Of Horses and Mutants

by oscetc

Weekendy zazwyczaj obfitują u większości w rozrywki. Moje, wobec wrodzonego lenistwa, obfitują zazwyczaj w leżenie, czytanie książek, oglądanie seriali i robienie nic. No, kawę piję. Ten weekend był jednak inny niż zazwyczaj, gdyż – uwaga – wykazałam aktywność. I to dwa dni z rzędu, wobec czego aktualnie czuję się jak dosyć ciepłe zombie, które ma w głowie tylko jedno słowo: kawa!

Sobota zaskoczyła niezłą pogodą. Aż się zdziwiłam. Zazwyczaj, kiedy planuję rozrywki w plenerze, pada, grzmi, a na horyzoncie straszy tornado. Nawet cyklon nie powstrzymałby mnie jednak przed wypełnieniem planu na sobotę. Wychowałam się na książkach Chmielewskiej. Czytuję ją od piątej klasy podstawówki, więc powiedzmy pół życia z małym ogonkiem. Wyścigi i Florencja, córka Diabła są wysoko na mojej liście ulubionych książek ever. Od dłuższego więc czasu marzyłam o udaniu się na wyścigi, żeby poczuć tę nutkę emocji, która towarzyszy oddawaniu się hazardowi.

Początek okazał się średnio udany. Dobry samarytanin, a zwłaszcza jego małżonka uczynnie wskazali mi drogę do przybytku hazardu, po czym okazało się, że droga ta wiodła dokładnie naokoło. Po przejściu, nareszcie, przez upragnioną bramę i odbyciu kolejnego długiego spaceru, zostałam powitana przez ochroniarzy informacją, iż tego dnia na wyścigi nie wchodzi się przez bramę główną, gdyż odbywa się radosny festyn z okazji Dnia Mniej lub Bardziej Upiornej Pociechy. Nastąpił odwrót oraz zapoznanie miłego Pana Ochroniarza, który odesłał rosnącą grupę spragnionych hazardu (było nas coraz więcej i więcej) do kolegi, Krzysztofa. Pan Ochroniarz Krzysztof, którego z tego miejsca serdecznie pozdrawiam, wpuścił całą wycieczkę drogą biegnącą wzdłuż toru, pełną pokrzyw i kałuż. Nic to, udało się w końcu osiągnąć punkt docelowy.

Poszłabym drugi raz te sześć kilometrów, bo było warto. Konie były piękne, szczególnie Araby. Dżokeje nie zawodzili. Obsługa przemiła i pełna wsparcia. Najważniejsze jednak były emocje, które targały torem. Okrzyki wnoszone przez grających, nierzadko wspomagane bluzgiem, nie zawsze dodawały koniom skrzydeł, ale stanowiły świetne tło dla poznawania atmosfery panującej na wyścigach. W tym miejscu pragnę pozdrowić uroczego, na około może dwudziestotrzyletniego pana, pijanego, jak mawia koleżanka A., jak szpadel, który zapewniał nas, że przy pierwszej wizycie na torze nie da się nie wygrać. Miał rację. Ku uciesze własnej w jednej gonitwie trafiłam prawie najmniej granego konia. Był także równie pijany pan, koło sześćdziesiątki, który na widok koleżanki A. wykrzyknął: Nogi jak Doda! Pani to chyba lubi konie! Lubi, lubi, obie lubimy, a na wyścigi wybieramy się przy pierwszej możliwej okazji, czyli pod koniec czerwca zapewne.

Nie był to jednak koniec rozrywek, jako że w kolejce czekali mutanci. Krótkie podsumowanie jest takie, że gdyby z tego filmu wyciąć jakieś czterdzieści minut ze środka, X-men: Przeszłość, która nadejdzie byłby świetny. Teraz jest zaledwie fajny. Bardzo dobrze bawiłam się tak mniej więcej do scen w Paryżu. Aż, żal, bo Paryż to takie ładne miasto jest. Do tego momentu było idealnie, gdyż niemal według zasady: przed wyruszeniem w drogę, należy zebrać drużynę. Sceny z przyszłości, szczególnie sceny, w których giną kolejni bohaterowie, są fajne. Tak, wiem, jak to brzmi, ale są fajne – bardzo widowiskowe i pozwalają poznać nowych mutantów. Najfajniejszy jest jednak powrót w lata 70. XX wieku. Te wnętrza, te stroje, ta muzyka! Dużo się działo, dobrze się działo i zaczęło się zbieranie drużyny. Potem nastąpiło owe nieszczęsne czterdzieści minut, które ciągnęło się jak flaki z olejem chwilami, a potem finał, który był bardzo udany. Świetna bitwa na zamknięcie, fajnie zmontowana z tym, co dzieje się w przyszłości. Minus zasadniczy jest jeden – flaki z olejem pośrodku, a ja nie przepadam za flakami. Za plusy robią aktorzy i niektóre sceny – i o nich poniżej, bo co się będę rozwodzić nad flakami?

