Hobbit krasnoludowi hobbitem, czyli rozważania o Hobbicie (część II)

by oscetc

DODATKI, czyli część zasadnicza, mocno subiektywna i w staraniach dość szczegółowa.

  Część pierwsza części zasadniczej, czyli o rzeczach z planu etc (szczególnie etc).

 Gimli był uroczy, John Rhys-Davies też jest uroczy i pojawia się w dodatkach. Jednym z kompanów Thorina jest wszak jest ojciec – Gloin. Obejrzałam więc uroczą scenę spotkania ojca z synem, syn wygląda nieco poważniej niż ojciec, ale to krasnoludy, więc kto je tam wie, może tak być powinno. Zmierzam do tego, pomimo kolejnej dygresji, że Gimli był uroczy, ale we Władcy Pierścieni to podobały mi się elfy i ludzie, a biedny Gimli był mi drogi, ale jednak gdzieś na końcu listy. Po Hobbicie zakochałam się w krasnoludach i to nie tylko dlatego, że Armitage czy Turner (odpowiednio Thorin i Kili) to takie fajne chłopaki są.

 Wszyscy aktorzy śmieją się z siebie nawzajem, podchodzą i do siebie, i do pozostałych z dużym dystansem, dokuczają sobie, ale ze sporą sympatią. Nie wiem, jak to jest możliwe, że przez tak długi czas, ponad dwa lata, nie doszło do wielkiej awantury. Pewnie dlatego, że Jackson zafundował im na ‘Dirty Baker’s Dozen’ – świetnie zmontowany zwiastun, zrobiony w stylu Drużyny A. Dwalin robi wrażenie – te mięśnie! Zdecydowanie jeden z moich ulubionych fragmentów z trzech płyt z dodatkami. Tak, dodatków są trzy płyty, dwie pozostałe to rozszerzona wersja filmu. I tak – da się rozszerzyć Hobbita – poszerzyć hobbita zresztą też, wystarczy kilka posiłków dziennie i przyjemnie zaokrągla się w okolicy pasa. Sceny dodatkowe są niezłe, ale nie niezbędne dla fabuły. Przyznaję jednak, że grupa nagich krasnoludów w fontannie, która gorszy elfa, dla widza jest całkiem zabawna. Najlepsza jest chyba ta, która krążyła po necie, przynajmniej jako zdjęcia. Mały Bilbo atakuje Gandalfa drewnianym mieczykiem. To chyba ku przestrodze – co się dzieje, kiedy atakujesz czarodzieja dziecięcym mieczem? Może się okazać, że pewnego dnia zmusi cię do władania prawdziwym…

 Jackson nie chciał początkowo reżyserować Hobbita, bał się, że będzie rywalizował ze sobą. Zarezerwował dla siebie rolę współscenarzysty i współproducenta – i to mu miało wystarczyć. Kiedy okazało się, że z powodu opóźnień del Toro musi się wycofać, zaczęli szukać reżysera. Odbyło się wiele rozmów, ale ciągle nie można było znaleźć nikogo, kto pociągnąłby taką produkcję. Aktorzy zaczęli się niecierpliwić. Prasa podsycała niepokój. Jak tu negocjować kontrakty, jeśli film nie ma reżysera i nikt nie wie, czy na pewno powstanie? Okazało się, że czasu jest mało, a nawet jeszcze mniej. Jackson wziął się więc w garść i powiedział, że skoro już stanęli na skraju przepaści, to on pójdzie w stronę światła. I się stało. Ekipa pracowała 24/7, żeby wyrobić się ze wszystkim.

