Rozważania o Oskarach AD 2014.

by oscetc

Już za około dobę rozpocznie się ceremonia wręczenia Oskarów. Będę oglądać, jak co roku od tylu lat, że aż wstyd liczyć. Zaczęłam jakoś w późnej podstawówce. Rodzice byli na tyle wyluzowani, że pozwalali mi odpuszczać poniedziałek w szkole. Tak samo było w liceum, a na studiach oglądanie Oskarów przerodziło się w radosne spotkanie towarzyskie. Do dzisiaj pamiętam, jak Roberto Benigni skakał po krzesłach i jak Jack Nicholson był Gandalfem, i jaki fajny był Billy Crystal. Zawsze, kiedy biorę udział w konkursie na to, kto zdobędzie statuetkę mam dylemat wewnętrzny, czy głosować tak, jak chciałabym, żeby było, czy tak jak sądzę, że będzie. Poniżej będzie więc i tak, i tak.

Aktor w roli pierwszoplanowej.

Nominowani: Christian Bale za American Hustle; Bruce Dern za Nebraskę; Leonardo DiCaprio za Wilka z Wall Street; Chiwetel Ejiofor za 12 Years a Slave (odmawiam używania tytułu polskiego dystrybutora) i Matthew McConaughey za Dallas Buyers Club (jak wyżej).

Nie widziałam Nebraski – podobno Dern jest świetny, ale jakoś nie wierzę, że zdobędzie Oskara, więc pominę go w rozważaniach okołonagrodowych. Nie kocham Bale’a, lubię, owszem, ale na pewno nie kocham. Dotychczas jego role mi się podobały, ale jakoś mnie nie porywały. Aż do seansu American Hustle. Bale mnie zachwycił i to już od pierwszej sceny, która, w moim mniemaniu, robi film. Myślę jednak, że Bale, podobnie jak ja, wie, że Oskara nie dostanie – ignorował wszystkie dotychczasowe nagrody (albo go gdzieś przegapiłam), ciekawe, czy pojawi się na jutrzejszej gali. Chiwetel Ejiofor – tak, wiem, że dla wieli to objawienie, ale mnie nie powalił. Owszem ma te swoje wielkie, smutne oczy – baranka prowadzonego na rzeź, ale dla mnie to za mało. Rola dobra, ale mnie nie porwała. Na placu boju zostali dwaj panowie, którzy są chyba najsilniejszymi kandydatami do Oskara. Obaj zgarniają nagrody za swoje role. McConaughey mi się podobał, ale cały czas miałam wrażenie, że zagrał rolę pod nagrody – schudł, zmienił wizerunek, czyli zrobił wszystko, co się opłaciło laureatom z lat ubiegłych. Dużo bardziej podobał mi się jego epizod w Wilku z Wall Street – McConaughey był tam genialny. No i DiCaprio na koniec. Nie wzruszył mnie Titanic – nie obejrzałam go nigdy w całości, bo był nudny. Najbardziej lubię pierwsze i ostatnie dwadzieścia minut. Bardzo lubię DiCaprio w Pokoju Marvina, w Django, w Krwawym diamencie, a przede wszystkim w Drodze do szczęścia – tam mnie zachwycił i nie sądziłam, że kiedyś sięgnie jeszcze takiej wyżyny. Się myliłam się. W Wilku jest fenomenalny, rozłożył mnie na łopatki.

Kto dostanie Oskara: Myślę, że szanse są pięćdziesiąt na pięćdziesiąt – McConaughey albo DiCaprio

Komu dałabym Oskara: DiCaprio.

Aktor w roli drugoplanowej.