Charles Xavier w wykonaniu McAvoya mnie przekonał totalnie. Był świetny, przekonujący i fajny. Mogłabym go wyciągać z doła, a nawet do opieki mam chyba większy talent niż Bestia, chociaż Bestia był uroczo nieporadny i ta scena z żyrandolem! Dla McAvoya w ogóle warto obejrzeć ten film. Wiem, że większość zachwyca się Magneto, bo jako postać jest zapewne fajniejszy, ale mnie kupił przede wszystkim Xavier. Jak uroczo wygląda, kiedy dość żwawo przemieszcza się korytarzami Pentagonu! Lata 70. zdecydowanie mu służą. Bardzo fajnie pokazano, jak jego postać się zmienia i jak powstał Profesor X z pierwotnej filmowej serii o mutantach. Magneto też ma swoje sceny. Zabójcza dla oczu jest zwłaszcza ta, w której odzyskuje swój hełm. Coś pięknego. Mogłabym mieć taki plakat na ścianie. Stanowczo bym mogła.

Nie irytowała mnie nawet Raven, mimo że to nie jest moja ukochana postać w żadnej wersji. Była sensownie napisana, miała wiele fajnych momentów i wystąpiła w jednej z dwóch scen, które mnie zachwyciły w filmie – scenie na lotnisku. To moja druga ulubiona scena w całym filmie. Dosyć creepy – come on, nie chciałabym, żeby ktoś do mnie mówił cudzymi usty i to usty w takich ilościach, ale wyszła świetnie. Najlepsza i najfajniejsza, i w ogóle naj jest scena z Quicksilverem – świetnie zmontowana, pomysłowa, niewymuszenie zabawna, ze znakomicie dobraną ścieżką dźwiękową. Z przyjemnością powtórzę ją sobie jeszcze kilka razy. Z przyjemnością powtórzę sobie także wszystkie sceny z Jackmanem. Jego Wolverine jest zabawny, ponownie wykorzystano to, jak bardzo grumpy jest ta postać, żeby dodać filmowi humoru i lekkości. Cały czas odnosiłam wrażenie, że Jackman świetnie się bawił na planie. I był tak uroczo niewzruszony w scenie w samolocie. Stara gwardia nigdy nie zawodzi, więc tutaj też nie mogła – McKellena i Stewarta zawsze warto oglądać na ekranie.

Days of Future Past to film zupełnie inny niż First Class. Moim zdaniem słabszy, ale i tak dobrze się bawiłam. Pragnę wielce płyty z muzyką do filmu i zamierzam się w nią zaopatrzyć wcześniej niż później. Z przyjemnością obejrzę go jeszcze kilka razy: dla Quicksilvera, dla Wolverine’a, dla Magneto, dla kilku scen, dla świetnego montażu, a przede wszystkim dla Charlesa Xaviera. Nie martwią mnie nawet flaki z olejem – w domu istnieje wszak opcja przewijania, z której zapewne skorzystam. A i jeszcze dwie sprawy. Po pierwsze: scena po napisach jest fajna, szczególnie w kontekście książki, którą niedawno czytałam – Sekrety umarlaków się toto zwie i film mógłby stanowić dla autora źródło nowej inspiracji albo wsparcia dla własnej teorii. Po drugie: człowiek, który gotował dla ludzi na planie nazywa się Luc Champagne. Zatrudniłabym go chyba tylko po to, żeby wpisać w napisach końcowych jego nazwiska przy posadzie: szef kuchni.

Advertisements