 Wszyscy musieli ciężko pracować, biedni aktorzy zaczęli ćwiczenia. Tak, tak, nie ma lekko – trzeba ćwiczyć – robić fikołki (jak Freeman ślicznie robi fikołki!), tarzać się, ganiać. Niektórym było łatwo, taki McTavish ćwiczył na siłowni, więc nie miał większych problemów z kondycją. Nieco gorzej wyglądała sytuacja Adama Browna. Biedny chłopak unikał wysiłku fizycznego jak tylko mógł, ale tutaj mu nie odpuszczono. Biegał więc równie dużo co Armitage. Freeman nie musiał ćwiczyć – biedny mały hobbit, który ćwiczy głównie mięśnie brzucha, a jedyny wysiłek fizyczny to spacer po jedzenie na targ i z rzadka wycieczka do lasu, nie musi być super wysportowany. Chłopak się jednak zaparł, że skoro wszyscy, a on ma być częścią ekipy, nie ma bata, też będzie ganiał po sali gimnastycznej, a co! Panowie ćwiczyli na tyle długo, że trzymanie broni, atakowanie, obrona stały się dla nich naturalne, mięśnie zapamiętały każdy ruch. Duża w tym zasługa Terry’ego Notary, który kiedyś pracował w Cirque du Soleil i uczył ekipę, jak się poruszać. To on wymyślił, że krasnoludy muszą mieć ugięte kolana i wypychać brzuchy. Nie tylko charakteryzacja tworzy wszak postać, ale też, a może przede wszystkim sposób poruszania i mimika, no i osobowość aktora. Największe znaczenie mają jednak – uwaga werble – buty. Od zawsze mówię, że buty są niezwykle istotne. Dzięki bogom wszelakim nie muszę jednak nosić tych, które codziennie wciągały na siebie krasnoludy. Come on! Najpierw miękki but wielkości stopy, a na to wielkie buciska, żeby zbudować proporcje. Okazało się, że w nich chodzi się dużo trudniej. Spróbujcie położyć sobie na stopach Maine Coone’a, a potem zacznijcie biegać – tak to mniej więcej wyglądało, a przynajmniej tak to sobie wyobrażam.

 Wszyscy członkowie drużyny Thorina twierdzą jednogłośnie, że trening ich związał. Nie tylko oni, lecz także Cate Blanchett twierdzą, że praca na planie była jak obóz letni – świetna zabawa, dużo treningów, testów, rozmów, kpin, żartów, no i oczywiście pracy. Zazdroszczę im szczególnie tego, że uczyli się strzelać z łuku. Wszystko wyglądało super fajnie, ale jednak pracy było dużo. Panowie spędzili na planie niemal dwa lata. Dwa lata! Cud, że się nie pozabijali i podobno nie dochodziło do większych starć.

 Nie tylko aktorzy nie mieli lekko, bowiem każdy miał dublera skali. Wiecie po to, żeby każdy krasnolud był znacząco niższy od choćby elfa czy czarodzieja. Najmniejsze znaczenie miała płeć. Liczyły się tylko proporcje i typ sylwetki. Przyznaję jednak, że nieco się zdziwiłam, kiedy małe krasnoludy zdjęły ‘twarze’ i okazało się, że więcej niż jeden to urocze młode dziewczę. Twórcy mieli przed sobą trudne zadanie, gdyż większość dublerskiej obsady nie miała nigdy przedtem do czynienia z aktorstwem. Przeprowadzili zatem kurs jak w szkole aktorskiej. Chyba im się udało, skoro rzadko dostrzega się na ekranie różnice?

 Nie samą walką jednak człowiek żyje, krasnolud też nie. Krasnoludy uczyły się także języka krasnoludzkiego, nie szło im za bardzo z akcentem, ale w końcu jakoś zdołali opanować podstawy. Najgorzej miał Kircher, bo – od pewnego wypadku – Bifur mówi tylko w starożytnym krasnoludzkim. Nie lepiej szło elfom, McKenzie, w sensie Lindir, nie mógł się nauczyć jednego zdania po elficku. Ciężko mu szło, ale kilka(naście) dubli później się wreszcie udało. Nie zmienia to faktu, że tuż po dublu nie był w stanie powtórzyć swojej kwestii.

