Dylemat niemal jak z Hamleta.

by oscetc

Polubić czy nie polubić – oto jest pytanie. Zazwyczaj, kiedy w kinach pojawia się jakaś duża premiera, wpadam w ogólny, choć dość umiarkowany, szał w temacie aktorów. Z produkcjami Marvela nie było inaczej. Roberta Downeya Jr. kocham odkąd pamiętam, ale moja miłość ugruntowała się po pierwszym i drugim Iron Manie. Dużo radości sprawiało mi też słuchanie Paula Bettany’ego. Głos Jarvisa nagminnie przywoływał w mojej głowie wspomnienie samooperującego się Maturina z Pana i Władcy oraz – dobrze, że publikacja już po 22 – nagiego Chaucera. Obłędny rycerz do dla mnie przede wszystkim Bettany (nawet ubrany!), Rufus Sewell (ale jego trzeba podziwiać) i James Purefoy. Ledger nigdy nie zaliczał się do moich ukochanych aktorów, tak na marginesie. Wracając do Avengersów jednak – moja skłonność do dygresji powinna być karalna. Tony Stark – niezwykle wkurzający dzieciak, ale jak go nie kochać? Pomijając osobowość, kto by nie chciał mieć takiej chałupy, a przede wszystkim takiej technologii pod ręką. Marzę o komputerze, który – pod wpływem ruchu mojej dłoni – stworzy mi taką tam wizję w 3D. A tak, Robert Downey Jr – w jego Sherlocku też się kocham i w Watsonie Jude’a Law jakby też (chociaż w samym panu Law jakoś mniej, zawsze kojarzy mi się z płaczkiem z The Holiday). Wolno mi.

Kapitana Amerykę obejrzałam z duża frajdą. Pierwszego w sensie. To dobry film jest. I to nie w kategorii kino superbohaterskie, ale kino w ogólności. Fajnie zrobione. Główny bohater sensowny, przemyślany, z charakterem. Nie zmienia to jednak faktu, że uważam, iż jego tarczę lepiej wykorzystał Tony Stark. Steve jest po prostu nieco za grzeczny, za idealny, za doskonały. Chętnie napiłabym się z nim Earl Greya z porcelanowej filiżanki, z odrobiną mleka, ale to nie koleś do picia whisky bez lodu. Trochę rozlazły jest, co?

Potem był Percy Jackson. W sensie bóg pioruna. Przyznaję uczciwie, że wyparłam z pamięci pierwszego Thora. Pamiętam tylko Stellana Skarsgårda. Ale jego pamiętam zawsze. Jak mogłabym nie pamiętać człowieka, który wyrzeka z Królu Arturze pamiętne słowa: Ahhh, finally, a man worth killing. To moja zdecydowanie ukochana scena i wtedy pokochałam Skarsgårda szczerze i z całego serca. W tym filmie pokochałam zresztą wszystkich panów, z wyjątkiem Clive’a Owena. Wracając do Thora – dygresje wynocha! Wyparłam Natalie Portman, którą dosyć lubię. Wyparłam Hemswortha – po pierwsze jest blondynem, a po drugie jakiś strasznie tępy był w pierwszym Thorze. Mało humoru, dużo mięśni. Wyparłam również nazwisko reżysera. Odświeżałam sobie wszystkie Marvele przed seansem nowego Kapitana Ameryki i ze zdumieniem odkryłam, że wyreżyserował go, w sensie pierwszego Thora, Branagh. Nie wiem, jak jest możliwe to, że wyparłam Lokiego. W ogóle go nie pamiętałam. Sama się sobie dziwię. Cóż, nikt się nie spodziewa Hiszpańskiej Inkwizycji, ja nie spodziewałam się Branagha i Lokiego.

Potem byli Avengersi, których kocham miłością wielką. Świetnie napisane dialogi, bardzo źle przetłumaczone na polski w wersji dvd (filmowego tłumaczenia nie pamiętam). Nie mogę tłumaczowi darować dowcipu o Legolasie, a raczej jego braku w polskiej wersji językowej. Tony Stark – ostatni bohater, który może ocalić świat, jest lepszy od boga pioruna. Kapitan Ameryka, który wyrzeka jakże piękne słowa: Hulk smash! A propos Hulka, bo jakoś go ominęłam w wyliczance. Pierwszy Hulk nie podoba mi się wcale. To był zły film, ale pomysł z potwornym pudlem zaskoczył mnie na tyle, że nawet mnie to rozbawiło. Drugi Hulk podobał mi się bardziej, ale to dlatego, że lubię Nortona. Nie zmienia to faktu, że Norton ani ani nie kojarzy mi się z Hulkiem. Mark Ruffalo jest za to idealny. I jego Banner, i Hulk mają podobne rysy twarzy plus Ruffalo jest dość krępy. Bardzo mi w tej roli pasuje. Byłam na tak i trzymałam kciuki za Hulka nawet kiedy atakował pilota. Pilot zresztą bardzo sensownie wrzeszczał: target angry. Thor mnie irytował jakoś mniej – ma kilka cudnych kwestii, ta z ‘He’s adopted’ zdecydowanie na czele. Hawkeye’a właściwie nie było, a szkoda, bo mam dużą słabość do Rennera. Może w dwójce będzie miał większą szansę, żeby się pokazać. Jest jeszcze oczywiście ta panna. Nie lubię dwóch znanych i uznanych aktorek. Nie przepadam za Jennifer Lawrence, uważam, że jest zdecydowanie przereklamowana. Nie znoszę Scarlett Johansson. Wydaje mi się niezwykle wulgarna. Dopiero przy, zdaje się, siódmym seansie Avengersów mogłam oglądać Black Widow na ekranie bez tiku nerwowego – o dziwo, przestała mi drgać powieka, przedtem bez szans. Kiedy oglądałam Avengersów, zdarzył się cud – nie przegapiłam Lokiego, ba, nawet mi się podobał – szczególnie w scenie, kiedy jednak prosi o drinka. Bądźmy jednak szczerzy. Kto by pogardził whisky z barku Tony’ego Starka?

