Taka modna dyscyplina sportu

by oscetc

Nie wiem, czy zauważyliście, ale ostatnio wszyscy zaczęli biegać. I to nie takie tam śmichy chichy, że dwadzieścia minut dziennie wokół bloku czy po ogródku. Ludzie rozpoczęli uczciwe treningi, rozwijając umiejętności. Codzienne treningi, udział w biegach na kilka(naście) kilometrów, półmaratony i maratony. Społeczeństwo się rozbiegało. Coraz więcej osób pisze książki na temat uskuteczniania biegów, podobno niezłe te książki, tak mówią. Dosyć trudno mi to zrozumieć, bo z bieganiem nigdy nie było mi specjalnie po drodze. Gry i zabawy drużynowe jak cię mogę, ale latanie w kółko albo po prostej, żeby polatać? Nigdy mnie jakoś nie bawiło. Mój ukochany sport to zdecydowanie zakopanie się do łóżka i drzemka, dłuższa bądź krótsza, przerywana książką.

Modę na bieganie odkrył także J.J. Abrams. Tak, właśnie on. W Star Treku. Uwaga, będą te, jak im tam, spoilery. Pierwszy film kinowy mi się podobał, ale jakoś szaleńczo mnie nie porwał. Wyszłam z seansu zadowolona, dostałam film na dvd od przyjaciółki i co jakiś czas sobie oglądałam, ciesząc się zabawą. Lubię głupiutkie filmy, co by tłumaczyło nieco moją wielką sympatię do Transformers. Takie relaksacze. Nie muszą mieć głębi, ważne, że są fajne i mogę przy nich odpocząć. Tak też potraktowałam Star Treka. I wcale nie przeszkadza mi to oglądać z sympatią Star Trek: The Original Series i kolejnych odsłon. Bardzo lubię też filmy kinowe. Świetnie się bawię, ale umówmy się nie grzeszą one, z reguły, specjalną głębią. I od razu przyznaję, że kocham część czwartą – koncepcja podróży w czasie do połowy lat 80. XX wieku bardzo przypadła mi do gustu.

Wracając jednak do J.J. Abramsa, wiedziałam, że polecę do kina na część drugą. Nie dla Pine’a, bo mimo że to ładne chłopię, to jakoś totalnie mi się nie podoba. Strasznie jest nijaki, zero charyzmy. Nie powiem, że jest fatalny, bo ma trochę uroku takiego zbuntowanego młodego chłopca, który by chętnie pozwisał nad klifem, żeby zobaczyć, co się czuje, kiedy człowiek zleci z wysokości dwudziestego piętra. Nie trafił jednak do grona moich ukochanych aktorów. Nie dla Quinto, bo przy całej sympatii do aktora, Spock jest tylko jeden i kropka. Kiedy pojawia się na ekranie Nimoy, choćby na moment, Quinto mógłby spokojnie pójść paść krowy albo ganiać konie po prerii, a jeśli jest zwierzątkiem bardzo miejskim, sączyć cosmopolitana w fajnym barze – co mu będę żałować. Saldana byłaby nawet fajna, gdyby jej Uhury nie wplątali w romans ze Spockiem. Podobał mi się Chekov i jego urocze próby rozmowy z maszyną po angielsku. Zdecydowanie kupił mnie Scotty – no ale jak można nie pokochać Simona Pegga w którejkolwiek roli? Zapłaciłabym też za McCoya – jak miło znowu obejrzeć lubianego bardzo Karla Urbana w fajnej roli. I ta jego choroba lokomocyjna!

Nie ukrywajmy też, że polazłam na część drugą z powodu Benedicta Cumberbatcha w obsadzie. Zdjęcia promocyjne były więcej niż zachęcające, a poza tym z Cumberbatchem zdzierżę wszystko, nawet 12 Years A Slave, które w ogóle, jak wiadomo, mi się nie podobało. Polazłam więc do kina na część drugą – Star Trek. Into Darkness – i świetnie się bawiłam. Na ekranie dużo się działo, dużo rzeczy wybuchało, było głośno – świetny relaksacz. Ale czy nie odnosicie wrażenia, że ten film powinien się nazywać: Jak oni biegają? Come on! Wszyscy uskuteczniali sprint i biegi na krótkich dystansach co chwilę. Maratonu nie było i chwała bogom wszystkich wszechświatów.