Problemy z językiem to jednak nie wszystko. Jak widać zdolni panowie byli w stanie je przezwyciężyć. Wiele rzeczy na planie sprawiało większe kłopoty. Aktorzy najgorzej wspominają chyba jadalnię w domu Bilba. Owszem przeurocza, owszem piękna, owszem jest co podziwiać, ale jest upiornie mała. Wyobraźcie sobie niewielki pokój, a w nim upchnięte wszystkie krasnoludy z ekipy Thorina, z Thorinem włącznie, Gandalfa i Bilba – siedzieli jak sardynki w puszce. I podobno zapach również nie był najprzyjemniejszy. Tyle godzin, tyle jedzenia, tyle jajek. Bo właśnie panowie naprawdę jedli w tej scenie i bawili się jedzeniem. Powiedziano im: bawcie się dobrze i to właśnie zrobili, improwizowali. Bardzo fajne było liczenie, ile jajek zje Bombur – ale to już musicie sprawdzić sami.

 Mimo że wiadomo, iż plan filmowy to ciężka praca, widać, że przy robieniu Hobbita było dużo zabawy i wszyscy byli chętni, by pracować wspólnie i dobrze się bawić. Kiedy okazało się, że trzeba przebudować plan do sceny w jaskini trolli i trzeba to zrobić w ciągu kilku godzin a nie kilku dni, do pomocy rzucili się wszyscy, każdy dział, podawali worki z ziemią, nosili konary i – jak to powiedział jeden z wywiadowanych – zintegrowali się w pełni, stali się ekipą a nie tylko zbiorem współpracowników.

Moje ukochane fragmenty (poza epopeją powyżej), w sensie myśli urywane.

Szukanie królików – większość widzów prychała na króliki, bo jak to możliwe, żeby istniały takie potwory? Po pierwsze – a pocałujcie mnie wszyscy narzekacze, skoro nie marudzicie na czarodziejów, elfy i krasnoludów, to czemu czepiacie się słodkich króliczków? Fantastyka to fantastyka i wszystko jest mocno umowne, gdyby ktoś nie zauważył. A poza tym, co widać w dodatkach, twórcy znaleźli człowieka, który hoduje króliki giganty – naprawdę spore, takie mamuciątka, które kicają. Porobili zdjęcia, sfilmowali i na tej bazie stworzyli króliczy zaprzęg Radagasta. Mnie tam pasuje.

Absolutnie kupili mnie panowie, którzy latają po planie z płachtami, udając konie elfów w scenie z Rivendell. Aż czekałam, czy będą paszczą wydawać dźwięk ‘patataj’ – ku mojemu wielkiemu żalowi nie wydawali. Trudno wpakować na plan konie, więc najpierw trwały próby z panami i płachtami. Mimo niechęci do wysiłku fizycznego też bym polatała.

 Kręcenie sceny w górach, tej z gigantami, miało być wiarygodnie, więc aktorów polewano wodą – spróbujcie sobie wyobrazić grupę biednych aktorów (w tym drobniutkiego Adama Browna), którzy lezą po sztucznej skale, na plecach mają kilkadziesiąt kilo, w łapach broń bojową i jeszcze leci na nich wodą – trening okazał się z pewnością przydatny. Ciężar okazał się jednak mniejszym problemem. Jak to cholerstwo upiornie podobno grzało! Jestem w stanie uwierzyć w to, że jak chłopcy latali z tyloma kilogramami na plecach i na sobie, to chłodno im nie było. Poradzono sobie z przegrzaniem na kilka sposobów. Każdy krasnolud mógł przysiąść przy dmuchawie. Siedzi taki duży miś, unosi brodę a obok niego ktoś z wielką rurą i dmucha chłodnym powietrzem. Owszem przyjemnie, ale mało praktycznie na dłuższą metę – jeszcze w norce Bilba jak cię mogę, ale na polach? Bez szans. Krasnoludom zamontowano więc system chłodzenia w specjalnych kamizelkach (chyba takich, jakie noszą kierowcy rajdowi) – po każdym ujęciu lecieli do ekipy, krzycząc ‘podłącz mnie!’ i każdy miał swoje małe mechaniczne coś (agregacik?), z którego wystawała wtyczka podłączana do kamizelki i przez rurki płynęła zimna woda, chłodząc spoconego krasnoluda. Cud, że zapalenia płuc nie dostali! Dostali za to namiot z klimatyzacją, gdzie siedzieli pomiędzy ujęciami na małych krzesełkach. No przynajmniej większość, bo Dwalin, jako bad guy, dostał tron godny mrocznego króla, czachy i te klimaty. Najwięcej zabawy aktorzy zawdzięczali charakteryzacji Balina. Krasnoluda natura (tudzież charakteryzacja) obdarzyła bujną biała brodą i miał niemały problem, kiedy próbował wypowiedzieć jakiekolwiek zdanie – otwierał usta, a broda natychmiast w górę i tak raz za razem – warto obejrzeć!

