Czy jest na sali Doktor?

by oscetc

Jestem jedną z tych, podobno nielicznych obecnie, osób, które lubią Moffata. Jak dało się już zauważyć, lubię Doktora Who. Nie mam obsesji, nie umieram bez Doktora, ale mogę się uważać za fana. Nigdy nie ukrywałam, że moim ukochanym Doktorem był Tennant i to on pierwszy przychodzi mi na myśl, kiedy słyszę gdziekolwiek określenie ‘doktor’ (czyżby jednak obsesja? Tak w przychodni myśleć o Tennancie?). Smith też jest wysoko na liście moich ulubieńców, a od listopada również Hurt (w sensie Hurt od dawien dawna, ale Hurt jako Doktor). Najmniej ciepłych uczuć budzi we mnie Eccleston. Byłam ciekawa Capaldiego – właściwie go przedtem nie znałam i liczyłam, że czymś mnie zaskoczy.

Capaldi miał niezłe wejście – nerki nie dają o sobie zapomnieć, żyjąc własnym życiem gdzieś w otchłani internetów. Wyczekiwałam pierwszego odcinka nowego sezonu nawet nie z niecierpliwością, bo jest mi dość obca, ale z zaciekawieniem na pewno. I jakby to powiedziała królowa Wiktoria – we are not amused, zdecydowanie. Pomijając beznadziejnego dinozaura – nie mam nic do dinozaurów, T-rexy są przeurocze, ale po co dinozaur? Niepotrzebny gadżet. Po co rozmowy scenarzysty z fandomem? Po co Moffat robi wszystkim dobrze? Chyba lepiej by było gdyby pisał sensowne, wciągające odcinki zamiast mrugać okien do fanów na zasadzie: hej! Doktor jest nowy, ale jest fajnie, tak? Lubię multiplanetarne trio z dawnego Londynu, ale – na litość Zeusa – ile można? Fajnie było, kiedy pojawiali się raz na jakiś czas, ale nie ciągle. Nawet nawiązanie do całkiem sympatycznego odcinka niewiele dało. Capaldi był fajny, naprawdę, przestawiłam się na nowego Doktora bez problemów, ale poza tym poczułam się zawiedziona.

Nadszedł jednak drugi odcinek, dałam mu szansę. I znowu to nie było to. Do rzeczy najważniejszych, których było za dużo albo może za mało w obu odcinkach dojdę później. Z rzeczy mniej istotnych – było dość nudno, choć działo się dużo – nowa postać, możliwy nowy ukochany i oczywiście nawiązania między życiem codziennym Clary a tym, co się dzieje w czasie podróży Tardis. Znowu Dalek, znowu Dalek, który odstaje od typowego przedstawiciela gatunku, znowu. Wielkie nadzieje wiążę z kolejnym odcinkiem, Robin Hood wygląda dość sympatycznie, oby to był odcinek na miarę zabawnych epizodów, do których jestem przyzwyczajona. Nie lubię rozczarowań tak jak nie lubię pogrzebów. Nie chciałabym, żeby Moffat pogrzebał we mnie sympatię do Doktora.

