Łauma (czyli wygrałam konkurs) i Liebster Awards 2 (czyli precz z zasadami)

by oscetc

Człowiek jest podobno istotą stadną. Ja-człowiek chyba nie mieszczę się w ogólnej kategorii ludzkości. Nie przepadam za stadami, a tłumów wręcz nie znoszę. W sklepach, kiedy obok mnie przewala się ludzka masa, staję się istotą wybitnie mało kulturalną. Jeżeli usłyszycie kiedyś w skupisku ludzkim mamrotanie pod nosem, z którego da się wychwycić jakiś cichy bluzg, są spore szanse, że to będę ja. Można wtedy zaryzykować zaczepienie mnie, gdyż nie noszę ze sobą noża i w stosunkach bardziej indywidualnych jestem, podobno, całkiem strawna.

Porzucając ten jakże rozbudowany wstęp osobisty, pragnę wykazać, że był w nim sens. Bywam bowiem zwierzęciem nieco stadnym. Lubię spotykać się z ludźmi nad kawą, earl grayem z mlekiem, winem czy czymś innym, co dobre. To część mojej stadności. Najbardziej stadna jestem jednak, kiedy chodzi o konkursy. Biorę udział w tylu, że sama się często gubię. Ostatnio udało mi się nawet kilka wygrać. Jeden dostarczył mi wrażeń kulturalnych.

Uwaga. Byłam w teatrze i mi się podobało. Na stronie Myszmasz.pl pojawiła się informacja o konkursie. Nie mogłam się powstrzymać przed wzięciem udziału i wygrałam. W nagrodę udałam się do Teatru Studio, a raczej do jego foyer. Niewiele miejsc, wśród widzów kilkoro dzieci w pakiecie z jednym bądź obojgiem rodziców. Zdarzyło się też kilka osób dorosłych, w tym jedna pani w błękitnej sukience, która w dość znacznej części odsłaniała plecy. Przedstawienie odbywało się o 13. Panią pozdrawiam z tego miejsca bardzo serdecznie – utkwiła mi w pamięci. Ale pani to jedno, w końcu przedstawienie. Łauma oparta jest na komisie Karola Kaerela Kalinowskiego pod tym samym tytułem. Spragnionych ckliwych obrazków odsyłam do obrazków o Kaczorze Donaldzie. Łauma to komiks (i przedstawienie) dla tych, którzy czytują klasyczne Baśnie Braci Grimm i wspominają bez traumy umierającą dziewczynkę z zapałkami (wszyscy wiecie, że umarła, prawda?).

Umiera babcia pewnej małej dziewczynki z dużą kokardą. Już smutne. Okazuje się nadto, że babcia popełniła samobójstwo – podpaliła się w lesie (las nie spłonął – uspokajam tych bardziej proekologicznych). Dziewczynka w towarzystwie tatusia i mamusi jedzie do domu babci. Tatuś bije się z wątpliwościami – co dalej z życiem? Pęd szczurów czy spokój wsi. Górą wieś. Zostają, a dziewczynka z kokardą trafia do szkoły. Nie lubią jej zbytnio, bo jej babcia była uznawana za wiedźmę. Już jest trudno, ale będzie gorzej. Okazuje się, że po lesie szwenda się wiedźma, która porywa dzieci. Dziewczynka z kokardą musi ocalić mikro-świat i wyeliminować zło. Pomagają jej dziwne stwory, półbożkowie, plączą się mity, a nawet bogowie.

Historia nader fajna. Cudnie się toto ogląda. Spektakl jest bardzo skromny. Praktycznie nie ma scenografii – biała płachta, jedna kokarda, jedne różki, jedna empetrójka; zaledwie kilka kostiumów. Najważniejszy jest rzutnik, który wyświetla kadry z komiksu, które mieszają się z kwestiami wypowiadanymi przez aktorów. Aktorzy rysują też po planszach, które są podświetlane na rzutniku i pisak im się wypisuje często gęsto – to był zdecydowanie mój ukochany element przedstawienia. Aktorzy często trzymali też w rękach kawał białej planszy, na której wyświetlano kadry z komiksu – to też zagrało świetnie. W czołówce jest też muzyka – grana na żywo, co daje niesamowity efekt. Pal licho harfę – owszem był to ciekawy dodatek, ale tylko dodatek, za to muzyka Ygora Przebindowskiego zrobiła mi spory kawałek dnia. Dla tych elementów zdecydowanie warto. Świetnie pokazano też sceny grozy – na scenę padało czerwone światło, które zwiastowało nadejście zła.