 Gobliny zostały stworzone w najdrobniejszych szczegółach – ruszały się nawet kości pod skórą, szkoda tylko, że z reguły aktorzy/kaskaderzy nic nie widzieli, bo maski (z ruchomymi oczami) zasłaniały im widok na wszystko. Najgorsze było chyba jednak to, że w końcu zdecydowano się użyć efektów specjalnych – gobliny nie poczuły się jednak urażone, ba, zrobiły nawet ekipie niespodziankę, wykonując taniec w jadalni – zrobili mi kawałek dnia.

 Najwięcej zabawy wszyscy mieli chyba w czasie lotu na orłach – też bym miała, gdyby mnie usadzili na czymś zielonym, co zaczęło się nagle ruszać, imitując lot. Marzenie życia. Cud, że ich nie zemdliło. Niedobrze za to było niemal wszystkim krasnoludom, które przyczepiono do pala przy jaskini trolli, w sensie przypięto panów, a wręcz przykręcono, do rożna i kręcono nimi. Nigdy nie byłam fanem karuzeli, domyślam się, że część aktorów przypiekana na ogniu podziela mój pogląd.

 Hobbiton jest naprawdę zachwycający (Freeman się ze mną nie do końca zgadza, ale on jest z tych niegrzecznych, więc teraz nie bierzemy go pod uwagę). W scenach w Shire brali udział członkowie rodzin aktorów, ich dzieci, dzieci statystów, członkowie ekipy, a nawet fani, w tym kobieta na wózku, która komunikuje się ze światem mruganiem gałek ocznych, o ile dobrze pamiętam, ale bardzo chciała zagrać w Hobbicie. Jak mówi Freeman, kiedy nie jest aż taki niegrzeczny, ten film jest ważny, bo jest ważny dla ludzi – i tego się trzymamy. A poza tym na koniec zdjęć ekipa zrobiła wielką imprezę w Zielonym Smoku – knajpa hobbitów przydała się wszystkim. A jakie Dwalin robi koktajle, podobno, żałuję, że nie miałam okazji spróbować.

 Moria – niesamowity plan, jak z horroru, wszystko płynęło krwią i to dosłownie – sztuczną, bo sztuczną, ale jednak krwią.

 Stroje krasnoludów i charakteryzacja – mogłabym oglądać tylko te dodatki, raz za razem. Tolkien zrobił ekipie krzywdę, bo dał naprawdę niewiele wskazówek dotyczących ubrań krasnoludów, ale ekipa stanęła na wysokości zadania. Krasnoludów podzielono na grupy – rodziny i dobrano im podobne stroje, różnicując ich materiałami i kolorami – jest czym cieszyć oczy. Najbardziej podobają mi się jednak dłonie – wielkie gumowe łapy, które aktorzy nakładali jak rękawiczki. Podobne potwornie grzały i każdy czekał na moment, kiedy będzie mógł je wreszcie ściągnąć. Najgorzej miał McTavish – Dwalin był w końcu wielkim krasnoludem bojowym – nie zakładał dłoni, tylko całe przedramiona – talk i jedziemy, pod koniec dnia niemal dawał mleko – z jego dłoni ciekła mieszanka talku i potu, dając produkt mlekopodobny. Nie do pozazdroszczenia. Dużo zabawy było ze stworzeniem sylwetek krasnoludów. Nie należą do małych, a już na planie Władcy Pierścieni stwierdzono, że jeśli tylko pomniejszy się postać, to będzie miniaturką, należy zbudować proporcje. Jak tworzono Thorina i jego ekipę – w sensie oprócz kończyn z gumy? Twórcy oglądali masę zdjęć nagich, grubych mężczyzn – dla inspiracji. Praca na planie filmowym to ciężki kawałek chleba. Czerpiąc inspirację ze zdjęć, tworzono części ciała z pianki – brzuchy, ramiona, męskie piersi, wygląda to niesamowicie, ale trochę panom współczuję, bo zapewne waży niemało. Twórcy – nauczeni przykrym doświadczeniem Rhysa-Daviesa – wiedzieli, że silikon na twarzy może powodować uczulenia. Spróbowali zatem użyć go jak najmniej. Niektórzy, jak Turner, nosili tylko drobne kawałki, ale biedny Hunter (Bombur) nakładał na twarz aż pięć elementów, w tym podbródek, w którym mieścił mu się telefon komórkowy.

