Kilka słów o normalności, bo dlaczego nie?

by oscetc

Dzisiaj będzie o normalności. Mam problem z definicją tego słowa, gdyż czym, u diabła, jest normalność? Pojęcie cholernie relatywne. Zawsze kojarzy mi się z nim zdanie, które wypowiada w Ani z Szumiących Topoli Rebeka Dew. Mniej więcej: Panno Shirley, jest pani stosunkowo ładna. Stosunkowo oznacza ‘w stosunku do’. W tamtym wypadku w stosunku do Rebeki Dew, ale mogę się w tym miejscu odczepić od Lucy Maud Montgomery. Chyba każdy jest stosunkowo normalny? Albo stosunkowo nienormalny. W stosunku do kogoś/czegoś raczej na pewno.

Zapewne człowiek, który zasypia o 21, by wstać o 5 rano ze śpiewem na ustach i obyć się bez kawy, uznaje swoje zachowanie za normalne. A co z tymi, którzy chodzą spać o 5 rano, by wstać o 9, bluzgając na czym świat stoi? Są nienormalni? Z punktu widzenia kogoś, kto z radością podjąłby się udoju krów na pewno. Ale z punktu widzenia człowieka, który wita wschód słońca odwróceniem głowy w drugą stronę bądź ułożeniem głowy na poduszce, nienormalny jest ten, który kładzie się krótko po Wiadomościach. Dopóki jeden nie narzuca drugiemu jedynego właściwego sposobu na życie, chyba problem nie istnieje? Często się jednak okazuje, że istnieje aż nadto. Wstawanie jest przykładem bardzo lekkim. Te nieco trudniejsze stają się często elementem awantur.

Znam wielu ludzi – wiem, nic dziwnego, człowiek jest z założenia jednostką społeczną. Jestem może nieco wybrakowana społecznie, bo lubię czasami pobyć sama, zamknąć się w domu i udać, że mnie nie ma, ale nie strzelam do znajomych, ba, z przyjemnością ich goszczę. Wiem, że jestem dziwna, ale akceptuję większość ludzkich zachowań. Z tolerancją na głupotę mam pewne problemy, ale kto nie był kiedyś głupi? Każdemu się zdarza. Często jednak ludzie mają duży problem z zaakceptowaniem tego, że ich zdanie, a więc pojęcie normalności, nie są jedyne.

Są ludzie, którzy chcą mieć dzieci, upatrują w nich sensu istnienia. I niech im pójdzie na zdrowie, dopóki akceptują to, że są ludzie, którzy nie chcą mieć dzieci i mają do tego święte prawo. Nie należy ich zmuszać na siłę, wciskać potomka na zasadzie: zobaczysz, spodoba ci się. Zabójstwa, nawet w afekcie, nadal są w tym kraju karalne. Z drugiej strony ci, którzy nie pragną potomka, chyba nie powinni uchylać się od spotkań ze znajomymi, bo tam jest dziecko – co najmniej upiór i obiekt dla egzorcysty w jednym.

Są ludzie, którzy chcą być sami i to nie dlatego, że los ich doświadczył ciężko, są ułomni psychicznie czy to urodzeni egoiści. Taki mają sposób na życie. Po prostu dla nich normalność oznacza, że wracają do domu i mają święty spokój, bo lubią. I tyle. Są też ludzie, zapewne w większości, co jestem skłonna przyznać, którzy chcą być w związku. Tacy, którzy dla bycia w związku dla faktu samego bycia zrobią wiele. Są też tacy, którzy chcą być w związku, ale puścić smycz dość luźno – posiadanie minimum jednego pokoju na głowę, w którym można się odseparować od kochanej, w założeniu, osoby znacznie ułatwia egzystencję, a posiadanie dwóch, sąsiadujących, mieszkań to wielkie marzenie.

Do rozważań na temat normalności natchnął mnie serial Shameless, który właśnie zaczęłam oglądać. Z pozoru totalnie dysfunkcyjna rodzina. Rodzina bez mamuni. Tatuś pijak. Najstarsza córka, która matkuje pozostałym, ale korzysta z życia, jak każda kobieta w jej wieku. Dzieciaki, które palą papierosy, trawę i tęgo popijają. Dysfunkcyjni sąsiedzi. A jednak! Tej rodzinie udało się stworzyć normalność – żyją tak jak mogą w okolicznościach, potrafią się wspierać i cieszyć życiem. I co z tego, że ich normalność nie pasuje do standardowej wizji amerykańskiego snu? Dom niekoniecznie z białym płotem i ogródkiem, mamunia nie gotuje codziennie obiadków, a tatuś nie wraca z teczką z pracy codziennie, krzycząc: honey, I’m home! Zdaję sobie sprawę, że nie jest im łatwo, ale jakoś sobie radzą. I wiecie co? Jakoś często wystarcza. Tu warto sobie przypomnieć United States of Tara – rodzina funkcjonowała bez względu na to, czy mamusia była aktualnie mamusią, wydrowatą nastolatką czy robotnikiem. Normalność jest po prostu cholernie względna.

Niekiedy marzy mi się normalność w ujęciu bardziej tradycyjnym. Choćby sen o 21 zamiast siedzenie do 3, 5, 7 rano, które upływa na pisaniu wpisu na blożka, po który sięgnie niewielu, gadaniu z ludźmi, którzy dla mnie są absolutnie normalni, a dla części społeczeństwa zapewne nie do zaakceptowania i oglądaniu seriali o dysfunkcyjnej rodzinie. Ale po kilku minutach średnio rzewnego wzdychania, przypominam sobie fragment wiersza Kofty: Jak pięknie wiatr układa piach tam, gdzie nas nie ma. Bo wiecie, prawda jest taka, że po krótkim czasie życia według normalności innych, zapewne niezbędne byłoby mi leczenie. Moja normalność absolutnie mi pasuje. Zapewne jestem nienormalna stosunkowo – w stosunku do iluś milionów ludzi – ale czy to ma jakieś znaczenie? Żyj i daj żyć innym, a przede wszystkim pozwól im spać, kiedy mają na to ochotę – to chyba dobre motto na życie?

Advertisements