Wyzwanie – na opak.

by oscetc

Zawsze wydawało mi się, że dużo czytam i dużo oglądam. Kiedy pojawiło się wyzwanie retellingowe, usiadłam cała zadowolona z siebie i zaczęłam myśleć, o czym by tu. I co? I pustka. Matko kochana, córko jedyna i wszyscy aniołowie. Jak to się stało? Przejrzałam ambitne dyskusje u mądrych ludzi i się okazało, że prawie niczego nie czytałam i prawie niczego nie oglądałam. Naprawdę.

Zaczęłam czytać dość wcześnie, jako, według podań rodzinnych, czterolatka. I wiecie co? Nie została ze mną żadna baśń, żadna bajka, nic, ciemność widzę, ciemność. Pałęta się gdzieś głęboko wspomnienie Baśni Andersena. Wspomnienie to chyba za dużo powiedziane – nie są mi zupełnie obce, ale nie czuję z nimi w żaden sposób zaprzyjaźniona. Pamiętam, że nie znosiłam Dziewczynki z zapałkami. W ogóle nie pamiętam historii, tylko przenikliwe zimno i zapałki. I jak zapałki szczerze lubię, z wielu powodów, to zimna wcale. Było coś jeszcze o łabędziach i słowiku. Nie wiem, czy z pistoletem przystawionym do czoła przypomnę sobie cokolwiek więcej. Gdzieś tam pałętają się we mnie też Baśnie Braci Grimm. Gdzieś oznacza głęboko i w zapomnieniu. Wiem, że istnieją, rozpoznaję schematy, ale żebym pamiętała całość? Nie ma takiej opcji. Pamiętam, że dostałam na któreś święta Bajki Disneya, i pamiętam, że – co okazało się dla mnie dość typowe – przeczytałam je od razu, żeby uniknąć siedzenia z większą ówcześnie częścią rodziny przy stole. Nie byłam typowym dzieckiem.

Chyba w ogóle nie jestem typowa. Nie mogę być. Jedna babcia rozmawiała ze mną o różnych rzeczach, ale bajki nie wchodziły w rachubę. Dziadek grał ze mną w piłkę, ale nie był skory do opowiadania bajek. Babcia z drugiej strony, po mieczu, opowiadała mi lokalne legendy – obfitowały w wiedźmy i objawienia religijne (chyba dla równowagi w przyrodzie) – a przede wszystkim historie rodzinne. Jestem do dzisiaj jedyną osobą w rodzinie, która potrafi wymienić przodków kilka pokoleń wstecz i z zapałem spędza długie godziny na ustalaniu, kto był mamusią przodka z Danii. Babcia nie opowiadała mi bajek. Dziadek celuje w opowieściach okołowojennych, z czasów dość wczesnej młodości. Bajek mi nie opowiadano, bajek mi nie kupowano, bajek mi nie dawano. Kiedy moi koledzy z pierwszej szkolnej ławy pieczołowicie uczyli się stawiać literkę „a”, męczyłam się z rysowaniem ślimaków w zeszycie ćwiczeń (nigdy nie byłam uzdolniona plastycznie) i czytałam Doktora Dolittle. Ominęła mnie faza bajek, tak zupełnie. Czytałam wiersze Chotomskiej, ale otrząsało mnie na Konopnicką – wyparłam w całości, pamiętam za to rozczarowanie, bo wszyscy mówili, że będzie fajne, a ja się tak strasznie nudziłam.

Czarnoksiężnika z krainy Oz obejrzałam już jako całkiem spora dziewczynka i to tylko dlatego, że wspomniano o nim w którejś książce – spodobało mi się, ale nie trafiłam na książkę. Nie było wtedy internetów i chyba nikt mnie nie uświadomił. Obawiam się, że teraz mogę być na nią nieco za stara, ale nigdy mnie to przed niczym nie powstrzymało, więc są szanse, że nadrobię. Obejrzałam dużo produkcji Disneya i to zdaje się ratuje mój honor – rozpoznaję podstawowe bajki, więc nie jest aż tak fatalnie!

