AKTORZY, czyli to co tygryski lubią najbardziej (Hobbit część III)

by oscetc

W filmie pojawia się oczywiście tytułowy bohater, wraca (damn – a może jednak pojawia się po raz pierwszy) wiele postaci znanych z Władcy pierścieni. Pojawiają się też nowi, przede wszystkim krasnoludy. Każdy aktor, który chciał zagrać krasnoluda, startował do roli Gloina, żeby ułatwić produkcję, wszystkim było łatwiej. Wyboru dokonano po dość długim zastanowieniu się, często proponowano aktorom role krasnoludów, kiedy się tego nie spodziewali – niektórzy chcieli być elfami, inni ludzkimi władcami. Najważniejszy jest oczywiście Thorin.

Richard Armitage to jedyny członek ekipy, który przeczytał wszystko, co napisał Tolkien, Jako dziecko grał w Hobbicie, czuje się silnie związany z historią, Śródziemiem, Tolkienem. Jest taki miły. A poza tym to taki silny facet – podnosił czasem któregoś aktora, ot tak, bez wysiłku. Ma też duże poczucie humoru. Na co dzień – w sensie w wywiadach, bo niestety nie widuje go choćby w czasie zakupów na bazarze – i na części scen z planu Armitage wygląda na bardzo nieśmiałego, mam wrażenie, że mocno skrępowanego tym wielkim halo, jakie się wokół niego robi, jest wycofany. Zdziwiłam się więc, że potrafi rozbawić ludzi na planie. I jest świetnie przygotowany do roli! Nie tylko dlatego, że czytuje Tolkiena, ale przede wszystkim przygotowywał się do każdej sceny. Pozostali siedzieli razem, żartowali, a Armitage uciekał w samotność, by skupić się przed nagraniem. W tym przypominał mi Mortensena, ale panowie nie narzekali, więc sądzę, że Armitage się jednak mył. Trudno nie zgodzić się z Philippią Boyens, że trafili idealnie. Armitage jest młodszy niż Thorin w książce, ale ciężko byłoby znaleźć aktora, który dałby radę fizycznie pociągnąć tę rolę. Trochę się chłopak nabiegał, szczególnie w scenie, kiedy leci przez ogień – biegał cały dzień, w ten i nazad, aż mi się go szkoda zrobiło. Ale czego się nie robi dla Andy’ego Serkisa? Armitage dla niego biegał. Na takie poświęcenie nie byłabym gotowa.

Andy Serkis też nie próżnował. Oczywiście po raz kolejny zagrał Golluma. Technika poszła mocno do przodu – zauważacie w ogóle, jak bardzo technika idzie do przodu z roku na rok? Pamiętam, jak wszyscy zachwycali się animacją w pierwszym Shreku, a jakiś czas temu włączyłam film, bo miałam ochotę obejrzeć osła krzyczącego: ‘Shrek ja w dół patrzę’, i stwierdziłam, że dialogi się nie zestarzały, ale warstwa techniczna jednak bardzo. Wracając do sedna. Technika poszła do przodu i tym razem wykorzystano Serkisa w stu procentach – nie tylko mimikę i gesty, ale też choćby cerę – co prawda sądzę, że Serkis ma jednak nieco lepszą niż Gollum, ale wierzę twórcom na słowo. Można by rzec, że w Gollumie jest 100% Serkisa w Serkisie.

Ze starej gwardii powrócił też wielce przeze mnie kochany Ian McKellen. Jak bardzo było mi żal, kiedy przeżył załamanie nerwowe na planie! Nie dziwię mu się specjalnie. Na planie tylu fajnych chłopaków, którzy siedzą razem i gadają, a jemu kazali grać w greenroomie ze zdjęciami kolegów przyczepionymi do wysięgników. Come on! Podłość po prostu! Co prawda nieco mnie zdziwiło, że McKellen po takim załamaniu chciał rzucić aktorstwo całkowicie, ale jestem w stanie zrozumieć. Byłaby to jednak niepowetowana strata dla świata!