Barkhad Abdi był najlepszy z całej obsady Kapitana Phillipsa, podobała mi się jego rola, ale mnie nie zachwycił i nie kibicuję mu w wyścigu po Oskara. Bradleya Coopera lubię, jest takim uroczym amerykańskim chłopcem, był cudnie obsadzony choćby w Drużynie A. W American Hustle był dobry, ale nie dorósł do pięt Christiana Bale’a, Współczuję mu z powodu baranka na głowie. Michael Fassbender to jeden z najbardziej niedocenionych aktorów, a szkoda, bo ja na przykład bardzo go lubię. Jest moim drugim ulubionym Rochesterem (pierwszym jest oczywiście Toby Stephens). Nie zachwycił mnie w 12 Years a Slave, ale dałabym mu Oskara z czystej sympatii. Jonah Hill był fajny, widać, jak się rozwija z roli na rolę i jak daleko zaszedł od pierwszych komedii, którymi zasłynął, ale – jak mawia moja koleżanka – szału nie ma. Na deser zostawiłam Jareda Leto – był bardzo dobry, najlepszy z całej obsady, ale nie porwał mnie w stu procentach. Doceniam go na tle ekipy, w tym bardzo słabej Garner.

Kto dostanie Oskara: Leto.

Komu dałabym Oskara: Leto.

Aktorka w roli pierwszoplanowej.

Bogowie, nie wiedziałam, że Amy Adams potrafi być taka uwodzicielska! Bardzo dobra rola, świetnie pomyślana, świetnie poprowadzona, w wielu momentach zaskakująca. Nie ustąpiła pola Bale’owi, a to duża sztuka. Lubię Adams, ale często mam wrażenie, że nie ma zbyt wiele do powiedzenia – szczególnie było to widać podczas roundtable, wszystkie panie wymieniały opinie, a Adams jakoś tak cichutko, nieśmiało pozostawała w tle. Po roli w American Hustle mogę jej jednak darować to, że nie błyszczy w czasie wypowiedzi. Błyszczała w filmie. Bardzo lubię Cate Blanchett. Po seansie Blue Jasmine wiem, dlaczego Allen napisał dla niej rolę po tym jak zagrała w Tramwaju zwanym pożądaniem – dostał niemal gotowy produkt. Przy całej mojej sympatii do Blanchett i fakcie, że doceniam jej rolę, nie mogę powiedzieć, że mi się podobała. Uważam, że była bardzo przerysowana, aż na granicy groteski. Bardzo lubię Sandrę Bullock, ale Bullock z komedii. W Grawitacji pokazała, że potrafi grać, bo ciężko unieść film, w którym przez część czasu rozmawiają dwie osoby, a przez pozostałą – na ekranie tkwi tylko Sandra. Nie dałabym jej jednak Oskara, bo mnie nie zachwyciła. Judi Dench to gwiazda i wielka aktorka. Filomenę gra świetnie, widać warsztat – nie przerysowała postaci, była niezwykle wyważona, skupiając na sobie uwagę. To klasa sama w sobie i dałabym jej wszystkie nagrody świata, szczególnie, że dotychczasowy Oskar był nagrodą za epizod, co – przy okazji – tym bardziej świadczy o jej klasie. Na koniec Meryl Streep, o której już pisałam w kontekście filmu. Bardzo dobra rola, świetnie zagrana, ale Streep to Streep. Nie będę się powtarzać. Moje wynurzenia na temat roli można znaleźć w recenzji August: Osage County. Mam tylko jedno pytanie: dlaczego nie ma w tym zestawieniu Emmy Thompson? Przy okazji wspomnę, że przymierzam się do tekstu o Saving Mr. Banks i P.L. Travers.

Kto dostanie Oskara: Blanchett.

Komu dałabym Oskara: Adams.

Aktorka w roli drugoplanowej.

Sally Hawkins lubię bardzo, nawet jeśli biega jak kretynka w ekranizacji Perswazji. Tak jak Blanchett była przerysowana, tak Hawkins jest idealnie wyważona i świetnie równoważy film. Bardzo mi się podobała, uważam, że Blue Jasmine warto obejrzeć przede wszystkim dla niej. Jennifer Lawrence jest urocza, przyznaję, ale jestem już trochę zmęczona jej podobnymi rolami. Nie zachwyciła w American Hustle. Ma jedną dobrą scenę, również typową dla siebie, ale dobrą – mówię o scenie, w której sprząta. A poza tym jest, delikatnie mówiąc, średnia i mam nadzieję, że nie zgarnie nagrody. Nie rozumiem też deszczu wyróżnień dla Lupity Nyong’o. Owszem, dobra rola, ale nie powiem, że specjalnie przejmująca. Dwie dobre sceny to trochę za mało, żeby mnie zachwyciła. Była dobra i nic ponadto. O Julii Roberts już pisałam w tekście o August: Osage County, więc nie będę się powtarzać. Jednym zdaniem, li i jedynie, uwierzyłam, że potrafi grać i to dobrze grać. Nie widziałam niestety June Squibb.

