Dziwna przypadłość

by oscetc

Mam dziwną przypadłość. Nie, to nie oznacza, że tekst będzie o problemach z cerą tudzież kończynami górnymi bądź dolnymi. Mam dziwną przypadłość okołokulturową. Z reguły, kiedy czytam książkę, przywiązuję się do postaci, ale sobie nie wyobrażam, jak wygląda. Postać to postać – bardziej mi się wizualizuje charakterem i postawą niż fizycznymi cechami osobniczymi. Dziwnym nie jest, że z drżeniem serca czekam niekiedy na obsadę adaptacji czegoś, co czytałam, a przede wszystkim czegoś, co mi się podobało. Najgorsze zaś następuje wtedy, kiedy nie mam kandydata własnego do obsadzenia, a nie pasuje mi ktoś z obsady.

Kocham Pratchetta (o nim zresztą będzie za chwilę z okazji premiery Pary w ruch, ale czekam, aż Ys doczyta, żeby miała więcej przyjemności). Najbardziej kocham się w Vimesie i w Moiście, ale nie da się ukryć, że najbardziej fascynujący jest jednak Vetinari. Kogo jednak obsadzić w tej roli? Charles Dance (Piekło pocztowe) nie jest wyborem złym, bo Charles Dance nigdy nim nie jest, choćby grał mopa będę zadowolona, ale też nie do końca mi pasuje. No bo do wszystkich pień anielskich Vetinari, zbudowany, co przyznaję, z moich wyobrażeń opartych na cechach charakteru postaci, nie jest blondynem. No jakże to? Człowiek, którego sekrety mają więcej sekretów niż sekrety Nicka Fury’ego blondynem? To się po prostu nie godzi! Tak nie można. Vetinari – dyktator, człowiek wielkiego umysłu, człowiek, który nigdy nie śpi, 100% przebiegłości w przebiegłości i 1000% charyzmy dość dobrze zbudowanym blondynem? Świecie castingów ja Cię bardzo proszę! Przy całej miłości dla Charlesa Dance to zupełnie nie to! Mój Vetinari powinien być ciemnowłosy (ewentualnie lekko posiwiały), dość szczupły, dość niedelikatny (nie takie chucherko w stylu Wishawa choćby), blady i wysoki, no i ubrany w czerń. Wyłazi mi niemal Voldermort, ale Ralph Fiennes to też nie to. No i kogo ja mam obsadzić w roli swojego Vetinariego? Nie pasuje mi nic, co pasować powinno, a pomysłów brak. Dziwna przypadłość, dziwna. Zastanawiałam się nad Gruffudem, ale ostatnio jakoś też mi przestał pasować. Pewnie głosowałabym za Cumberbatchem, ale to za jakieś dziesięć – piętnaście lat. Bo, kiedy na niego patrzę, odnoszę wrażenie, że nie będzie się dużo zmieniał, tylko mu zmarszczek przybędzie. Ładnie się zestarzeje po prostu. Dopuszczam też Johna Lighta, ale za jakieś dwadzieścia pięć lat w porywach. Problem w tym, że nie chcę czekać aż tak długa. A Vimesa to już w ogóle nie potrafię obsadzić, tak przy okazji. Najbardziej pasuje mi Ray Winstone, ale to też nie to! Za bardzo przaśny, za mało smutku egzystencji. Foch na własny mózg i na rzeczywistość, która nie daje mi odpowiedzi.