McKellen wrócił w znakomitym towarzystwie. Pojawił się Elrond żujący gumę – czy już mówiłam, że mam słabość do Weavinga? Obaj plus nosząca platformy jak Kim Kardashian Cate Blanchett dostali szansę grania jak w teatrze – dużo dyskusji na temat roli, dużo prób, różnych opcji. Na plan w Nowej Zelandii nie dotarł Christopher Lee, za to plan poleciał do Londynu. Plan rozszerzony, o czym warto wspomnieć, bo aktorzy polecieli pogadać ze swoim idolem. Wcale im się nie dziwię – stoi mi w oczach Lee w Powrocie Kapitana Niezwyciężonego. Aż sobie sprawdziłam, ile on ma lat, ponad dziewięćdziesiąt! A jaką ma pamięć! Jakie umiejętności! Jakie historie opowiada! Jakie poczucie humoru. Idol po prostu.

Pojawia się też Barry Humphries, który gra Króla Goblinów. Powiedział o swojej postaci, że to nowozelandzki intelektualista – ma sporą wiedzę, poczucie władzy i śpiewa, co prawda śpiewa gorzej niż potrafi, ale czego się nie robi dla roli. Towarzyszy nam także Sylvester McCoy jako Radagast – uosabia czystą fantazję Jacksona. Reżyser bardzo się angażował w kreację tej postaci, dokładając choćby coraz więcej guano. McCoy bardzo chciał zagrać na łyżkach, próbował wkręcić tę umiejętność w różnych momentach, ale mu się nie udało.

Drużyna Thorina:

Adam Brown startował do roli Bilbo. Był niesamowicie zabawny, do tego stopnia, że twórcy zadzwonili do jego agenta i spytali, czy on jest naprawdę taki. Postać Oriego została oparta niemal w całości na Brownie – wykorzystano jego zachowania, poczucie humoru, osobowość.

Bombur (Hunter) – wszyscy mówią o nim krótko: ‘the fat one’. Na początku był może nieco zaokrąglony, ale rolę masy pełnił kostium, w tym męskie piersi, które opadały na gigantyczny brzuch. Zachował przy tym masę wdzięku i podobno byłby w stanie wyrwać krasnoludzką laskę i dorobić się czternaściorga dzieci. Wdzięku mu nie odbieram – ma go aż w nadmiarze. Aktora i postać łączy miłość do jedzenia, wyraźnie widać, jak tył na planie – niemal jak Bridget Jones.

Bofur – Nesbitt mnie kupił od razu. Jest taką kochaną ciapą w filmie, a na planie ciepłym, rodzinnym człowiekiem, który przywlókł do Nowej Zelandii rodzinę. No i potrafi grać na flecie – i to jak! Wszyscy uważają, że postać nabrała sporo jego irlandzkich cech – Bofur to miły i kochany alkoholik, który nie przepuści żadnej imprezy.

Kili (Turner) – startował do roli elfa. Kiedy na niego patrzę, wydaje mi się to naturalne i – jako że każdy budował tło dla postaci – nie dziwię się, że Turner i pozostali uważali, że matka Kiliego musiała poznać gdzieś elfa i wdać się w petite affaire. Nie dość, że ładny chłopak, szczególnie jak na krasnoluda, to jeszcze podobają mu się elfy. Krasnoludowi? Elfy? To niemal nie do pomyślenia. Twórcy bardzo chcieli, żeby Turner zagrał w Hobbicie, ale bali się, że nie przyjmie roli krasnoluda (w końcu taki to ładny chłopak jest). Zgodził się, a ja się zgodzę z Boyens, że właściwym komentarzem jest: ‘Yay!’.

Bifur (Kircher) – bardzo chciał zostać Master of LakeTown, a zrobili go krasnoludem. Ucieszył się, a Master of LakeTown został Stephen Fry. Cieszę się, bo bardzo lubię Fry’a, ale jak on obleśnie wygląda w tej roli! W życiu nie widziałam go tak oszpeconego. Wracając jednak do Bifura – to totalny wariat i dziwak. Z powodu wypadku mówi tylko po starokrasnoludzku. Ekipie udało się odnaleźć materiały prasowe, z których wynika, że posiadanie w głowie bardziej lub mniej ostrych narzędzi zdarza się w rzeczywistości. Jeśli więc do głowy wpadnie Wam nóż, nie martwcie się, z tym można żyć. Bifur ma też bardziej wrażliwą stronę – robi przeurocze zabawki – chciałabym takie mieć.

