Otworzyć parasol i polecieć, czyli rozważania około P.L. Travers.

by oscetc

Dziecięciem będąc, nie czytałam Mary Poppins. Zdarza się najlepszym. Nie czytałam też Narnii. Nie było ich na półce rodziców, nie zaproponowali mi ich też przeróżni bibliotekarze. Wtykali mi raczej Doktora Dollitle’a, a potem Szklarskiego, Maya i liczne książki okołowesternowe. W piątej klasie nauczyciel historii stwierdził, że takie książki to marne książki i kazał mi czytać kryminały i tak mi zostało – Chmielewska, Christie – read them all. Po Narnię sięgnęłam, kiedy do kin miała wejść ekranizacja części pierwszej. Pójść do kina, nie znając pierwowzoru? A fe! Tak się nie robi. Przeczytałam całość – podobały mi się trzy pierwsze książki, bardzo nie podobała mi się ostatnia. Zupełnie na marginesie przyznaję, że podoba mi się Ben Barnes jako Kaspian i dla niego wracam czasami do Księcia Kaspiana i Podróży Wędrowca do Świtu. Porzucając jednak Lewisa (bez większego żalu) i Kaspiana (z dużym żalem), wracam do Mary Poppins.

Nie sięgnęłam po Mary Poppins w podstawówce, pozostała mi obca w liceum i na studiach. Gdzieś w późniejszym dziecięctwie widziałam film i mi się nie podobał, ale to były, zdaje się, czasy, kiedy fantastyce szeroko pojętej mówiłam stanowcze nie. Jakiś czas temu obejrzałam Ratując Pana Banksa. Spodobało mi się. Spodobało mi się bardzo. Przede wszystkim kreacja Emmy Thompson, ale jej trudno nie wielbić. Ma tyle niewymuszonego poczucia humoru na co dzień, że lubię oglądać wszystkie wywiady, w których bierze udział. Zachęcona nie tylko jej osobą, lecz także recenzję Mamy własnej, obejrzałam film. Zachwyciłam się. Thompson jest fenomenalna. Film jest chwilami aż nazbyt słodki, a ona dodaje trochę dziegciu, równoważąc całość. Nie przepadam za Colinem Farrellem, a tutaj mi się podobał (mniej niż Mamie mej, ale zawsze). Hanks mi się w ogóle nie podobał w Kapitanie Phillipsie (film też mi się nie podobał), a jako Disney miał w sobie to coś, za co go czasami lubię. Podobał mi się sposób prowadzenia historii – retrospekcje, które wyjaśniały i uzupełniały treść, nie tłumacząc zbyt nachalnie widzowi całej opowieści. Po filmie byłam przekonana, że Travers to wredny babsztyl, który jednak miewa przebłyski czegoś dobrego.

Poczytałam więc internet, by dowiedzieć się o niej nieco więcej. Na co trafiłam? Na cytat jednego z wnuków, że nigdy nikogo nie kochała i nigdy przez nikogo nie była kochana. Chwilę później na polskim rynku ukazała się biografia Travers pióra Valerie Lawson – To ona napisała Mary Poppins. Nie pozostało mi nic innego, tylko polecieć do księgarni, zanabyć i przeczytać. Czegóż się zatem dowiedziałam? Przede wszystkim tego, że autorka jest fanką Travers, książka jest bardzo grzeczna i trzeba dużo czytać między wierszami. Jaka więc była Pamela Lyndon Travers? Na pewno miała wielką osobowość i sporo charyzmy. Była przy tym nałogową kłamczuchą. Kłamała o wszystkim i zawsze, wybierając tę wersję własnej biografii, jaka jej w danej chwili odpowiadała. Kiedy chciała, mówiła i pisała o czasach kiedy występowała na scenie. Koloryzowała na temat swojego talentu – nikt nie odbierał jej aktorskich umiejętności, ale nie błyszczała na scenie. Była jednak bardzo uparta i sprawiała wrażenie pewnej siebie. Potrafiła wszędzie się wcisnąć, a to przydatna umiejętność. W akcie urodzenia wpisano jej dane jako Helen Lyndon Goff, rodzina nazywała ją Lyndon. A kim była Travers? Kobietą idealizującą ojca – pijącego nieudacznika – do tego stopnia, że przyjęła jego imię jako nazwisko. Kłamała na temat tego, kiedy i gdzie się urodziła, gdzie się wychowała, kłamała na temat rodziny, zrywając z nią przy okazji niemal wszystkie więzi – nie łączyły ich emocje, więc nie warto było dbać o pozory. Pokochała Irlandię, gdyż kochał ją jej ojciec. Całe życie żyła jakby nie dla siebie, tylko dla niego, robiąc tego, do czego on się nie nadawał. Była przy tym niesamowicie wredna. Najgorsza chyba dla adoptowanego syna. Dziwię się, że jej nie zgotował losu Cromwella, a tylko zawiesił z nią na jakiś czas kontakty. Jak mógł się poczuć chłopak, który dowiaduje się jako nastolatek, że ma brata bliźniaka, a matka adopcyjna nie tylko nie utrzymywała kontaktów z rodziną chłopca, ale przede wszystkim zataiła przed nim ten fakt. Cud, że Travers dożyła do tak późnego wieku. Matkobójstwo byłoby chyba uzasadnione.

Obejrzałam film, przeczytałam biografię. Co mi zatem pozostało? Nadrobić zaległości z dzieciństwa. Przeczytałam zatem książki o Mary Poppins. Spodobała mi się główna bohaterka, bo dawała dzieciom szansę na przygody, ale nie była przesłodzona i nie miała potrzeby dziubdziania. Kiedy byłam dzieckiem, jedynakiem, wychowywałam się głównie wśród osób dorosłych. Byłam dość przemądrzała (zostało mi częściowo do dzisiaj) i nikt do mnie nie dziubdział – wszyscy ze mną rozmawiali jak z dorosłym człowiekiem. Podobało mi się i staram się sama to uskuteczniać wobec dzieci krewnych i znajomych królika. Nie zawsze spotyka się to z uznaniem czy zrozumieniem. Inna nie będę. Dlatego odpowiada mi Mary Poppins. Natomiast nie do końca odpowiada mi fabuła – chyba jestem za stara. Doceniam pomysł, wyobraźnię i świat wykreowany, ale jednak trochę to wszystko było dla mnie nużące. Siłą rozpędu obejrzałam Mary Poppins z Julie Andrews. Chyba odrobinę dojrzałam i od pierwszego obejrzenia Victor, Victoria polubiłam Andrews – seans Związków rodzinnych tylko mnie w tej sympatii utwierdził. Podobało mi się. Dobrze się bawiłam, ale jakoś bez szaleństw i nie marzę o ponownym seansie.

Czy polubiłam Travers? Niekoniecznie. Czy pokochałam książki o Mary Poppins? Nie do końca. Warto jednak uzupełnić seans Ratując Pana Banksa książką o Travers, żeby zrozumieć, jaka naprawdę była autorka. Można przeczytać notkę Rusty – żeby odnaleźć inny punkt widzenia na książkę. A potem można obejrzeć Julie Andrews latającą z parasolką – tak, żeby zamknąć koło.

Advertisements