Podobnie mam z Dorianem Grayem. Dorian Gray powinien być nonszalanckim, nieco aroganckim, ironicznym blondynem! Blondynem! Dlaczegóż, u diabłów wszystkich, ciągle obsadzają w tej roli brunetów? Nie powiem, Stuart Townsend mi się podobał nawet nawet, ale to też nie to. Przy okazji mogę się przyznać publicznie, że bardzo lubię Ligę Niezwykłych Dżentelmenów i właśnie naszła mnie ochota, żeby ją ponownie obejrzeć. Stuart Stuartem (jak wiemy, to jednak nie to), ale zekranizowali mi książkę. W 2009 roku, więc jakby nie było kawał czasu temu. Mnie się naprawdę podoba Ben Barnes, ale podoba mi się jako Kaspian czy w Easy Virtue (po raz kolejny odmawiam używania polskiego tytułu). Przy całej sympatii do Barnesa, to nie jest Dorian Gray. Boję się używać samego nazwiska, bo jeszcze ktoś pomyśli, że chodzi mi o ekranizację tego tam erotyku dla gospodyń domowych. Film nie był zachwycający, ale nie był aż tak fatalny jak chciała większość recenzji. Takie tam oglądałko. Z tym, że szkoda, iż bardziej jako oglądałko niż ekranizacja Portretu Doriana Graya. Popatrzywszy ostatnio, co internet ocenia pozytywnie, przynajmniej w miarę, sięgnęłam po Penny Dreadful. W drugim odcinku pojawił się oczywiście Dorian Gray. Oczywiście, bo w tym serialu pojawiają się absolutnie wszyscy i czekam, kiedy mnie to zirytuje na tyle, żeby porzucić – na razie irytuje mnie nieco, da się przeżyć. Wracając do Doriana – Reeve Carney go gra. Jakby to powiedzieć? Nie. Zdecydowanie nie. Po pierwsze – znowu brunet, bogowie wszelkich wyznań dlaczego? Po drugie – czy mogłoby być nieco mniej jednowymiarowe. Obrzydlistwo mi nie przeszkadza, wszak zazwyczaj spożywam posiłki, oglądając choćby Bones. Niech sobie Dorian będzie obrzydliwy, ale taki płaski? Bez wyrazu? Ciut emo? To zdecydowanie nie jest mój Dorian Gray i coś czuję podskórnie, że będzie się pojawiał na tyle często, że nawet sympatia do Hartnetta nie skusi mnie do kontynuowania. Ale, ale! Dwa dni temu w toku dziwnej dość rozmowy z przyjaciółką A. – dziwnej w sensie snułyśmy luźne dyskusje na tematy wszelakie, od Sasa do Wizygota – stwierdziłam, że wiem, kto mógłby zagrać Doriana. Znalazłam! Hiddleston byłby idealnym Dorianem Grayem. Tu mogłaby być kropka, ale jak wiadomo jeżeli przestanę gadać (pisać) dużo za dużo, to znaczy, że nie żyję, toteż będzie domyślny przecinek i rozwinięcie myśli. Sporo uroku, wdzięku, nonszalancji, ciut arogancji, odrobina domniemanej rozwiązłości – Dorian Gray jako żywo. Teraz mogę wszem i wobec ogłaszać: I blame Tom Hiddleston for my high standards on Dorian Gray. Rzekłam. Żeby go jeszcze ktoś obsadził w tej roli.

Teraz będzie wyznanie. Wiecie, ja naprawdę lubię postać Hulka. Dużo bardziej niż kojarzącego mi się z Hulkiem dość usilnie Doktora Manhattana. Wiem, że wątek Doktora Jekylla i Pana Hyde’a jest dość oklepany, ale jakoś do mnie trafia. Obejrzałam pierwszego Hulka. Lubię Banę, naprawdę, to taki fajny facet jest, ma trochę krowie oczka (używając nomenklatury created by Rusty), ale ma coś w sobie. Tylko za cholerę nie pasował mi w tej roli. Starcie ze zmutowanym pudlem było fajne i to by było na tyle. Drugi Hulk jako film podobał mi się bardziej, bo grał w nim Norton. Bardzo lubię Nortona, a nawet ciut bardziej niż bardzo. I tak jak podobał mi się film, i tak jak lubię Nortona, tak nie pokochałam Nortona jako Hulka. Był zdecydowanie za delikatny. Ja wiem, że klasycznie, ale kto uwierzy, że chudziutki Norton jest Hulkiem? Ja jakoś tego nie kupiłam. Straciłam nadzieję aż do premiery Avengersów. Bo Mark Ruffalo był idealny. Jego Banner wyglądał jak Hulk a Hulk był trochę większym i bardziej wkurzonym Bannerem. Jedno z moich marzeń się spełniło.

