Się czyta? Czyta się!

by oscetc

Dawno nie miałam weny do pisania. Chyba po prostu za dużo się dzieje na co dzień, żebym miała chęć do pisania. Dzieje się z rzeczy codziennych, więc, delikatnie rzecz ujmując, nudnych. Oglądam, oczywiście, całą masę bardziej lub mniej głupich rzeczy, ale jakoś mi przemykają. Breaking Bad leży i czeka, ale do tego muszę mieć zdecydowanie więcej zapału i siły, przy czym leży kusząco, bo na widoku i niemal do mnie mówi: nooo, obejrzyj mnie wreszcie, rusz się. Ruszę się, ale za trochę. Ostatnio jednak przede wszystkim czytam. Czytam absolutnie różnie – bez żadnego klucza i bez logiki, czytam to, na co mam aktualnie ochotę. Od razu przyznaję, że ten wpis powstaje, między innymi, po to, żebym mogła wrzucić cytaty (będą kursywą, żebyście mogli omijać). Postaram się też pisać w miarę zwięźle, bo to nie rozbudowane recenzje, tylko raczej wpis z serii: nie zapomnij, co przeczytałaś.

Ale, ale, nie byłabym sobą, gdybym nie zaczęła od dygresji. Nie poznałam Narnii jako dziecko, Tolkiena zresztą też nie, ale dzisiaj będzie o Narnii. Książki C.S. Lewisa były mi obce do momentu, kiedy zaczęły się dyskusje o ekranizacji. Wypadało przeczytać, więc przeczytałam. Cóż, nie zachwyciło mnie. Sympatią darzę część pierwszą, dwie kolejne i ostatnia jako tako mi podchodzą, ale reszta – wcale, wyparłam, przy czym wiem, że dla większości, w tym dla mojej przyjaciółki, najfajniejsze są te z puli przeze mnie odrzuconej. Filmy nie są nadzwyczajne, ale miło się je ogląda, szczególnie Księcia Kaspiana i to nie tylko dlatego, że Ben Barnes taki piękny, och taki piękny. Dzisiaj trafiłam w telewizji na część pierwszą, toteż natychmiast dooglądałam, ponownie, dwie następne. Bawię się na nich całkiem nieźle, ale oglądam z zapałem dla Bena Barnesa i kropka.

Wracając jednak do wątku zasadniczego – czytam. Zacznę od Troje (Sarah Lotz). Więcej możecie przeczytać na blogu Rusty, która jest dobrym człowiekiem i przysłała mi książkę pocztą polską. Kusiła mnie i kusiła (książka nie Rusty), ale jakoś nie mogłam się do niej zabrać. Nawet zaczęłam, niemal od razu po odebraniu przesyłki, ale jakoś odłożyłam. Chyba wiedziałam po prostu, co będzie. A co było? Otworzyłam pierwszą stronę i nagle, dłuższą chwilę później, zostało mi zaledwie kilka kartek. Nie wszystkie wątki podobały mi się jednakowo. Chwilami było nużąco, ale pchała mnie chęć poznania losów lubianych bohaterów. Miły przerywnik na letni wieczór, szczególnie, kiedy za oknem szaleje burza, taka bardzo letnia. Mogłabym przymknąć oko na dłużyzny, ale nie mogę darować autorce końcówki. Wiem, że to naiwne, ale wychodzę z założenia, że jeżeli człowiek czyta, co jak wiadomo jest w przyrodzie zjawiskiem rzadkim, to ma gdzieś, nawet głęboko ukrytą, odrobinę inteligencji. Po cholerę więc tłumaczyć czytelnikowi wszystko? Wolałabym tę opowieść bez dopowiedzenia, z chociaż kilkoma interpretacjami do wyboru, a nie z wyjaśnieniem podanym na tacy. Nie można mieć wszystkiego, podobno. Gdybyście się decydowali na lekturę, spróbujcie darować sobie epilog, zostanie wam więcej wrażeń.

Tu będzie wtręt (jak wiadomo lubię dygresje) – z góry przepraszam urażonych, ale nie będę pisać ‘wam’ i pozostałych zaimków wielką literą, gdyż wydaje mi się to nienaturalne i moim zamiarem nie jest urażenie zagubionych wędrowców, którzy trafią na blożka.