Na odtrutkę włączyłam odcinek specjalny na pięćdziesięciolecie. Po raz kolejny, nie wiem już który. Bawiłam się świetnie, jak zawsze. Zagrało wszystko. Trzech Doktorów – niesamowitych, tak różnych, a tak identycznych. Było zabawnie, było ciekawie, działo się dużo, ale nie za dużo. Świetny pomysł, który sprawił, że nie nudzę się ani przez moment i jak totalny kretyn za każdym razem czekam, co będzie dalej, a przecież doskonale wiem, co będzie dalej. Jeżeli to nie jest idealny wyznacznik czegoś dobrego, to nie wiem, co nim jest. A poza tym! Uwaga! Najpierw plusy dodatnie: był Tennant! Tak, wiem, że to by mi mogło wystarczyć, ale o dziwo było więcej! Ale wiecie, był Tennant! Był Hurt – jakże cudny Hurt, złośliwy, ironiczny, cudny. Doktor, który przeżywa to, że przeżywa kryzys wieku średniego kupił mnie całkowicie. Hurt wskoczył wysoko na listę moich ukochanych Doktorów. Był Smith z tą swoją uroczą nieporadnością, która ratowała świat tyle razy. Z plusów nieco ujemnych, no man is an island i Doktor też nie. Były dwie najmniej lubiane przeze mnie towarzyszki. Wybacz fandomie, ale nie znoszę Rose wprost organicznie, irytuje mnie za każdym razem, tutaj nieco mniej, bo idealnie wpasowała się w moją wizję tego, że jest tylko wizją i zniknie. No i jest Clara, Clara, która mnie irytuje nijakością i – tak na marginesie – niesamowicie mnie wkurza wrzucanie Clarze cech wrednej baby, tak nagle, właściwie znienacka. Byłam słodką owieczką, a tu bonus – mam w sobie sporo z wilka. I mean – heeeeloooo? Dorzucać nijakiej postaci charakter, kiedy postać zmierza ku końcowi podróży w Tardis? Po co? Chyba tylko po to, żeby wszyscy mieli co wspominać. Dziewczyna od sufletów w ciele Daleka to było coś, ale potem było tylko gorzej.

Jako że miałam powiedzieć, jaka jest najważniejsza rzecz, która mi nie gra w obecnym sezonie. Ja wiem, że obecny Doktor nie jest w moim wieku, ba, nie jest ode mnie starszy o te dziesięć lat, a jestem w wieku, który dwudziestolatkom wydaje się prawie starczy. Ja wiem, że gros fanów zastanawiało się, czy Doktor nazywa się John Hurt, kiedy się pierwszym razem pojawił – wiem, ale nie rozumiem, z wiekiem jak widać nie mądrzeję. Ja wiem, że poprzedni Doktor i jeszcze poprzedni (wiecie Tennant!) byli uroczymi flirciarzami. Wszystko wiem, ale na bogów i wszelkie siły natury – ile można fanom tłumaczyć, że Doktor jest jeden, tylko zmienia mu się fizjonomia? Wiem, że to dziwne, ale wydawało mi się, iż jeśli ktoś ogląda ten serial, to wie, że ma już ponad pięćdziesiąt lat i Doktorów było kilku, i jakoś to nie sprawiało fanom większych problemów. Matko i córko, i wszyscy anieli – ile można? Doktor miota się z problemami nowego ciała już drugi odcinek i nie może się wyplątać. A wiecie, co jest najsmutniejsze? Że przecież to już raz zagrało! W sensie w czasach obecnych. Scenarzyści pięknie wytłumaczyli widzom w listopadzie to, że Doktor jest jeden, tylko w wielu wcieleniach – w sensie co jakiś czas wygląda inaczej. Pomijając ostatnią scenę odcinka na pięćdziesięciolecie, kiedy wszyscy Doktorzy stoją razem, w tym właśnie odcinku pada zdanie, które dla mnie podsumowuje istotę postaci – same software, different face. Po co było dodawać coś więcej?

A tak na podsumowanie tej bełkotaniny – aż żal, że round things są pod opieką kustosza, który nigdy nie zapomina twarzy, chętnie by, je znowu zobaczyła w Tardis. I wiecie co? Moffat nawala, w moim odczuciu, na całej linii, ale nadzieja i miłość umierają ostatnie, podobno. Mimo wszystkich wad obu odcinków, staram się zdusić w sobie małego krytyka, bo i tak najważniejsze jest to, że będzie coś dalej – dla czystego fanowskiego funu. Więc Geronimo! Allons-y!

ps.1. Gdybyście chcieli poczytać coś mniej bełkotliwego, możecie to zrobić tutaj, tutaj, tutaj, tutaj.

ps. 2. Zauważyliście, że nie ma dygresji? Ciekawe.

Advertisements