rozczula.

Myślałam, że nie może być lepiej. Jakież był‚o moje zdziwienie, kiedy odkryłam, iż nie miałam racji. Trzyodcinkowy (tak, wpis powstał w czasach, kiedy serial zaledwie raczkował, a nie osiągał wiek średni) mini-serial zatytułowany Sherlock sprawił, iż Holmes zyskał‚ nowe oblicze, a moje serce zostało zdobyte niemal w całości – dla filmowego Sherlocka zostało jakieś dziesięć procent. Benedict Cumberbatch w tytułowej roli kreuje na ekranie socjopatę (do czego sam się przyznaje, pouczając policjantów, iż nie jest psychopatą i powinni się odrobinę dokształcić). Jest złośliwy, bezczelny, arogancki, skupiony wyłącznie na sobie, uważa wszystkich za idiotów i snuje rozważania o tym, jak cudownie lekkie życie mają ludzie, którzy nie są nim. Preferuje towarzystwo doktora Johna Watsona, gdyż lepiej mówić na ulicach głośno do kogoś niż do czaszki, która mieszka na jego kominku. Tak, wiem, że potem wszystko się zmieniło, nawet Holmes. Dziwak, egocentryk i cham. Wydawałoby się, iż nadaje się wyłącznie do odstrzału. A jednak bardzo łatwo może zauroczyć i powiem Wam to nie tylko ja, ale także urocza Molly, która nakłada na wargi szminkę, by zwrócić na siebie uwagę Holmesa. Udaje jej się, ale rezultaty nie są takie, jakich pragnie – Sherlock ocenia ją jak obiekt badań.

Jak widać niektóre kobiety kochają władczego i sarkastycznego Patrycjusza, inne – aroganckiego i genialnego detektywa. Może więc dobrze, iż nie ma maszynki do przenoszenia literackich bądź filmowych ideałów do rzeczywistości. Takich mężczyzn można bowiem podziwiać i uwielbiać bezboleśnie i bez żadnych skutków ubocznych.

Advertisements