W ostatnim czasie sięgnęłam także po Stażystkę. Mój romans z prezydentem Kennedym i jego skutki. Nie jest to szalenie dobra książka, a jeżeli ktoś oczekuje fajerwerków, może się rozczarować. Mnie chyba największą przyjemność sprawiał fakt, że nie jest to książka oceniająca. Autorka nie oskarża JFK o gwałt, wykorzystanie pozycji, ale nie wybiela go na siłę. Opisuje suche fakty. Kennedy bywał miłym człowiekiem, ale bywał też strasznym bucem. Prosta opowieść o pewnej dziewiętnastolatce, która trafiła do sypialni przywódcy mocarstwa. Urzekające w tej opowieści jest to, że Stażysta to książka optymistyczna. Nie znaczy to, że w życiu autorki brakowało sytuacji złych, mrocznych, trudnych, nie unika opowieści o terapii czy problemach, ale – tak, wiem, fuckin’ Pollyanna, największy nacisk kładzie na to, jakie wyciągnęła wnioski z własnego życia, i to wnioski, które doprowadziły ją do szczęścia. Jakby tandetnie nie brzmiało, w kontekście książki sprawdza się znakomicie.

Nareszcie udało mi się też skończyć Tę kobietę. Wallis Simpson (Anne Sebba). Kusiła mnie szczególnie po lekturze Tajemnic Windsorów (Marek Rybarczyk). Ciekawiło mnie, co autorka ma do powiedzenia o kobiecie, o której mawiano, że zachwiała brytyjską monarchią. Książka nie jest rewelacyjna, ale dość dobrze napisana. Wyłania się z niej obraz kobiety, która zawsze miała wielkie ambicje i która żyła w ciągłym lęku przed ubóstwem. Kobiety inteligentnej, ale zagubionej. Kobiety, którą targała masa sprzeczności. Kobiety, którą zamknięto w złotej klatce, z której nigdy nie miała się wydostać. Kobiety znienawidzonej. Kobiety, która wcale nie chciała zostać Tą Kobietą. Kobiety, która wywarła duży wpływ na losy Anglii. Kobiety, którą oskarżano o sympatyzowanie z nazistami. Kobiety, która wspierała żołnierzy walczących w II wojnie światowej. Kobiety, którą wspomina się tylko w kontekście ekstrawagancji wizerunku i abdykacji pewnego króla, zapominając o jej pracy charytatywnej i zaangażowaniu w wiele dziedzin życia. Nie twierdzę, że to lektura obowiązkowa, ale dla sympatyków brytyjskiej monarchii i biografii – warto.

Przeczytałam też Księżyc nad Soho (Ben Aaronovitch). Równie fajne jak część pierwsza. Bohater sympatyczny – trochę sierota, szczególnie w kontaktach z kobietami, ale da się lubić bez żadnego problemu. Nie będę się rozwodzić nad akcją, bo szkoda zabawy przy czytaniu. Nie jest to literatura wyszukana, ale jakże urzekająca!

Doll-Baby (Laura Lane McNeal) – książka, od której nie mogłam się oderwać. Postaci są świetnie naszkicowane. Każda, nawet drugoplanowa czy epizodyczna, jest bardzo wyrazista i stanowi istotny element całości. I to jest chyba najciekawsze – wszystko ma znaczenie, jedno słowo bądź drobiazg pasuje jak ulał do historii. Bardzo mnie cieszy, że autorka pracuje nad kolejną książką, sięgnę po nią z przyjemnością, ale i wysokimi oczekiwaniami. Jeżeli lubicie książki, w których jest wątek rodzinnej tajemnicy, niemal czuć smak potraw i upał, rozchwianie emocjonalne okazuje się stanem zupełnie normalnym, a jedną z większych rozrywek jest uczenie się trudnych słówek z codziennej gazety, to Doll-Baby jest zdecydowanie dla was.

