O wrażliwości na sztukę.

by oscetc

W ciągu jednego weekendu doznałam zjawiska dość niespotykanego w moim rejonie świata. Zazwyczaj różne oblicza kultury docierają do mnie falami – rzucam się albo na filmy (plus seriale i książki), albo na kulturę wysoką – muzea czy teatry. Nie da się ukryć, że zdecydowanie częściej sięgam po kulturę, powiedzmy, niską, przy czym warto podkreślić, że jej za taką nie uważam.

Moja wrażliwość na sztukę nie jest szczególnie rozwinięta. Z reguły nuży mnie oglądanie choćby rzeźb – no ładne, ale żeby mnie jakoś porywało – co to, to nie. Pooglądam, połażę i po trzeciej sali mam ochotę wyłącznie na kawę, a po dziesiątej szukam drinka choćby i bez palemki. Zdecydowanie wolę operę i filharmonię. Swego czasu były to moje ukochane rozrywki – uczęszczałam często i z dużym zaangażowaniem. Ostatnio jakoś mi nie idzie i pozostaje mi słuchanie w domu i unikanie youtube’a. Tak, tak, staram się unikać tego pożeracza czasu. Człowiek sobie myśli: obejrzę może Lord of the Dance, bo to tak fajnie wygląda, a jakieś dwadzieścia filmów później z mojej (już nie takiej młodej) piersi wyrywa się nie serce, a okrzyk mało cenzuralny zawierający, między innymi, stwierdzenie: ‘jak już późno’. O moim stosunku do teatru można już było przeczytać tutaj oraz tutaj, nie będę się więc powtarzać.

Niedawno zainteresował mnie wielki afisz mijany dziesięć razy w tygodniu w drodze do- i z pracy. Jest to o tyle dziwne, że rzadko się zdarza, żeby mnie zaintrygowało malarstwo. Owszem miałam wielką przyjemność z łażenia po National Gallery w Londynie (w Dublinie już mniejszą), ale to dlatego, że sztuka sztuką – no ładne słoneczniki, ładne, o Rembrandt, o (tu wstaw wszystko, co Ci przyjdzie na myśl) – ale zachwyca mnie to, że można tam niemal wleźć w obraz, a nikt Ci nie powie, że metr od obrazu, nie machać kończynami, najlepiej w ogóle przez lornetkę. A jak już mam mieć do czynienia ze sztuką, to lubię z nią obcować, a nie tylko przebywać w pobliżu. Plus niedawno polazłam do Zamku Królewskiego oglądać wystawę złota i okazało się, że w pakiecie można obejrzeć dwa Rembrandty – świetnie wyeksponowane: dobrze oświetlone, pasujące ramy plus bonus z drugiej strony płótna. Przeżyłam chwilę zachwytu rozwojem polskiej cywilizacji muzealnej (tu warto wspomnieć, że panie utknęły w przeszłości, cud, że nie wciskają zwiedzającym kapci). Wracając jednak do afisza. Aleksander Gierymski. Ukochany malarz Mamusi prywatnej. Obiecałam jej, że obwącham wystawę i powiem, czy warto, żeby nie było jak z głośną medialnie prezentacją płócien impresjonistów kilka lat temu w Trójmieście – wielkie halo, wystawa była, a obrazów tyle, co kot napłakał.

Polazłam więc do Muzeum Narodowego. Zajrzałam przez szklane drzwi – na wystawie oczywiście kłębił się dziki tłum, a ja jestem w stanie znieść wiele, ale dziki tłum (i nagła zmiana ciśnienia) to dla mnie zdecydowanie za wiele. Skorzystałam zatem z tego, że paragon (bo biletów się nie drukuje w Narodowym) obejmuje całe muzeum. Obejrzałam ponownie sztukę średniowieczną – nadal mi się nie podoba zbytnio, ale za to jak dobrze jest wyeksponowana! Mehoffera sobie pooglądałam do woli, bo lubię. Posiedziałam nawet przed Dziwnym ogrodem, żeby się ponapawać. Tak, Mehoffera lubię. Malczewskiego minęłam jakoś przelotem, bo jego nie lubię. Wyspiański – nawet, nawet, Boznańska – powiedzmy. Postałam sobie też pod portretami królów, książąt i całej reszty tego zestawu, bo lubię oglądać ubrania, elementy wyposażenia i jedzenie – nie dziwota, że w Londynie najbardziej podoba mi się Muzeum Wiktorii i Alberta. Przypomniałam sobie, że w Narodowym jest Bitwa pod Grunwaldem Matejki, kiedy wlazłam do sali i od razu się okazało, że zdecydowane bardziej podoba mi się autoportret malarza. Zignorowałam sztukę współczesną, zostawiając ją, po raz kolejny, na koniec i oczywiście zabrakło mi sił. Nie kocham sztuki współczesnej.

Potem polazłam na Gierymskiego. Można iść z czystym sumieniem, tylko raczej w tygodniu, chyba że ktoś kocha tłumy – wtedy można i w okolicy niedzielnego południa, tyle że trzeba odstać swoje w kolejce. Fajnie toto zrobione, przemyślane, są tablety, żeby sobie poczytać ciekawostki. Są drzeworyty obok obrazów, na podłodze są plansze z podróżami Gierymskiego z tego okresu, a na ścianach dopasowane czasowo obrazy. Są zdjęcia modeli – ot, cywilizacja, mógł sobie malarz fotkę cyknąć i nikt nie musiał pozować tygodniami. Polecam. Oscetc. Tu powinien być znak jakości, ale jeszcze nie wymyśliłam.

