Los jest wredny i na pewno jest kobietą, czyli wyzewnętrzniam się na temat August: Osage County.

by oscetc

Już na początku tekstu przyznam się, że skusiła mnie obsada. No bo jak tu nie obejrzeć filmu, w którym gra spora grupa najbardziej cenionych aktorów świata. I to takich aktorów, których, w sporej części, bardzo lubię.

Może nie kocham Meryl Streep – tak, wiem, tu rozlega się powszechny jęk – bo jak to? Można nie kochać Streep? Ano można. Żeby nie było – bardzo ją cenię jako aktorkę, ba, uważam za jedną z pięciu najlepszych aktorek świata, ale nie wielbię każdego filmu, w którym zagrała, a poza tym dosyć często irytuje mnie jej zachowanie w wywiadach czy w czasie innych wypowiedzi publicznych. W August: Osage County gra totalną histeryczkę – można ją usprawiedliwiać, że jest chora, że cierpi, że leki, że wszystko, ale prawda jest taka, że to strasznie wredny babsztyl jest. Okropna matka, kiepska żona, jej postać kojarzy mi się z wykreowaną przez Emmę Thompson P.L. Travers w Saving Mr. Banks (skądinąd bardzo przyjemny kawałek kina). Niezwykle dobrze zagrana, znakomita i jeśli Streep dostanie za tę rolę Oskara, to nie będę bardzo cierpieć, może tylko cichutko jęknę, jak trzy czwarte świata, że znoooowu? Ile można… Za Violet można.

Streep to Streep – można z góry założyć, że będzie co najmniej niezła. Zaskoczyła mnie – i to jak! – Julia Roberts. Nie przepadam za boską Julią i to nie dlatego, że chodzi jak kowboj i ma uśmiech jak Staffordshire Bull Terrier (stafiiki są takie urocze przecież). Dotychczas nie ceniłam jej jako aktorki. Tak, wiem, że Erin, że Pretty Woman, że Notting Hill i cała masa innych, ale nigdy mnie nie przekonała. No dobra, aż do teraz, bo teraz uwierzyłam, że Roberts to jednak coś potrafi i to coś, to nie tylko uśmiech za milion dolarów. Twarda baba, która potrafi stawić czoła wszystkiemu, a przy tym niewiele pojmuje z tego, co wykrzykują w jej stronę ludzie i świat. Bardzo dobra, mocna rola, nie ustępowała pola Streep, a to już spora sztuka. Ba, chwilami była nawet lepsza i ciekawsza, a to już osiągnięcie niemal na miarę zdobycia Everestu na szpilkach. Zasłużona nominacja do Oskara, nie będę płakać, jeśli ona zacznie łkać, dziękując całej obsadzie za współpracę na planie.

Obie panie dały popis, co zostało dostrzeżone przez środowisko, ale to nie koniec świetnych kobiet na ekranie. Bardzo podobała mi się Margo Martindale, ale jestem jej wierna od czasów serialu A Gifted Man, który oglądałam bardziej dla niej niż dla głównego bohatera. W August: Osage County jest gdzieś na uboczu, nie rzuca się po ekranie, nie histeryzuje, ale jej determinacja i spokój sprawiają, że niezwykle zapada w pamięć. Tuż obok jest Julianne Nicholson – ta spokojna córka Violet. Cicha, wycofana, ale też twarda, tylko, że nie pokazuje tej twardości światu jak Barbara (Roberts). Jest rozsądna, ale i w niej drzemie ziarenko buntu, które bardzo usilnie próbuje wybić się na powierzchnię. Nie sposób obok tej roli przejść obojętnie. Najmłodsze pokolenie reprezentuje Abigail Breslin. Pamiętacie małą alternatywną miss sprzed kilku ładnych lat? To właśnie to dziewczę wyrosło na małego buntownika. Bardzo lubię Breslin, nawet kiedy gania po dżungli z rozhisteryzowaną Jodie Foster (rozhisteryzowaną Foster lubię bardzo, jeszcze bardziej niż Streep). Tak bardzo mi więc szkoda, że tutaj jej w ogóle nie wykorzystano. Jej postać jest chyba najbardziej płaska – mam nadzieję, że to nie zniżka formy u Breslin, lecz brak zapału reżysera, by tę postać wyeksponować. Na deser zostawiłam Juliette Lewis. Nie dlatego, że to moja ulubiona aktorka – nie darzę jej szczególną estymą czy sympatią, ale niezwykle się cieszę, że wreszcie zagrała świetną rolę – z pozoru lala z czerwonymi ustami, trzpiotka, flirciara, ale ma charakter – nie na darmo jest córką swojej matki. Bardzo fajnie, że zagrała coś na miarę swoich możliwości i pokazała, że te kilka dobrych ról wieki temu to nie tylko przypadek.