W ręce wpadła mi także książka Kobieta epoki wiktoriańskiej. Tożsamość. Ciało i medykalizacja (Agnieszka Gromkowska-Melosik). Warto. Naprawdę warto. Z opowieści rodzinnych wynika, że kobiety w mojej rodzinie radziły sobie nieźle – władały językami obcymi, bo po prostu używano ich na terenie, gdzie mieszkały, pracowały, kupowały ziemię, były samodzielne. Fajne były po prostu, wredne też, złośliwe często, ale fajne. Niestety nie wszystkie kobiety miały tak lekko. Jeżeli ktoś mi kiedyś powie, że kobietom kiedyś było łatwiej albo teraz jest wybitne trudno, to odeślę do tej książki. Pomaga nabrać dystansu do obecnej rzeczywistości i pozwala zachwycić się tym, jak fajnie, że czasy, w których przyszło nam żyć, to czasy obecne.

Pod rozwagę podrzucam trzy zbiory reportaży. My, właściciele Teksasu. Reportaże z PRL-u (Małgorzata Szejnert). Nie wszystkie jednakowo fantastyczne, ale naprawdę warto. Piękny reportaż o stołówce pracowniczej, ciekawy o wybieraniu rodziców dla dzieci do adopcji i niesamowity o spadkobiercach ziemi w Teksasie, a w bonusie choćby taki cytat (zapisy z kroniki pewnej miejscowości):

– Znowu było we wsi mordobicie i są powybijane zęby.

– W tym roku na chrzcie dawano imiona: Beata, Małgosia, Mariola, Bożena, Danuta, Jerzy, Waldemar, Andrzej, Wiesław.

– Psy we wsi wabią się: Rex, Aza, Mops, Lux, Pikuś, Nero, Bobek, Basior, Kruszyna, Rolf.

Drugi reportaż to Polskie morderczynie (Katarzyna Bonda). Niesamowita książka, z której wynika, między innymi, to, co po przeczytaniu wydaje się takie typowe, a właściwie rzadko się nad tym zastanawiamy. Kiedy mężczyzna idzie do więzienia, oprócz osobistej tragedii rodziny i przyjaciół, społeczeństwo kwituje to krótkim: poszedł siedzieć. Ba, bywa, że to nobilituje. Prawdziwy mężczyzna, nic go nie złamie (powiedzmy). Kiedy kobieta idzie do więzienia, społeczeństwo od razu robi z niej wybryk natury – wyrodna matka, zła kobieta i diabli wiedzą co jeszcze. Kobiety rzadko zabijają w sposób planowany, zazwyczaj działają w afekcie, zabijając tym, co im wpadnie w ręce – nożem kuchennym, butelką, kieliszkiem. Narzędzia kuchenne w rękach zdesperowanej kobiety to naprawdę niebezpieczna broń. Większość osadzonych zabijała swoich partnerów, just sayin’. W bonusie znowu cytat (fragment wywiadu ze Starowiczem):

Wyobraźmy sobie, że w Polsce jest likwidowany kodeks karny i nie ma żadnej odpowiedzialności za czyny. Wtedy na pewno wzrosłaby skala przestępstw tego typu. Wiele osób grozi, ja cię zabiję, ja się zabiję…. Co je powstrzymuje? Wiara i lęk przed odpowiedzialnością, nie chce się siedzieć w więzieniu. Gdyby nie było tego typu hamulców, sądzę, że znacznie wzrósłby wskaźnik zabójstw.

– Czyli hipotetycznie jest to możliwe?

– Tak, każdy z nas może być zabójcą.

Trzeci reportaż to Badania terenowe nad polskim seksem (Jakub Janiszewski). Tytuł właściwie mówi wszystko. Można jako ciekawostkę, żeby zobaczyć, jak kwitnie w Polsce porno biznes, jak Polacy szukają prostytutek, według jakich kryteriów je oceniają, jakie są stawki i co lubią, a czego nie lubią Polacy. Chwilami zaskakujące. Ot, ciekawostka.

Lubię książki Badera. Najbardziej lubię w nich rozmowy, nieco nużą mnie rozważania autora na własny temat. Przeczytałam wreszcie Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak. Ominęła mnie cała medialna burza związana z plagiatem, zapożyczeniami, jak zwał tak zwał. Historia wydawała mi się, w założeniu, dość zajmująca, wydarzeniami na Broad Peak żyły niemal wszystkie media w Polsce. Cóż, nie podobało mi się. Książka mnie irytowała – odebrałam ją jako maszynkę do zrobienia kasy, sposób, żeby autor mógł zarobić kasę na wyprawę na wysoki koniec świata. Albo Badera przerosło ego, albo coś się w nim wypaliło, albo po prostu potrzebował sławy (cholera wie po co). Wiadomo, że większość przeczyta, ale ja pozostaję z uczuciem sporego niedosytu.