Kto dostanie Oskara: Pół na pół – Lawrence i Nyong’o.

Komu dałabym Oskara: Hawkins.

Animacja.

Od razu się przyznam, że nie widziałam The Wind Rises. Krudowie mi się podobali, fajnie, że zrobiono coś o bardzo dawnych czasach i nie grają w tym mamuty. Przy czym, od razu mówię, kocham mamuty i oposy, i leniwca. To zdecydowanie moja ukochana kreskówka. Krudowie są dość przyjemni. Minionki rozrabiają – bardzo dobrze się bawiłam, minionki są urocze. Fajny pomysł, kilka świetnych scen, pani agent urocza i niebezpieczna, a jej szminka robi wrażenie. Do tego przyjemna ścieżka dźwiękowa. Uroczy jest także film Ernest i Celestine. Połączenie myszy i niedźwiedzia musi być urocze, prawda? Prosta kreska, kilka świetnych pomysłów – ukrywanie ciężarówki na przykład. I sceny w sądzie – niesamowite. Film o tym, że przyjaźń jest ważniejsza niż dzielące osobników różnice i że nieważne jest to, kim jesteśmy, ale jacy jesteśmy. Wiem, że to truizm, ale mnie przekonał. No i na koniec Frozen – typowy film na Oskary. Pięknie zrobiony, pięknie zaśpiewany, uroczy bohaterowie drugiego planu – jak można nie pokochać renifera i bałwanka, rajt? Wszystko pięknie, ale aż za słodko. Wielokrotnie podkreślano podobieństwa do Zaplątanych – ja stawiam na konia a nie na renifera.

Kto dostanie Oskara: Pół na pół – Frozen.

Komu dałabym Oskara: Minionki rozrabiają.

Zdjęcia.

Tutaj nie czuję się na siłach, by się wypowiadać, bo widziałam tylko dwa filmy z pięciu, mogę więc tylko na ich podstawie obstawiać. Grawitacja to przede wszystkim zdjęcia, były piękne, tak piękne, że aż przyćmiewały historię, nie aż tak jak to było w Avatarze, ale było blisko. Inside Llewyn Davis (i znowu odmawiam używania polskiego tytułu) to zupełnie inny film, film skromniejszy, prostszy, ale bardzo mnie ujął formą (i Carey Mulligan, ale to już inna historia).

Kto dostanie Oskara: Grawitacja

Komu dałabym Oskara: Inside Llewyn Davis.

Kostiumy.

Znowu nie widziałam wszystkich filmów z kategorii. Trzy na pięć to i tak lepszy wynik niż w kategorii zdjęcia. American Hustle powinno dostać Oskara za dekolty Amy Adams i za wszystkie kiecki – wybitnie pomogły w kreacji postaci. Plus dodatkowy za odzienie Bale’a – wygląda w nim niezwykle obleśnie, ale tak miał wyglądać. Strzał w dziesiątkę. Gatsby urzekał przepychem kostiumów, wiadomo, niesamowita epoka, niesamowite ciuchy. 12 Years a Slave – tu nie jestem przekonana do nominacji, daleko tym strojom do tego, do czego przywykłam na ekranie. Nie zapamiętałam ani jednego, żaden nie zrobił na mnie wrażenia.

Kto dostanie Oskara: Gatsby.

Komu dałabym Oskara: American Hustle.

Reżyseria.