Wyzwanie mnie początkowo dobiło, bo przecież o bajkach najłatwiej napisać. Podobno. U mnie pustka totalna, co widać po wyzewnętrznianiu się powyżej. Mogłabym coś napisać o Braciach Grimm, bo lubię ten film, mimo że gra w nim Heath Ledger, którego nie lubię. Mogłabym napisać o Shreku, bo Shreka lubię nawet bardzo. Wydaje mi się jednak, że bez sensu pisać o innym opowiadaniu czegoś, kiedy to coś jest mi prawie obce. (Pisząc ten wpis, a nawet myśląc o nim, poczułam się ciut wybrakowana emocjonalnie, odkryłam, że nie miałam klasycznego dzieciństwa książkowego – to straszne).

Spojrzałam prawdzie w oczy – lustro wzdrygnęło się zaledwie odrobinę (dobrze, że nie pękło, bo nieszczęście gotowe, a że nigdy nie kłamie, powiedziało: kobieto, pomyśl, coś przeczytała i co za tobą łazi. I wiecie co? Jest takie coś. Książki Jane Austen. Od razu się przyznam, że część tego, co poniżej, będzie zupełnie nowa, ale część będzie bazowała na dawno napisanej recenzji pewnej książki.

Tak się jakoś złożyło, że sporo czasu temu, kiedy byłam jeszcze młoda i dużo mniej sfrustrowana, sięgnęłam po książki Jane Austen. Najpierw skupiłam się na Dumie i uprzedzeniu, bo od niej zazwyczaj się zaczyna, Perswazje pokochałam dużo później. Najbardziej podobał (i podoba do dziś) mi się sposób kreślenia postaci. Sarkastyczny, a często ocierający się wręcz o arogancję ojciec rodziny Bennetów, głupia i próżna matka, a na dodatek pięć córek. Rozpieszczona Lidia, bezbarwna Kitty, świętoszkowata Mary, dobra Jane i najciekawsza – pełna życia, chłonna wrażeń i inteligentna Lizzy. Na drugim planie przystojni młodzieńcy – dobroduszny Bingley, dumny Darcy i łajdak Wickham, w tle zaś arystokracja, która nie zniża się do spotkań z wiejską szlachtą i nieco zacofani mieszkańcy Hertfordshire. Miłosne perypetie, nieporozumienia, wyjaśnienia, kłamstwa, cięte riposty, błyskotliwe dialogi, tragedie i dramaty. Czytam sporo rzeczy, które w opisie powołują się na Austen. Tak, niestety, nieobce są mi romansidła w stylu kontynuacja każdej książki, wiecie, dalsze losy Darcy’ego i Lizzy. Najciekawsza była taka jedna o Mary (tytułu nie pomnę), która pokazała charakter, uwodząc pewnego Szkota. Stwierdziłam, że zmierzę się z książką Duma i uprzedzenie i zombie autorstwa Jane Austen i Setha Grahame’a-Smitha. Długo zastanawiałam się, czy ją przeczytać. Fabułę powieści wzbogacono o opisy walki z zombie. Wielka Brytania została bowiem dotknięta zarazą, nieumarli krążą po polach, lasach, atakując nieuważnych podróżnych. Londyn udało się ocalić. Akcja toczy się wokół perypetii panien Bennet. Oprócz cech nadanych im pierwotnie przez Jane Austen, współcześnie dodano im wybitne umiejętności walki z żywymi trupami. Panny Bennet, znakomicie wyszkolone w Chinach, w czasie ataku tworzą Pentagram Śmierci i sieką wrogów, obcinając im spektakularnie głowy i kończyny. Mężczyźni, którzy biegle władają bronią zyskują na wartości (giełda kawalerów trwa bowiem nieprzerwanie), szczególnie wobec poglądu arystokracji, głoszącego, że kobiety nie powinny władać bronią, albowiem to nieeleganckie. Wyjątkiem jest Lady Katarzyna de Bourgh, która wsławiła się walką z nieumartymi, jednak, jak na jedną z najbardziej wpływowych i najbogatszych kobiet przystało, uznaje, że szkolenie należy odbyć w snobistycznej Japonii, a Chiny są passe. Na scenie pojawiają się również pozostali bohaterowie. Darcy to jedna z najsłynniejszych szabel w Królestwie. Bingley sięga po broń jedynie w ostateczności, jest w końcu zbyt dobroduszny. Wickham zdecydowanie bardziej woli potyczki z kobietami – podbija tak serca, jak i alkowy młodych panien w okolicy. Fabularnie zaserwowano oryginalne perypetie miłosne, pełne nieporozumień i tajemnic, wzbogacone o liczne opisy walki z podgniłymi ożywieńcami.