Aktorsko? Cóż. Panowie wypadli bardzo dobrze. Mateusz Lewandowski ujął mnie, kiedy podświetlono go z boku – zobaczyłam bowiem Rory’ego (tak, wiem, too much Doctor Who) i Rorym został dla mnie do końca. Bardzo mi się podobał i zupełnie mnie przekonał. Bardzo mu współczułam plątania się po scenie na kolanach, mam nadzieję, że uratowały go ochraniacze na kolana. Krzysztof Strużycki chyba najlepszy był jako sąsiad, który miał pomagać w remoncie domu po babci (rysowanie remontu też było świetne). Najsłabiej wypada jedyna na scenie kobieta – Kalina Hlimi – Pawlukiewicz. Być może to taka nowa moda, ale czy aktorek nie można nauczyć dykcji? Czy za dużo wymagam? Chciałabym bez wysiłku rozumieć każde słowo, jakie pada ze sceny, a tutaj nie było mi to dane. I nie jest to kwestia nagłośnienia, bo sepleniącego Mateusza Lewandowskiego rozumiałam doskonale. Nie rozumiem też doprawdy, dlaczego każda emocja dziewczęcia z kokardą, słownie każda, wiązała się z krzykiem – po co tak się drzeć – cierpi i gardło, i widownia. Domyślam się, że nie jest łatwo zagrać dziecko, ale czy trzeba podkreślać wiek postaci krzykiem? Trochę cierpiałam (moje uszy też).

Podsumowując: warto. Wciągająca historia – tu warto wspomnieć, że tylko dwoje młodych ludzi (bezdzietnych) zestresowało się, czy podpalenie się babci nie jest za mocne dla nieletnich; nieletni nie sprawiali wrażenia przerażonych. Scenografia uboga, ale to wychodzi przedstawieniu zdecydowanie na plus. 2/3 składu aktorskiego na plus, 1/3 – tu się waham, bo nie było źle, ale na pewno za głośno. 10 maja kolejne przedstawienia – idźcie, idźcie!

BONUS, bo zasady są do bani i należy je łamać.

Zgodnie z regułami Liebster Awards, bloger, który wyzwał jednostkę do odpowiedzi, nie może zostać przez nią wskazany. Ferengis odpowiedziała na moje pytania, więc ja odpowiem na jej. A zasady? Ci, którzy się nimi przejmują może żyją nieco dłużej, ale jaki nudny to żywot!

1. Napiłaś się przez przypadek krwi jakiegoś potężnego wampira, co dało ci niezwykłą moc magnetyzmu: przez parę godzin masz zdolność przekonania każdego człowieka do dowolnej rzeczy. Kogo i do czego przekonujesz? (możesz podróżować w czasie)

Przekonuję Jamesa Deana, żeby nie wsiadał tego dnia do samochodu. Wiem, że to głupie, ale ciekawi mnie, czy byłby drugim Brando, czy skończyłby się po kilku latach.

2. Możesz przenieść się w świat dowolnej powieści i zmienić w niej jeden (ale koniecznie istotny!) szczegół – w tym sensie istotny, że od pewnego momentu wszystko musi pójść inaczej. Gdzie lądujesz i co zmieniasz?

Zmieniłabym to, jak umiera Poirot w Kurtynie – nie mogę się pogodzić z tym, jak Christie pożegnała się z jednym z dwojga swoich detektywów – jej sposób wydaje mi się taki totalnie bez polotu.

3. Możesz zaangażować kompozytora z dowolnej epoki do napisania opery wg dowolnej książki, filmu itd. Według czego piszesz libretto i dla kogo?

Zatrudniłabym Wagnera do napisania opery opartej na książce Bogowie, honor i Ankh-Morpork. Połączenie lekkiej opowieści o poważnych sprawach z mroczną muzyką mogłoby dać niesamowity efekt.

4. Możesz sobie u dowolnego malarza z dowolnej epoki zamówić portret z dowolnym swoim fangirlingiem. Z kim się portretujesz i u kogo?

Drogi Vincencie v. G., chciałabym zamówić u Ciebie portret z Martinem Freemanem. Myślę, że wszyscy będziemy się świetnie bawić w czasie procesu twórczego. Freeman ubiera się tak kolorowo, że świetnie się wkomponuje w Twoją koncepcję kolorystyczną, a moje ciemne stroje (i szałowe kolczyki) będą stanowiły ładny kontrast. P.S. Nie obrażę się za smoka w tle.

Advertisements