Nie wiem, jak wypadła Nebraska, z powodów oczywistych. Russell za American Hustle – aktorzy byli świetnie poprowadzeni, świetnie dobrani, film był bardzo porządny, dobrze zrealizowany, nominacja jak najbardziej zasłużona. Mam duży szacunek do Cuarona od dawna, wzrósł jeszcze po Grawitacji, bo to sztuka, żeby historia, w której gra tak niewielu aktorów nie nużyła przez tak długi czas. McQueena bym nie nominowała, bo za dużo w 12 Years a Slave było prób tworzenia sztuki dla sztuki, co owocowało rozbijaniem scen. Wiem, że McQueen chciałby zrobić film artystyczny, a przy tym film komercyjny, ale tutaj to rozdarcie nie pomogło, a wręcz chwilami przeszkadzało w odbiorze. Jestem fanką Scorsese od dawna, lubię chyba wszystkie jego filmy. Przyznaję rację tym, którzy mówią, że można by było Wilka skrócić o jakieś dwadzieścia minut, bo można by, ale mnie nie przeszkadzało to, że jest taki jaki jest. Scorsese u szczytu formy, który tworzy filmowy dialog ze sobą – mnie kupił absolutnie.

Kto dostanie Oskara: Diabli wiedzą, obstawiam, że McQueen.

Komu dałabym Oskara: Scorsese.

Montaż.

Nie znam się na montażu, a może szkoda. Wiem za to, co m się podoba, a co nie. Podobał mi się sposób ułożenia scen w American Hustle. Nie pasowały mi przeskoki w Kapitanie Phillipsie. W ogóle nie podobało mi się rozłożenie scen w Dallas Buyers Club. Bardzo składna była Grawitacja. Nie odpowiadały mi przeskoki w 12 Years a Slave.

Kto dostanie Oskara: Grawitacja.

Komu dałabym Oskara: American Hustle.

Makijaż i fryzury.

Widziałam tylko Dallas Buyers Club – myślę, że wąsy McConaugheya mogą dostać Oskara. Są takie z epoki i ze świata. Tylko niech mi ktoś wytłumaczy, gdzie jest nominacja dla American Hustle – za włosy Rennera, za włosy Bale’a, za makijaż Adams, za włosy Coopera nawet. Gdzie jesteś nominacjo, no gdzie?

Muzyka.

Nie widziałam (ani nie słyszałam) Złodziejki książek. W ogóle nie pamiętam, czy była jakaś muzyka w Grawitacji – coś tam na początku, ale nominacja za muzykę dla filmu, w którym dźwięku być w ogóle nie powinno, to już coś. Her miało bardzo przyjemną ścieżkę dźwiękową, podobał mi się dobór muzyki w czasie seansu, ale już nic nie pamiętam. Filomeny słuchało się bardzo dobrze, ale nie dziwota, bo to Desplat, a ja bardzo lubię Desplat. Na koniec Saving Mr. Banks – cudnie zrobiona ścieżka, korzystająca i z klasyki Disneya, i pełna nowinek. Bardzo toto przyjemne, aż drga człowiekowi stopa jak Emmie Thompson w scenie z latawcami.

Kto dostanie Oskara: Pół na pół – Saving Mr. Banks.

Komu dałabym Oskara: Saving Mr. Banks.

Piosenki.

Podobało mi się wszystko. Happy jest urocze, bo i film jest uroczy. Let It Go zapamiętałam z Frozen chyba najlepiej z całego filmu (no i bałwanka oraz renifera, ale nie liczą się w kategorii). Her, jak pisałam przyjemna ścieżka, więc i fajna piosenka. Ordinary Love – dobrze się słucha.

Kto dostanie Oskara: Frozen.

Komu dałabym Oskara: Her.

Sound Editing i Sound Mixing.

Na tym już się totalnie nie znam. All is Lost dostało nominację za dźwięki morza i sprzętu pływającego, ale coś tam Redfordowi trzeba było dać. Kapitan Phillips – niemal jak wyżej, plus dźwięki strzelania i okrzyki. Grawitacja chyba za dźwięk rozwalających się w przestrzeni kosmicznej sprzętów – chyba nie powinno ich być słychać, ale jakoś tak się mało znam. Hobbit dostał definitywnie za smoka. Inside Llewyn Davis dostał za muzykę i autentyczny montaż wszystkiego, co można nazwać dźwiękiem. Lone Survivor nie widziałam.