Wobec przypływu zainteresowania Lokim i zmniejszonej irytacji na widok Thora, skusiłam się na zakupienie dvd z Thorem 2. Nie jest to złe. Ma kilka głupich scen, ale jakoś mi podeszło to, kiedy deszcz nie pada na Thora (biedna Darcy, tak na marginesie). Co prawda film nie powinien mieć podtytułu ‘Mroczny świat’, bo mroku to tam było jakoś wyjątkowo mało. Nazwałabym go raczej ‘Powrót Lokiego’, bo Lokiego się z tego filmu pamięta najlepiej. No i Skarsgårda – nie dość, że lata nago, to jeszcze tak cudnie nie współczuje Thorowi. Tylko butów żal. Warto też wspomnieć o Iron Manie 3, jako że bardzo lubię ten film. Nie lubię tylko sceny, kiedy Gwyneth Paltrow biega z wielką metalową rurą, ale mogę jej darować. Za to zdanie Tony’ego Starka na temat being connected z dzieciakiem zrobiło mi film. To taki wtręt, żeby nie było, że zapomniałam o trzecim Iron Manie. Nie zapomniałam też o nowym Kapitanie Ameryka. Podobał mi się, ale zdecydowanie mniej niż część pierwsza. Winter Soldier był śliczny, szczególnie, kiedy nie wyglądał jak japoński motocyklista, w sensie, kiedy mu zerwali z lica kaganiec. I nawet Johansson mnie aż tak nie irytowała, chyba nadal działała magia wielokrotnego oglądania Avengersów.

Wracając jednak do dylematów rodem z Szekspira – wbrew pozorom rozważania o filmach marvelowskich mają związek z Szekspirem i nie chodzi o Branagha. Mój dylemat dotyczy tego, czy lubię, czy nie lubię Toma Hiddlestona. Po pierwszym Thorze o nim zapomniałam. Wbił mi się w głowę dopiero w Avengersach, bez wątpienia zapamiętałam go w Thorze 2. Nadal mam jednak wątpliwości, co do własnych odczuć. Do niedawna mylił mi się zazwyczaj z innym udanym aktorem – JJ Feildem. No co ja poradzę na to, że są do siebie podobni? Są i już. Zazwyczaj musiałam się dwa razy upewnić, na którego patrzę. Jakiś tydzień temu odkryłam, że Hiddleston jest niewiele starszy ode mnie – a wydawało mi się, że dobija wiekiem do Cumberbatcha. Posłuchałam trochę czytanych przez niego rzeczy – owszem, głos ma bardzo przyjemny, ale do Cumberbatcha, Rickmana czy Frya jednak mu dość daleko. Mam sporo wątpliwości co do tego, jak udanym jest aktorem. Jako Loki – genialny. Czy nie jest jednak tak, że jest dobry tylko jako bad guy? Bad guy z refleksjami i kompleksami, ale jednak bad guy? Obejrzałam Only Lovers Left Alive. Film mnie nie zachwycił. Podobało mi się kilka scen, reszta zdecydowanie mnie nużyła, ale muzyka była genialnie dobrana – to przyznaję bez bicia. Swinton – może zagrać wszystko, a ja to obejrzę. Wasikowski i Hurt z maleńkimi rolami. Hiddleston – fajny, ale nie do końca przekonujący. Może to dlatego, że trochę mi nie po drodze z Jarmuschem? Tak, wiem, że powinnam go wielbić, ścierać pył ze ścieżki, po której stąpa etc. Możecie mnie nie nazywać kinomaniakiem, myślę, że nie zniszczy mi to snów. Nie przekonał mnie chyba żaden jego film, nawet z Truposzem mam problemy, a Broken Flowers mnie znużyło. Totalnie mi nie podchodzi, więc jak na tę skomplikowaną relację i tak odniosłam pozytywne wrażenie z Only Lovers Left Alive – chociaż trochę mi się podobało!

Dlaczego więc w ogóle zastanawiam się nad Hiddlestonem i brakuje mi w rękach tylko czaszki? Skąd te rozterki? Odpowiedź jest banalna. Hiddleston jest uroczym hipsterem. Przemiły w wywiadach, wyluzowany, potrafi się wydurniać. Fajny koleś. Czy więc akceptuję go w pełni jako aktora? Jestem do niego przekonana w jakiś sześćdziesięciu procentach. Z przyjemnością popatrzę na to, czy i jak się rozwija. Jako człowieka – albo jego kreacją, jeśli dopuszczę do głosu wewnętrznego małego cynika – podnoszę w górę aukcyjną tabliczkę i podbijam cenę. Kupuję bez wahania.

Advertisements