Wydawać by się mogło, że August: Osage County to film, w którym zagrały wyłącznie kobiety. Zagrały świetnie, ale potrzebowały dobrego planu męskiego. Wierzcie mi – jest w czym wybierać. Zaczyna się od Sama Sheparda, a ja tak lubię Sama Sheparda! To taki aktor, który przebywa na ekranie zaledwie chwilę, ale tę chwilę pamięta się doskonale. Jeszcze lepszy jest Chris Cooper, a ja tak lubię Chrisa Coopera. Jak on znakomicie gra! Jaki fenomenalny jest w scenie kłótni z żoną! Tym bardziej blado, ku mojemu wielkiemu żalowi, wypada Ewan McGregor. Żal tym większy, że bardzo go lubię, a był czas, kiedy królował na mojej liście ukochanych aktorów ever. A tu było go jakoś mało, jakoś średnio, jakoś ledwie go pamiętam i nie powiem, żeby to mi się podobało. Panów jest jeszcze dwóch (w sensie po ekranie pałęta się ktoś tam jeszcze, ale liczę istotnych). Dermot Mulroney nadal wygląda nieźle, ale chyba minął już czas, kiedy większość kobiet nie wyrzuciłaby go z łóżka. Zagrał na tyle nieźle, że pamiętam go po seansie. No i na deser, bo wiadomo, że on zawsze na deser, Cumberbatch. Wiecie dlaczego ogórek nie śpiewa? Bo Cumberbatch robi to lepiej. Tak, tak właśnie – w tym filmie Cumberbatch śpiewa i to jak fajnie. Przeurocza scena, ale przyznaję, przy całej sympatii dla niego, jednak uległ aktorsko pozostałym, szczególnie babom.

Widać już, że mój zachwyt obsadą jest spory, ale aktorzy to nie wszystko. Liczy się też fabuła, by nie rzec wymowa filmu.

August: Osage County jest filmem bardzo dobrym, a przy tym niesamowicie smutnym. Dziwnie smutnym. Nie to, że po seansie nie miałam ochoty wleźć do wanny z butelką Jasia Wędrowniczka i wyć albo wleźć do wanny z butelką Jasia Wędrowniczka i podciąć sobie żyły, ale dopadła mnie zaduma nad rzeczywistością. Nad rzeczywistością szeroko pojętą – nad światem, ludźmi, życiem, nad plamami na słońcu, nad milionem rzeczy, o których nie myślę na co dzień. August: Osage County to film o tym, że nic się nikomu nie udaje, ale po prostu takie jest życie, bierze się je, jakie jest. Każdy jest kowalem własnego losu, my ass. Można się buntować. Można brać na klatę wszystko, co przychodzi i się poddawać, płynąć z prądem. Może gdzieś jest ziarenko, które kiełkuje i czeka, żeby wychynąć na powierzchnię. Wszyscy mamy bowiem warstwy, jak ogry – scenarzysta Shreka miał rację. I co z tego? Nawet jeśli się zbuntujesz, to i tak powielasz wzorce. Wydaje ci się, że nie? Mylisz się. Każdy ma wybór, ale tak naprawdę rzadko go ma. O tym też jest ten film.