Kto dostanie Oskara: Grawitacja.

Komu dałabym Oskara: Hobbit.

Efekty specjalne.

Bardzo mocno obsadzona kategoria. Grawitacja – nie dość, że kosmos, a Ziemia z kosmosu tak ładnie wygląda, no i są promy kosmiczne i sprzęty kosmiczne i spacery w przestrzeni. Efekty specjalne jak się patrzy. Hobbit – za wszystko, ale przede wszystkim za smoka. Smok przebija nawet Golluma – smok wygląda jak Cumberbatch i o matko jakie to fajne. Iron Man 3 to też masa efektów, latają, niszczą, plują ogniem, płoną, wybuchają, wszystkiego dużo. Lone Ranger nie widziałam, ale jakoś tak mało efektowne w tej efektownej kategorii mi się ze zwiastunów wydaje. No i Star Trek Into Darkness – sto procent efektów w efektach, kosmos, statki kosmiczne, kosmici, wybuchy, latanie nad miastem i w przestrzeni. Też fajne.

Kto dostanie Oskara: Grawitacja.

Komu dałabym Oskara: Hobbit.

Scenariusz adaptowany.

Before Midnight chętnie bym przeczytała, świetne dialogi, świetnie pomyślana fabuła, bardzo to zgrabne i nie odstaje jakościowo od poprzednich części, świetnie je dopełnia. Bardzo podobał mi się aktorsko, ale to scenariusz robi największe wrażenie. Kapitan Phillips – z tego, co się orientuję oficjalne raporty nie do końca pokrywają się z książką, a więc i z filmem. Nie powalił mnie scenariusz. Filomena – bardzo chcę przeczytać książkę, domyślam się, że film idealnie oddaje to, co napisano. 12 Years a Slave – bardzo mnie nużyła historia i nie rozumiem nominacji dla scenariusza. Wilk z Wall Street – a tę książkę na pewno przeczytam, świetnie toto napisane, może o dwie sceny za dużo, ale mi nie przeszkadza.

Kto dostanie Oskara: Wilk z Wall Street.

Komu dałabym Oskara: Before Midnight.

Scenariusz oryginalny.

American Hustle za to akurat nie powinien dostać nagrody. Fabuła jest fajna, wątek kryminalny fajny, ale wypada blado przy chemii między bohaterami. Allen dostał nominację chyba dlatego, że jest Allenem. Dallas Buyers Club też stoi aktorstwem przede wszystkim, a historia mnie nie powaliła. Najmocniejszy w stawce jest chyba film Her – bo tu najbardziej o historię i dialogi chodzi, a nawet o dialogi przede wszystkim – są świetne i przyćmiły wszystko, nawet fryzurę Adams. Trochę kiepsko się robi w drugiej połowie, kiedy historia staje się coraz bardziej dramatyczna i męcząca.

Kto dostanie Oskara: Dallas Buyers Club.

Komu dałabym Oskara: Her.

Najlepszy film.

Last but not least. Bardzo wyrównana stawka, jeden film się wyróżnia, ale ogólnie ciężko typować zwycięzców.

American Hustle mi się podobał pod wieloma względami. Fabuła przypominała mi nieco trochę uboższego kuzyna Podejrzanych, a to już duże wyróżnienie. Świetnie dobrani aktorzy, no i Lawrence, ale ją mogę pominąć. Znakomicie dobrane kostiumy, charakteryzacja, fryzury. Dobrze zrobione technicznie. Wciągnęłam się i seans w ogóle mi się nie dłużył.