Niestety nie wyszło to powieści na dobre. Duma i uprzedzenie i zombie sprawdza się jako powieść tylko wtedy, kiedy czytamy tekst napisany przez Austen. Wtedy powieść żyje, nabiera barw, rozwija się i mknie, aż do momentu, kiedy na scenie pojawiają się zombie. Wtedy wszystko wyraźnie zwalnia, a czytelnik zaczyna brnąć w opisy wyłysiałych nieumarłych, w różnym stanie rozkładu – bardziej lub mniej sinych, którym trzeba zgrabnie odrąbać rękę czy nogę, przebić klatkę piersiową, a na koniec odciąć głowę. To, co miało w powieści intrygować, przeszkadza. Zmiana skutkuje zgrzytaniem zębów, rwaniem włosów z czytelniczej głowy i marzeniem, by zapolować na Setha Grahame’a-Smitha. Wydawca podjął również próbę ubrania powieści w ilustracje. Niestety grafikowi bliżej chyba do ulicznego malarstwa z nadmorskich bulwarów niż do absolwenta Akademii Sztuk Pięknych. Najbardziej wdzięczna jestem współczesnemu współautorowi, że nie zepsuł humoru i nie uwspółcześniał dialogów. Była nawet jednak rzecz, która mnie rozbawiła. Przez jakiś czas usiłowałam dociec, czym jest tak lubiana przez panny Bennet gra w jelonka. Jedna z ilustracji odpowiedziała na moje pytanie. Jesteście ciekawi? Otóż „zasady gry były proste: należało się zakraść za jednego z ogromnych jeleni pasących się w pobliskim lesie, powalić go na ziemię i pocałować w nos, a następnie puścić wolno”. Jestem wdzięczna wydawcy, że Pemberley niemal pozostało Pemberley, że bohaterowie łączą się w pary tak jak w oryginalnej wersji i że zmieniono losy jedynie dwóch postaci. Mogę z czystym sumieniem napisać, że książka jako eksperyment jest owszem ciekawa, ale jej lektura to sztuka na raz i nie zamierzam do niej wracać. Wolę po raz kolejny wyciągnąć z półki Dumę i uprzedzenie niż ponownie przedzierać się przez hordy żywych trupów.

Dużo ciekawszą książką jest Death Comes to Pemberley. Cóż za pyszny pomysł, żeby dopisać dalsze losy Darcy’ego i całej bandy, dodając do nich kryminał. Czy może być coś fajniejszego? Wszyscy we dworze czekają na bal. Humory domowników psuje jedynie to, że na fetę wybiera się także (ciągle) nieznośna Lydia i jej łotrzykowaty małżonek Wickham. Wszystko można podobno przetrwać, najazd nielubianej rodziny też. Niestety okazuje się, że towarzysz szwagra Darcy’ego został zastrzelony i intryga się rozpędza. Jednak, jako że Death Comes to Pemberley, to nie retelling, ale po prostu trzeba o niej wspomnieć, to wspomniałam i mogę zakończyć, odsyłając zainteresowanych do książki tudzież całkiem przyzwoitego serialu BBC.