Dwalin po castingu czekał na wiadomość. McTavish jest taki męski, taki fajny i taki rozczulający, kiedy opowiada o tym, jak z córką wyszedł do ogrodu, żeby popatrzeć na gwiazdy i wypowiedzieć życzenie. I co? Spełniło się. A co robi Szkot, kiedy dowie się, że zagra krasnoluda? Idzie na siłownię. Z McTavishem jest też związana jedna z najbardziej uroczych scen w dodatkach – jego bardzo mała córka przeprowadza z nim bardzo poważny wywiad.

Nori – Jed Brophy zagrał w każdym filmie Jacksona. Jeżeli oglądaliście Braindead, to był tym gościem, którego wystająca z grobu ręka łapie za genitalia. Tak – ten fragment też znalazł się w dodatkach. Wszyscy na planie chcieli robić kampanię, by zagrał w Hobbicie, okazało się to jednak niepotrzebne, Jackson zdecydowanie chciał go w tym filmie. Jest świetny we wszystkim, co robi – świetnie jeździ konno, potrafi robić kaskaderskie sztuczki, dostosować się do każdych okoliczności. Ma jednak jedną wadę – strasznie dużo gada, bardzo rzadko dociera do pointy Ale czy to rzeczywiście aż taka wada? Pyta osoba, której jadaczka się niemal nie zamyka i z dużą skłonnością do dygresji.

Dori (Mark Hadlow) zachowuje się jak kwoka i wobec swojego brata Oriego, i wobec grającego go Adama Browna. Dzwoni, esemesuje z pytaniami o samopoczucie. Poza tym lubi się przytulać – szczególnie do McTavisha. Wcale mu się nie dziwię. Podobno lubił stawać blisko Dwalina i nie reagował na prośby i groźby, żeby zachował bezpieczną przestrzeń. Panowie się jednak polubili na tyle, że McTavish byłby gotów adoptować Hadlowa, gdyby ten był trochę młodszy. Wszyscy nieco z niego kpią – i z tego, że pojawił się na planie w mundurze, i z tego, że ma tablicę rejestracyjną z napisem „Dori1” – część nie była w stanie w to uwierzyć, ale to nie dowcip.

Fili – nagle okazało się, że trzeba zmienić aktora. O’Gorman startował do roli Bilba, ale już po castingu był przekonany, że hobbitem nie zostanie i zapomniał o całej sprawie, a tu nagle okazało się, że zagra i to krasnoluda. Świetnie dogadali się z Kilim, co obu ucieszyło, bo szkoda by było udawać, że się lubią i zmuszać się do czegokolwiek – mogli podziękować wszystkim elfom Śródziemia, że dogadali się bez problemów.

Gloin (Humbleton) – bankier grupy, zainteresowany kasą, inwestycjami, ten skrupulatny. Bardzo fajne jest to, że Gloin, jako ojciec Gimlego, używa tego samego topora, co Gimli we Władcy Pierścieni – wiecie, z ojca na syna. Bardzo podoba mi się to, że kiedy obaj panowie spotkali się na planie, uściskali się i cóż z tego, że syn wygląda na dwa pokolenia więcej niż tatuś? To w końcu krasnolud, a diabli wiedzą, czego się po nich można spodziewać – no dobra, smoki wiedzą.

Bilbo – last, but not least. Bogowie, jakiż Freeman jest naughty! Bywa okropnie niegrzeczny! Kpi z reżysera, postaci, wszystkiego. Na dodatek cały czas narzeka – że muszą tyle biegać, że noszą na sobie za dużo ubrań i sprzętów. Wolałby cały czas siedzieć, bieganie mu nie w smak. Moje lenistwo doskonale go rozumie (właśnie zasugerowało, że może by się tak położyć, ale twardo stawiam mu czoła). Freeman to bluzg za bluzgiem. Twórcy od razu chcieli go w roli Bilba. Boyens zapamiętała go z czasów The Officie – podobno na rozdaniu nagród pokazała go Jacksonowi i Walsh i powiedziała, że jeśli kiedyś zrobią Hobbita, to on powinien zagrać Bilba. Niestety pojawiły się problemy. Hobbit miał opóźnienie, a Freeman podpisał kontrakt zobowiązujący go do grania Sherlocka i nie mógł opuścić Baker Street 221B – no ja myślę, że nie mógł! Twórcy nie chcieli jednak nikogo innego, ale szukali – na różnych kontynentach, odbyło się wiele castingów, ale tak się przywiązali do Freemana, że nikt im nie pasował. Wymyślono zatem rozwiązanie – w połowie kręcenia Hobbita wypuszczono go na plan Sherlocka – i wilk syty, i owca cała. Freeman jest niezwykle modny – jego ciuchy zasługują na osobny wpis – kanarkowe marynarki, kolorowe spodnie, pełen zachwyt z mojej strony, wdzianka Hobbita jakkolwiek urocze pozbawione są jednak fantazji właściwej aktorowi.