Kapitan Phillips w ogóle mi się nie podobał. Cały czas miała wrażenie, że oglądam film robiony tylko pod Oskary. Był strasznie płaski emocjonalnie, chwilami żałowałam, że nie może się skończyć inaczej. Nie urzekł mnie aktorsko. Tom Hanks sto razy bardziej przekonał mnie w Saving Mr. Banks. Oglądałam z dużą wytrwałością, ale co i rusz spoglądałam na zegarek, sprawdzając, ile czasu zostało do końca.

Dallas Buyers Club – brak emocji po raz kolejny. Niezłe aktorsko, w tym bardzo fajny Leto, ale strasznie płaski film. Pierwsza połowa dawała nadzieję na coś dobrego, druga tę nadzieję ubijała co chwilę. Nie wciągnęłam się w akcję, nie współczułam bohaterowi, oglądało się toto strasznie z zewnątrz.

Grawitacja – film udany przede wszystkim technicznie – tak, wiem, że bez sensu w wielu momentach i większość scen nie ma nic wspólnego z fizyką, ale ładny był. Aktorsko uniesiony całkiem nieźle. Clooney jest zawsze uroczy, a Bullock zagrała jedną z lepszych ról. Nieco przerost formy nad treścią plus fatalna ostatnia scena. Bardzo ładne podsumowanie zrobili mi ostatnio panowie w komunikacji miejskiej, cytując: ‘no, skrytykowałem jeszcze zanim zacząłem oglądać, a potem, wiecie, on ciągnie tą lafiryndę na linie przez pól filmu.’ Kurtyna.

Her – pierwsza połowa znakomita. Świetne nowinki techniczne. Praca bohatera mnie zachwyciła. Fajny pomysł. Świetnie napisane dialogi między systemem operacyjnym a bohaterem. Nieźle zagrane, nie czepiam się nawet tego, że Adams wygląda w tym filmie strasznie. Nawet Scarlett mnie nie denerwowała tak jak zwykle, bo nie widać jej w filmie, a słuchać to jej ostatecznie mogę. Druga połowa dużo słabsza, nie wychodzi temu filmowi na dobre zwrot w kierunku dramatu. Ostatnia scena mi się nie podobała.

Filomena – dla mnie to jednak bardziej film telewizyjny, Bardzo dobrze zagrany. Judi Dench jak zawsze świetna, Coogan całkiem niezły, nawet epizody udane – świetna siostra zakonna w jednej z ostatnich scen. Dobrze zrobiony technicznie, ale jednak bardziej do telewizji niż na ekrany kin.

12 Years a Slave – tytuł streszcza cały film. Nic więcej w nim nie ma. Aktorsko nie powala. Najlepszy jest chyba Fassbender, ale też nie powala. Główny bohater dużo patrzy dużymi smutnymi oczami, a w drugiej części filmu to już tylko patrzy i patrzy. Najlepszą postać żeńską zagrała chyba Sarah Paulson. Zawsze fajnie zobaczyć na ekranie Paula Dano, występuje w najbardziej udanych scenach. Brad Pitt jako ten dobry, który tłumaczy widzowi, że niewolnictwo jest złe – tylko po co? Wydaje mi się, że pojęliśmy to kawał czasu temu. Film zapamiętam chyba tylko tym, że Cumberbatch zagrał w nim najsłabszą rolę w karierze, a to już coś.

Wilk z Wall Street – mój zdecydowany faworyt. Chyba najsmutniejszy film Scorsese – ostatnia scena jest dużo bardziej dobijająca niż te z poprzednich filmów reżysera. Film bardzo o społeczeństwie – o tym, że ludzie są gotowi wiele poświęcić dla kariery, nawet człowieczeństwo, wiem: było, ale pokazane tak, że robi wrażenie. Dialog Scorsese ze sobą sprzed lat, dialog bardzo udany. Świetnie pomyślane, bardzo dobrze obsadzeni aktorzy, kilka znakomitych scen. Kostiumy, charakteryzacja, fryzury udane – nie mam się do czego przyczepić. W dość wyrównanej stawce to najmocniejszy koń.

Kto dostanie Oskara: Wilk z Wall Street albo 12 Years a Slave.

Komu dałabym Oskara: Wilk z Wall Street.

Advertisements