Co chwilę mam ochotę napisać, że najbardziej podobało mi się co innego, bo mi się te dodatki naprawdę podobały! Tworzenie broni było fenomenalne. Nie było tak, że panowie od broni stworzyli, co im się podobało, ale pozwolili każdemu aktorowi się wypowiedzieć i zrobili broń taką, jaką chcieli Thorin i spółka. Najfajniejszą miał zdecydowanie Balin – połączenie miecza i topora bojowego. Mogłabym taki mieć na ścianie. Ładny jest. Z Żądłem nie było problemów, w końcu Frodo machał nim we Władcy Pierścieni, nieco może nieudolnie, ale chwilami z zapałem. Bardzo fajnie twórcy podeszli też do Orkrista – miał się wyróżniać, toteż w rękojeść (to, co trzymają w dłoni to rękojeść, prawda?) wsadzono ząb, prawdopodobnie smoka – mam nadzieję, że nie był to ząb mamusi Smauga. Dwalin, bad ass dwarf, miał dwa topory. McTavish wymyślił sobie, że lepiej zbuduje postać, jeżeli nada im imiona. Zdecydował się na: ‘Grasper’ i ‘Keeper’, bo tak się podobno nazywały psy Charlotte Bronte – taki duży krasnolud, a taką literaturę czyta, godne pochwały. Jackson, jak to Jackson, takie duże dziecko, straszliwie się napalił na tę ideę, więc następnego dnia po rozmowie McTavish trzymał w łapach dwa topory, na których wyryto imiona. Wojownik jak się patrzy. Tak, podoba mi się McTavish.

 Wszystko jednak blednie wobec faktu, że wszystkie urocze krasnoludy uczyły się śpiewać. Jak oni uroczo śpiewają! Jak oni głupio wyglądają, kiedy śpiewają, ale ile im to daje radości. Efekt wypadł zadowalająco, a przynajmniej tak słyszałam. Poprzestawiano tekst Blunt the Knives, żeby lepiej pasował do rytmu i wyszło to utworowi zdecydowanie na dobre. A poza tym James Nesbitt gra na flecie. Kiedy kompozytor szukał kogoś, kto zagra na flecie w scenie z jadalni Bilbo, Boyens podsunęła mu Nesbitta, który nieco się krygował, że grywa odrobinę, po czym pojechał tak, że wszystkim opadły szczęki. Kiedy Bofur gra na flecie, gra naprawdę. Spory szacun. Powstało kilka wersji Misty Mountains – śpiewali w różnym rytmie, na różne melodie, co jedna, to dziwniejsza, aż w końcu się udało i powstała – IMHO – jedna z lepszych pieśni filmowych ever, a przy okazji jeden z najbardziej rozpoznawalnych w tej chwili motywów filmowych. Ciekawa jest też geneza pieśni króla Goblinów. Barry Humphries całkiem dobrze śpiewa i początkowo próbował zaśpiewać tę piosenkę normalnie. Potem stwierdził jednak, że to nie pasuje do króla Goblinów i zaśpiewał tak, żeby pasowało to do postaci. Moim zdaniem wyszło świetnie.

 Skoro już wspominam o aktorach, to możecie się spodziewać, że ostatnia część wpisu będzie właśnie o nich (no i oczywiście kilka refleksji po drugiej części filmu wzbogaconych o seans w 4Dx).

Advertisements