Z książek o miejscach dalekich polecam za to Terra nullius. Podróż przez ziemię niczyją (Sven Lindqvist). Niesamowita rzecz. Wiadomo – inny świat, daleki świat, mało znany większości świat. Warto przede wszystkim dlatego, że trudno uwierzyć, iż w czasie, kiedy u nas budował się PKiN na drugim końcu globu sporą grupę ludzi, ludzi, którzy żyli na tych terenach na długo przed tym, kiedy pewne mocarstwo wymyśliło, że to idealne miejsce na kolonię karną, traktowano jak zwierzęta. Można było na nich polować, uznawano za przedmiot – przedmiot pozbawiony ludzkich uczuć. Moja chęć podróży do Australii, mimo niechęci do długiego lotu, wzrosła znacząco.

Jako bonus dla ciekawych eksperymentalnego podejścia do relacji międzyludzkich, podrzucam tytuł Chemia między nami (Larry Young). Po lekturze norniki trafiły, obok wombatów i jeży pigmejskich, na listę moich ulubionych zwierzątek. A dla tych, którzy lubią książki historyczne oscylujące w okolicy ludzkiego ciała – Boskie przyrodzenie. Historia penisa (Tom Hickman). Znowu tytuł mówi wszystko, ciekawostka, do polecenia.

Na deser zostawiłam książkę Rekin z parku Yoyogi (Joanna Bator). Nie jest to do końca to, co obiecuje opis na okładce. Masa ciekawostek o życiu w Japonii, o sposobie spędzania czasu, o rzeczach, które mogą nas dziwić – rozstawione wszędzie automaty, w których można kupić dosłownie wszystko, święto stalowego penisa – z procesją jak u nas na Boże Ciało. Opowieść o ludziach, o tym, jak sobie radzą w trudnych sytuacjach – trzęsienie ziemi, tsunami i awaria elektrowni jądrowej – z perspektywy osoby, która wtedy przebywała w Japonii, nabiera nowego wymiaru. Nie jest to książka nadzwyczajna, chwilami nawet nudna, ale ma jeden piękny cytat i to właściwie dla niego powstała ta notka:

Piszę, bo myślę o mężczyznach. Tych naszych: rodzinnych, domowych, znajomych. Pogubionych wobec nowych wyzwań, nieradzących sobie z zacieraniem się kobiecych i męskich ról, czasem nieporadnych i śmiesznych, niekiedy irytujących. Myślę o mężczyznach, którzy przeżyli życie w przeświadczeniu, że to kobiety gotują i piorą, a gdy nagle kobiecych rąk zabraknie, patrzą na guziki pralki automatycznej z takim napięciem, jakby mieli rozszczepić atom, a nie uprać sobie majtki. O wiecznych chłopcach z ich gadżetami, górskimi wyprawami i chłopięcą abulią, którzy ku naszej zgryzocie powtarzają mantrę „nie wiem, nie umiem, boję się”. O nafaszerowanych hormonami wzrostu liniejących lwach salonowych, którym już nic nie urośnie, i bardziej przaśnych emerytach warszawskich, którzy przy pierwszym słoneczku zrzucają koszule, spodnie i w samych gatkach mkną na swoich składakach ścieżką do Powsina. I mimo iż wiozą na rowerze spory ciężar lat i włochatego brzucha, mają niekiedy dość animuszu, by wołać za mną biegnącą: „Tempo, tempo!”. Myślę o tych wszystkich mężczyznach, do których skierowane są oferty „Canadian Viagra 89% taniej” albo „Powiększ sobie i zobacz pożądanie w jej oczach”, jakie znajduję w spamie. Niedoskonali jak my, kobiety. Też pragnący się z nami jakoś porozumieć. Obawiający się zębatych wagin wymagających silnych kobiet, które chcą orgazmów i czułości, siły i delikatności. Lubię ich.

ps. Przeczytałam też książkę Michała Cholewy – Gambit, ale o niej napiszę więcej, kiedy doczytam pozostałe dwie. Mogę tylko rzec, że warto.

Advertisements