Trzy siostry, czyli byłam w teatrze

by oscetc

Kiedy byłam dziewczęciem bardzo młodym, prowadzano mnie do przybytków kultury. Opera spodobała mi się od razu, do dzisiaj chadzam (co prawda rzadko, ale jednak) i oglądam z dużą przyjemnością. Filharmonia też przypadła mi do gustu, do dzisiaj najbardziej kocham Chopina, ale wyleczyłam się z małej obsesji. Jakieś dwadzieścia lat temu znałam całą jego biografię na pamięć i rozpoznawałam wszystkie utwory. Spróbowałam także teatru. Tu już było mniej udanie. Kiedyś, też bardzo dawno temu, trafiłam na Skrzypka na dachu. Było fatalnie – niesmak pamiętam do dzisiaj. Poczułam się znacząco zniechęcona. Nie znaczy to jednak, że się poddałam. Od czasu do czasu podejmuję próby. Jedna była udana, pozostałe nieco mniej, Anna Karenina na przykład znacząco mnie zawiodła.

W ubiegłym tygodniu postanowiłam podjąć jeszcze jedną próbę. Bilety zdobyczne, więc nie było specjalnie żal kasy. Trzy siostry. Ominęłam książkę, ale to chyba nikogo nie dziwi. Mój brak szczególnej sympatii dla rosyjskiej literatury jest powszechnie znany. Poszłam jednak, pełna nadziei, do Dramatycznego.

Udało mi się powstrzymać od ucieczki w przerwie, wysiedziałam do końca. Tu mogłabym zakończyć, bo wystarcza za recenzję, ale się powstrzymam (tak jak od ucieczki).

Pierwsza refleksja pojawiła się w mojej głowie jakieś piętnaście minut po rozpoczęciu spektaklu. Po raz pierwszy w życiu mam ochotę przeczytać rosyjską książkę, żeby zobaczyć, jak wygląda ten tekst, kiedy nie miażdżą go reżyser i aktorzy. Ja! Ja chcę z własnej woli sięgnąć po rosyjską książkę – to już coś znaczy. Tu wypada wspomnieć, że z rosyjskiej literatury czytuję bez bólu wyłącznie kryminały. Taką Doncową na przykład lub Marininę.

Refleksja numer dwa. Lubię kabarety. Nie wszystkie i nie zawsze, część mnie męczy niemożebnie, ale do Potem i Hrabi wracam z dużą przyjemnością. Gdybym chciała zobaczyć kabaret, poszłabym na Hrabi a nie do teatru. Trzy siostry w Dramatycznym to kabaret chyba niestety zamierzony. Nie przekonuje mnie, że kiedy żołnierze odchodzą z miasta, śpiewają ‘Ta ostatnia niedziela’, a z ich oczu tryskają łzy podpatrzone u clownów – za cyrkiem też nie przepadam.

Refleksja numer trzy. Jakiś czas temu dooglądałam Glee. Nie było to najciekawsze doświadczenie w moim życiu, sporo przewijałam, skupiając się przede wszystkim na muzyce. No, ostatni odcinek obejrzałam w całości, bo grał tam Skylar Astin, a ja mam do niego słabość od czasu Pitch Perfect. Tak niejako przy okazji, Pitch Perfect, mimo że jest filmem dogłębnie młodzieżowym, bardzo przypadł mi do gustu i to nie tylko za sprawą Astina i muzyki – takie toto przyjemne. Porzucając dygresję – dooglądałam Glee i tam się w pewnym momencie pojawiła piosenka ‘Let’s Have a Kiki’, w której udzielała się Sarah Jessica Parker między innymi. W spektaklu też się pojawia i w mojej głowie pojawiło się wrażenie, że reżyserka też oglądała ten odcinek.

Trzy siostry czytałam jakoś strasznie dawno temu, w liceum zdaje się, i pozostało we mnie wrażenie pewnych rozbujanych emocji, w tym dużego żalu. W spektaklu tego totalnie nie ma. Jest bardzo płaski emocjonalnie. W ogóle nie przejmowałam się tym, co się stanie z bohaterami. Umarł – aha. Ożenił się – aha. Choruje – aha. Wszystko przyjmowałam bardzo obojętnie. Zapewne sporo w tym winy aktorów. Nie przekonuje mnie to, że wszelkie emocje wyraża się krzykiem. Odniosłam wrażenie, że 3/4 rodziny cierpi na chorobę psychiczną. Nie pamiętam książki, może więc tak być powinno, ale nie poczułam się przekonana.