The Little Bastards, bo tak mówił o drużynie Thorina Jackson, kupili moje serce w całości. Z utęsknieniem czekałam więc na część drugą. Pognałam, tradycyjnie, do kina dwa razy. Pustkowie Smauga to chyba film lepszy jakościowo niż część pierwsza, ale nie porwał mnie aż tak bardzo. No dobra, smok mnie porwał, ale do smoka jeszcze wrócę. Drugi seans był w 4Dx. To była super zabawa! Strzały, które śmigały wokół głowy i po łydkach. Fotele, które trzęsły się, kiedy postaci biegały po planie. Przekonał mnie do siebie Lee Pace. Jego Thranduil jest jak wąż – nieco oślizgły (szczególnie w scenie, kiedy pokazuje prawdziwe oblicze), ale ogromnie fascynujący. Pace to jeden z moich ukochanych aktorów, dla niego oglądam nawet czasami drugą część Przed świtem. Tak, oglądam bardzo złe filmy, czasami. Nie przekonał mnie Legolas – ja wiem, że musiał wyglądać młodziej, ale czy naprawdę potrzebne mu były szalone oczy rodem z filmów science-fiction? No, Bloom nadal ładny jest i jestem mu skłonna dużo darować, ale moja miłość do Legolasa nieco zblakła. W ogóle nie przekonała mnie Tauriel. Nie to, że była słaba, bo postać jest nawet niezła, wojownicza, rozsądna, ale z pasją. Nie przekonała mnie jednak żadna z big love, jakie pojawiają się w filmie, a przede wszystkim nie kupiłam sceny z leczeniem Kiliego – I mean, hello? To nie tak miało być, jakby Tauriel nie była fajna, jak wysoko by nie zaszła w hierarchii, to do elfa szlachetnego jednak jej sporo brakuje. Mam niechybne wrażenie, że ją ubiją w części trzeciej. Części trzeciej, która mnie nieco niepokoi – bo ja naprawdę kocham Bilba, ale to, że ma odegrać większą rolę w Bitwie Pięciu Armii wydaje mi się co najmniej niepotrzebne. Na deser, też jak zwykle, zostawiłam sobie Cumberbatcha. Cumberbatcha, do którego z przyjemnością wrócę. Ostatnio nieco mi podpadł – jego rola w August: Osage County była bardzo przyjemna, ale niewiele poza tym i bardzo mnie zawiódł w 12 Years a Slave – uważam, że to najsłabsze co mu się trafiło w aktorskim dorobku. Tym większa moja przyjemność, kiedy oglądam go jako Saurona. Scena z Sauronem była w ogóle fantastyczna – dowiedzieć się wreszcie, co to jest Oko! Dreszcz na kręgosłupie jak nic! No i smok. Kocham smoki, mogłabym mieć smoka, dowolnego, stanowiłby świetny składnik trio domowych zwierzątek – z mopsem i kotem. A Smaug jest niesamowity – w dodatkach do pierwszego Hobbita widzimy, jak Cumberbatch przygotowywał się do roli – tak mam na myśli scenę w średnio urokliwym szarym dresiku. Smaug to nie tylko głos, głos niesamowity, o czym zawsze warto wspomnieć, głos, dla którego namiętnie oglądam dla relaksu Południowy Pacyfik. Smaug to też mimika, w której widać Cumberbatcha. Smaug to największy atut części drugiej – rzekłam.

Bogowie, sądziłam, że nigdy nie skończę pisać o dodatkach do Hobbita, a tu tyle wpisów czeka na swój czas. Następny będzie wpisem typowej fangirl – będzie o Veronice Mars. Film miał premierę 14 marca, a ja wspierałam projekt od początku – nie tylko dobrym słowem i ciepłymi myślami, ale też finansowo. Potem postaram się nadrobić obiecany Ys wpis o Star Treku. Chodzi mi po głowie też wpis o ekranizacjach Austen i filmach okołoaustenowych. No i trzeba by napisać o P.L. Travers. I’ll be back!

Advertisements