Przyznaję, że kiedy Khan pojawia się na ekranie po raz pierwszy, nie biega. Aż dziwne. Takie toto silne, umięśnione i wysportowane, a nie zaczyna od sprintu. Przyznaję jednak także, że wygląda obłędnie. Cumberbatch chyba nigdy nie wyglądał równie dobrze. I jest coś w tym, że recenzenci pisali, że drugi Star Trek to scena dla jednego aktora z masą postaci pobocznych, które plączą się po ekranie. Bo Cumberbatch jest dobry, a nawet bardzo dobry, reszta – z drobnymi wyjątkami – generalnie obok niego przebywała. Nie, no, gadka Pike’a i Kirka w barze była fajna, zabawna i ślicznie wprowadziła najważniejsze postaci na miejsce akcji, ale to Khan rządził ekranem. Kiedy atakuje dowództwo floty, wszyscy zaczynają biegać po ekranie aż miło – nie dziwię im się specjalnie, chociaż, gdyby ktoś do mnie strzelał, to pewnie padłabym gdzieś za ścianą, ale oni byli żołnierzami, więc musieli pobiegać i postrzelać. Kiedy próbują złapać bad guya, który im ubił mentora, latają po planecie między masą nieruchomych i ruchomych obiektów.

Potem fabuła się zagęszcza, bo nagle okazuje się, że – uwaga – ten zły twierdzi, że inni, w tym dowództwo floty, też są źli. Trzeba więc pobiec na mostek, żeby podjąć próbę zweryfikowania jego słów. Ćwiczeń fizycznych nie wykonują McCoy (wcale) i Scotty (zazwyczaj) i oczywiście odrzucam podłą sugestię, że tak ich lubię, bo są równie leniwi jak ja. Ale bądźmy szczerzy, nie wolelibyście posiedzieć ze Scottym w barze, pijąc drinka, zamiast ganiać z maszynowni na mostek? Wracając jednak na Enterprise. Kirk, ku wielkiemu niezadowoleniu Spocka, decyduje się na sojusz z Khanem. Specjalnie się nie dziwię, kiedy tak popatrzyłam na niego na ekranie, też bym go chciała za sojusznika, ale, ale pobudki Kirka są jednak znacznie szlachetniejsze od moich. I, uwaga, tym razem nie biegają, za to lecą w kosmicznych wdziankach z wbudowanych kompasem przez przestrzeń pełną odłamków, żeby trafić w małe okienko, które ma dla nich otworzyć Scotty.

Tak, właśnie, Scotty porzucił drinka (zapewne z żalem) i zdecydował się pomóc kompanom, których opuścił, bo miał przeczucie – no, prawdę mówiąc, bo bał się, że mu wielkie bomby rozwalą statek. A wiecie co jest najciekawsze? Scotty biega! Ale jak pięknie biega. Realnie. Bo wszyscy to się jakoś w ogóle nie męczą. Polatamy po statku? Spoko. Polatamy po planecie? Nic prostszego. Zero zadyszki. Ale jak to zero zadyszki? To nieludzkie! Scotty w wykonaniu Pegga się męczy, sapie, dyszy, wydaje dziwne dźwięki – jak każdy z nas w czasie treningu – ale leci dzielnie do przodu. Mój szacunek do postaci znaczącą wzrósł, kiedy współodczuwałam z krzesła. Po powrocie na Enterprise też trochę pobiegał z Kirkiem, w tym po ścianach, ale to już był właściwie truchcik.

Bawiłam się świetnie i to nie tylko dlatego, że Scotty tak ładnie się męczył. Podoba mi się koncepcja rozmowy Spocka ze Spockiem – plus to zawsze dodatkowa przyjemność pogapić się na Nimoya na ekranie. Podoba mi się to, że gniew Wulkana jest większy niż gniew Khana. Podobają mi się rozmowy bohaterów. Jestem w stanie darować twórcom romans Spocka i Uhury, bo jest jakoś bardziej strawny w Into Darkness. Jestem w stanie darować twórcom nawet scenę pożegnania Spocka i Kirka. Ba, jestem w stanie darować im robienie serum z krwi Khana, by ocalić Kirka – i zwierzątko było takie urocze! Jestem w stanie darować im właściwie wszystko, bo świetnie się bawiłam, a oni tak pięknie biegają. I wiecie co? Też pewnie pobiegnę – do kina na kolejną część.

Advertisements