Refleksja kolejna. Tym razem o aktorach. Zacznę od trzech sióstr, ciekawe dlaczego. Najlepiej wypada Olga (Anna Gajewska). Gra stonowanie, mało krzyczy, nie miota się po scenie, mimo kiepskiej pierwszej sceny i pierwszego wrażenia, potem jest tylko lepiej. Jedyna wiarygodna i udana postać kobieca. Bardzo lubię Agnieszkę Warchulską, ale w spektaklu wypadła słabo. Jej Masza albo chowa się w kącie, albo miota się histerycznie po scenie, albo tarza się po podłodze, wznosząc okrzyki, albo po prostu krzyczy, albo płacze, albo się histerycznie śmieje. Jest cała histeryczna. A w pierwszej scenie wypadła całkiem udani, potem tylko gorzej. Pierwsze wrażenia bywają mylące jak widać. Najbardziej irytująca jest Irina (Anna Szymańczyk). Ja wiem, że to młodość, naprawdę rozumiem, ale ile można krzyczeć w czasie jednego spektaklu? Wchodziła w tak wysokie tony, że myślałam, że zawyję jej do wtóru. Nie udało mi się dostrzec żadnych umiejętności aktorskich, być może dlatego, że próbowałam się skupić na ocaleniu narządu słuchu. Niezła jest Natasza (Paula Kinaszewska) – cudna w pierwszej scenie, kiedy śpiewa jak Marylin Monroe. Postać, która jako jedyna ewoluuje w sposób widoczny, by nie powiedzieć, że aż nachalny. Trochę szkoda, że też brakuje jakiegokolwiek tła tego rozwoju. Po prostu jest. Wszystko w tej sztuce po prostu jest. Anfisa, grana przez Izabelę Dabrowską, jest całkiem dobra – odpowiednio zagrana, nieprzeszarżowana, udana. Zapadła mi w pamięć i było mi jej nawet trochę szkoda, kiedy lały się na nią strumienie wody. Czy jestem podła, że wtedy stwierdziłam, iż poszłabym na Deszczową piosenkę?

Lepiej wypadli panowie. Przede wszystkim zachwycający jest na scenie Ferency. I to nie tylko dlatego, że bardzo go lubię. I nie tylko dlatego, że wygląda trochę jak buldog, a ja mam słabość do buldogów. Na tyle przewyższa ekipę aktorską umiejętnościami, że mógł tylko siedzieć albo stać na scenie, a skupiał na sobie całą uwagę. Pal licho akcję – Ferency na scenie. Pola dotrzymywał mu Nowicki (Czebutykin) – widać było warsztat, jego postać skupiała na sobie uwagę, nawet wtedy, kiedy tylko czytał gazetę. Trzecim panem, który mi się podobał jest Sztabiński (Solony). Niezła rola, taka, którą się zapamiętuje. Majewski (Tuzenbach) całkiem, całkiem, ale bez szaleństw – za to miał świetne spodnie w kolorze mięty. Je zapamiętałam najlepiej. Blumenfeld jako Kułygin był irytujący, ale nie ujmuję mu umiejętności aktorskich. Najsłabiej wypadł Wyczański jako Prozorow. W ogóle mnie nie przekonał, scena humorystyczna z lalką trąciła kiepskim kabaretem. Postać z serii – aha, długi, aha, dramat rodzinny, aha, pije, aha.

Aktorsko średnio, reżyseria słaba. Scenografia i kostiumy – mało udane. Być może dlatego, że po prostu nie lubię przenoszenia akcji klasyki we współczesność, chyba że jest to przemyślany zamysł mający jakiś cel. Tutaj go nie było – odniosłam wrażenie, że współczesne ubrania (tenisówki, dżinsy i strój Nataszy rodem z imprezowej wsi polskiej) oraz scenografia były tylko po to, żeby można było wrzucić współczesne piosenki.

Byłam w teatrze. Nie było udanie, po raz kolejny. Zapewne się nie poddam i pójdę na coś jeszcze. Może będzie lepiej.

Advertisements