Poobcowałam więc z kulturą wysoką – obejrzałam sztukę. W domu dopadła mnie kultura niska. Poniżej możliwe spoilery, żeby nie było, że nie ostrzegałam. Dopadłam Agents of S.H.I.E.L.D. Gdzieś mi na fejsbuczku mignęła dyskusja o tym serialu i o Arrow, dyskusja zwolenników oraz przeciwników jednego i drugiego, tak gwoli jasności. Arrow mi nie podpasowało, nudziłam się jak mops i oglądam tylko, kiedy wpadnę w telewizji, skacząc po kanałach. Kilka dyskusji netowych później, tak Rusty, tak Ys, o Was mówię, stwierdziłam, że spróbuję. Ja nie spróbuję? Spróbowałam i się wciągnęłam. Wciągnęłam się do tego stopnia, że już jestem na bieżąco.

Przede wszystkim powraca Phil Coulson, a to jedna z moich ukochanych postaci z Avengersów. Powraca z martwych, warto dodać, i to dosłownie. Razem z Coulsonem dowiadujemy się, jak to się stało, że jest Frankensteinem XXI wieku. Opcja co najmniej intrygująca, ale nieco się boję pojechać na Taiti. Kim jest Coulson w SHIELD (będę operować tym skrótem, bo mi łatwiej)? Agentem? Na pewno? Idealistą? Bez zmian. Człowiekiem wielkiej wiary? Jak zawsze. A kim jeszcze? Tego nie wie on sam, aż do trochę ponad połowy sezonu. Rozwiązanie jest ciekawe i ładnie niebieskie.

Najbliższą towarzyszką Coulsona jest Melinda May. Kobieta zabójca, doskonale przeszkolona, szpieg niemal tak doskonały jak Fury. Jej tajemnice też zapewne mają tajemnice. Początkowo dość ją lubiłam, ale potem zaczęła mnie niesamowicie irytować. Nudziła mnie jej ciągła zabawa w ciuciubabkę zresztą towarzystwa, by na końcu okazało się, że ona jest jedną z tych wspaniałych. I ma poczucie humoru – specyficzne, ale jednak. Dam jej jednak szansę, może jeszcze mnie pozytywnie zaskoczy.

Jest jeszcze ten_który_nie_ma_przyjaciół_i_najchętniej_działa_sam, czyli Ward. Początkowo go lubiłam – zimny, wyobcowany, bucowaty, grzeczniejszy Bond, choć bez bondowskiego wdzięku. Potem było gorzej. Jestem w stanie przełknąć, że koleś ma jakieś uczucia i nie jest zimną maszynką do zabijania, ale po diabła nadal utrzymuje, że nią jest? Albo rybki, albo akwarium. A im dalej w las, tym uczuć znacznie więcej. Naprawdę? Psychopata Ward tak się kocha w panience, że jest ważniejsza od jego misji? Albo jesteś psychopatą, albo płacz na ekranie. Ward to taki osiołek, który nie wie, w który żłób powinien włożyć paszczę. Tego nie lubię, ale może jeszcze wróci do zimnej maszynki z początku sezonu. Dam mu szansę.

A kim jest panienka, która budzi emocje u psychopaty? Na imię ma Skye. Wszyscy koledzy ją lubią, nawet May po jakimś czasie ją akceptuje. Jak to dobrze, że nie jestem agentem SHIELD, bo pewnie nie zdjęłabym jej z głowy worka przez pierwsze kilka odcinków. Potem jest trochę lepiej i powoli uczę się ją akceptować, mimo że wkurza mnie jej nienaganna fryzura (no, najbardziej to mi się podobała, kiedy wreszcie, po locie Lolą, wyglądała życiowo). Ze Skye wiąże się TAJEMNICA. Tajemnicze dziecko, z tajemniczej wioski, której tajemniczych mieszkańców wybito, pozbawiając życia także większość tajemniczych agentów SHIELD, a jednego skazując na banicję. Ward się nad nią trzęsie jak nad jajkiem. Coulson ma do niej dziwną słabość. Prawie umarła. Zaaplikowali jej leki rodem z Taiti i teraz czekam, aż zacznie świecić na niebiesko.

Na koniec zostawiłam ulubionych bohaterów, których muszę omówić razem – Fitz-Simmons. Takie toto mądre, takie toto miłe, takie toto zabawne, że trzeba polubić. On (Fitz) zajmuje się kwestiami inżynierii, tworzenia broni i wszystkiego, co wymaga dużej znajomości fizyki. Ona (Simmons) zajmuje się przede wszystkim chemią i medycyną. Oboje dość znacząco ewoluują, odnajdują w sobie odwagę (ukrytą głęboko, ale gdzieś tam jest), znajdują przyjaciół, są zabawni i piekielnie inteligentni.

Jak widać, bohaterów SHIELD kocham tak w pięćdziesięciu procentach. Co więc sprawiło, że w ciągu kilku dni obejrzałam dwadzieścia odcinków? Przede wszystkim dialogi. Serial jest głupiutki, naprawdę głupiutki, ale ma świetnie napisane teksty i fenomenalne scenariusze. Kto inny wpadłby na to, żeby dziurę w samolocie zatkać pontonem? Żółtym pontonem. Kto wpadłby na to, żeby przeczytać instrukcję przeżycia lotu? Śmiałam się jak mały kretyn do ekranu, upychając głęboko w kącie małego cynika, który cichutko szydził: takie głupie seriale oglądasz zamiast jakieś przedstawienie, teatr telewizji czy choćby operę. Jak nisko upadłaś. Trudno, upadłam z wyżyn kultury muzealnej do doliny serialowej. Ale wiecie co? Na wysokościach miewam zawroty głowy, najlepiej czuję się w dolinach. A poza tym – jak można nie pokochać serialu, w którym gra latający samochód i na dodatek ma na imię Lola? Nie da się. Trzeba oglądać.

Advertisements