Niestety nie było tak fajnie z Aragornem. Naprawdę lubię Viggo Mortensena. Nie kochałam się w Aragornie. Nie powiem, że było źle i nie marudzę na Mortensena. W okolicy rozpadu Drużyny nawet do niego nieco przywykłam. Czegoś mi jednak brakowało, chyba odrobiny większej charyzmy. Wszak w Powrocie Króla wszyscy powinni zobaczyć, jak król powraca, rajt? A tu owszem siada całkiem nieźle wyglądający Mortensen na tronie, wdziewa ładną koronę, wokół niego pałętają się wszyscy bohaterowie, ale to jednak nie to. No bo gdzie ten król, z którego emanują dawne lata, minione przygody, pewność, dojrzałość, zdolność widzenia i cholera wie co jeszcze? No gdzie? Nie ma, nie ma, nigdzie nie ma. Mortensen jest fajny, żeby nie było, że nie jest. Nie jest to jednak mój Aragorn. Nie mam pojęcia, kto mógłby nim być. Nie jest nim na pewno Townsend. Myślę, że byłby jeszcze mniej moim Aragornem niż Mortensen. Moja wyobraźnia jest wielka, ale nie jestem w stanie wskazać nikogo do castingu. Pewnie obsadziłabym Johna Hannah, z czystej ciekawości, co by z tego wyszło. I nie, on też nie jest moim Aragornem, brońcie bogowie. Ale tak z ciekawości?

Na deser i niejako w prezencie imieninowym z okazji 24 maja zostawiłam Wentwortha. Perswazje to moja ukochana książka Jane Austen. Musiałam pokochać Wentwortha, tak? Jego się nie da nie kochać. Lubię Ciarana Hindsa, ale nie szaleję na jego punkcie. Jest, owszem, dość udany i dobrze wygląda w mundurze, ale brakuje mu jednak tej odrobiny ciepła, z którą kojarzy mi się książkowa wersja dzielnego marynarza. Ten element powoduje, że niestety Hinds nie jest dla mnie Wentworthem idealnym. Los, w postaci filmowców, którzy niczemu nie odpuszczą, dał mi drugą szansę, kręcą nową wersję. Ruperta Penry-Jonesa lubię, nawet bardzo. Jest jednym z nielicznych blondynów, którzy wydają mi się atrakcyjni. (No bo blondyni? No niekoniecznie). Jest bardzo fajnym Wentworthem, ale – tak, wiem, nie ma lekko – jakoś za mało w nim żalu do świata. Bo Wentworth powinien być wściekły i nieco zgorzkniały. Inaczej byłby aniołem, a do tego mu stanowczo za daleko. I kogo by tu obsadzić? Najpierw pomyślałam o Armitage’u, ale jest jakoś zbyt wycofany i ciut rozlazły. Nie nadaje się. Potem wzięłam na warsztat aktorów od Rochestera. Orson Welles nie żyje, więc odpadł ze stawki w pierwszej kolejności. Toby’ego Stephensa mogę kochać i jest świetnym Rochesterem, ale ma w sobie za dużo szaleństwa jak na człowieka dowodzącego okrętem wojennym, to mogłoby się stanowczo źle skończyć. Fassbender? Za dużo w nim psychopaty, cały czas zastanawiałabym się, co zrobi, kiedy ktoś go zirytuje. Nie wiem, nie wiem, znowu nie wiem.

Zmagania z własną wyobraźnią i przypadłościami psychiki nie są najłatwiejsze. Przywiązuję się do postaci. Potem oglądam film czy serial i okazuje się, że to jednak nie to. I nie wiem, kto mógłby być lepszy czy bardziej właściwy. Pustka. Ciemność widzę. Macham ręką, bo walka ze sobą nie ma sensu, nie jestem Gollumem – nie będę odbywała dysput z własnym odbiciem w bardziej lub mniej przyjemnym oczku wodnym. Dobrze, że jest chociaż jedna postać, której odtwórcy podobają mi się zawsze, a niekiedy nawet podobają mi się szalenie. Myślę, że Arthurowi Conanowi Doylowi nie śniło się, że idealnym Holmesem będzie nawet android. Chapeau bas dla autora i ulga dla mojej psychiki.

Advertisements