Próbujesz uciec, zostawić wszystko za sobą, ale nadchodzi moment, kiedy musisz wrócić i stawić czoła przeszłości. Trudne? Niezwykle. Bolesne? Zawsze. W filmie część bohaterów musiała wrócić z powodu pogrzebu. Znakomita okazja, żeby się pokłócić. Kłótnia powinna być ożywcza i nawet bywa, ale tylko na moment, bo potem wraca rzeczywistość. Każdy gra z góry ustaloną rolę, nawet jeśli wydaje mu się, że jest scenarzystą, okazuje się, że producent go wykiwał i wcisnąć w fabułę to, co chciał, a nie to, na co mamy ochotę. Najlepiej obrazują to chyba dwie sceny – rozmowa Barbary (Roberts) i Billa (McGregora), w której padają znamienne słowa, że ona nie wie, dlaczego dzieje się to, co się dzieje i pewnie nigdy się nie dowie i jedna z najmocniejszych – to, co wykrzykuje Ivy (Nicholson) do Barbary – tu nie będę psuła zabawy, bo większość znanych mi osób ma problem ze spojlerami.

August: Osage County to też film o rodzinie. Pada w nim bardzo trafne zdanie. Rodzina to tylko mieszanka pewnych genów, a bliskość nie jest automatyczna. Bliskość bowiem należy wypracować, nie przychodzi sama. Pyk – jesteśmy rodziną, więc kochamy się ponad życie. To tak nie działa. Kochamy rodziców – córki Violet nie mogą jej znieść, walczą z nią i jej okrucieństwem, ale nie potrafią jej opuścić na zawsze, bo ją kochają i są jej w stanie wiele wybaczyć, ale nie zapomnieć. Dużo prostsza jest miłość ojca do dziecka. Tutaj ojcowie walczą o dzieci i kochają je bezgranicznie. Widać to szczególnie w najlepszej chyba scenie w filmie – kłótni między Mattie i Charlesem (Martindale i Cooper), kiedy ojciec jest w stanie zaryzykować wszystko, by chronić swoje dziecko, nawet wieloletnie małżeństwo. Również Bill walczy o swoje dziecko i zrobi wszystko, by ocalić je przed światem, w tym matką i jej rodziną. W rodzinie, jak to w rodzinie, jest wiele sekretów – takich, które mogą zburzyć – i ta kruchą – więź. O tym też jest ten film – o sekretach.

Największą siłą August: Osage County jest jednak to, że to film o ludziach a nie o postaciach. Nie twierdzę przy tym, że nie widać, iż to najpierw była sztuka. Chwilami widać to bardzo, ale absolutnie mi to nie przeszkadzało w odbiorze. Sztukę zresztą bardzo chciałabym przeczytać, jednak żywię głębokie przekonanie, że postaci stały się na tyle realne, że czytając, będę widziała twarze aktorów, a to świadczy dla mnie o ich dużym kunszcie. Każdy bohater to drama queen, ale przez to są niezwykle żywi i wiarygodni. Najbardziej brakowało mi tego, że nie wiem, co zdarzyło się po napisach końcowych. Bardzo chciałabym wiedzieć, co będzie dalej. Mimo że bohaterów nie da się polubić – można zapałać sympatią jedynie do Charlesa i Little Charlesa (Cumberbatch) – można się do nich przywiązać. Ja się przywiązałam. I chociaż chciałabym zobaczyć, co było potem i jak nie żyli długo i szczęśliwie, to to, że tego nie wiem jest fantastyczne. Naprawdę fantastyczne.

Wiecie, rzeczywistość filmowa jest trochę jak rzeczywistość codzienna – świat, w którym postanowienie: ‘pomyślę o tym jutro’ rzadko działa, ale i tak na to jutro czekamy, jakie by nie było, a nawet jeśli jest złe, to od dna też można się odbić. A jeśli na brzegu czeka ktoś z deską, by zagłębić nas w mule ponownie, po którymś razie nauczymy się, jak zrobić unik. Przynajmniej mam taką nadzieję. I to również August: Osage County we mnie zostawiło – nie tylko smutek, nie tylko zadumę, ale i nadzieję, a przynajmniej jej lekkie mgnienie.

Advertisements