A skoro mowa o telewizji, mogę w miarę płynnie przejść do filmów. Wspomnę jeszcze tylko, że odniosłam się do książek Austen we wpisie o Bridget Jones. Można poczytać tutaj, gdyby ktoś żywił chęć i ochotę. A teraz wracam do filmów. Będzie o dwóch. Będą spoilery. Poniżej. Pierwszy to uroczo przaśny i kiczowaty Austenland. Lubię kicz, więc bawi mnie a nie zniesmacza, chociaż znam takich, których męczy niemożebnie.

Trzydziestoparoletnia Jane żyje w świecie ułudy. Trudno jej się dziwić, w końcu kocha się w Colinie Firthie grającym Darcy’ego w jednym z najbardziej lubianych przeze mnie seriali BBC. Pokój wyklejony zdjęciami, drobiazgami, angielskie serwisy do herbaty, wysoko ponad seksem stawia oglądanie, po raz kolejny i kolejny, i kolejny, ulubionego serialu. Czego może pragnąć Amerykanka z obsesją na punkcie Darcy’ego? Anglika za męża. A jak można połączyć przyjemne z pożytecznym? Wystarczy wydać oszczędności życia i udać się do Anglii, żeby przeżyć przygodę życia w świecie Jane Austen. Ej, pojechałabym, żeby to chociaż zobaczyć na własne oczy. Uczestnicy zostają przebrani w stroje z epoki, obdarzeni odpowiednimi nazwiskami i odtwarzają wszystkie zachowania żywcem z książek Austen – gierki, flirty, tańce, polowania, prace ręczne i bal. Dobrze, że chociaż łazienki są współczesne, bo są szanse, że nawet ci najbardziej zdesperowani uciekliby w te pędy z Austenland, gdyby mieli korzystać z wygódek rodem z epoki.

Jane nie należy do najbogatszych tego świata, w przeciwieństwie do pani ‘Elizabeth Charming’, toteż traktowana jest jak gorsza, uboga, daleka krewna – kopciuszek jako żywo. Czym byłoby jednak Austenland bez gentlemanów? Najciekawszy jest bez wątpienia pan Nobley i to nie tylko dlatego, że bardzo lubię J.J. Feilda. Oczywiście Jane nie przypada do gustu, oczywiście zaliczają scenę żywcem z Dumy i uprzedzenia, oczywiście znajduje pocieszenie w osobie uroczego zawadiaki – Martina. Wcielenie Wickhama jako żywo. Martin jest zafascynowany uroczą Jane, co wzbudza zazdrość Nobleya (ofkors). Oczywiście jest scena ratowania niewiasty w deszczu (takie tam nawiązanie do Rozważnej i romantycznej, bo czemu by nie, tyle, że tym razem ramiona otwiera ten właściwy). Oczywiście pojawia się kolejny mężczyzna urzeczony Jane, więc tym razem zazdrośników jest dwóch. Dobrze, że Jane Austen nie pisała o Weronie, bo mogłaby z tego powstać tragedia. Potem kolejna kłótnia, kolejne intrygi, flirty, wyznania, nieporozumienia. Koniec pobytu w Austenland to koniec bajki – okazuje się, że Nobley nie był dla niej a Martin to tylko aktor. Obaj panowie gnają za Jane na lotnisko, gdzie dochodzi do bójki, a Jane wraca do domu i usuwa z niego wszystkie elementy związane z Anglią, Darcym oraz Dumą i uprzedzeniem. Smutek i żal, ale nie może się skończyć bez happy endu, w końcu to Austenland, come on. Nobley staje u drzwi, wyznaje miłość, wyjaśnia, że jest historykiem i chciał poczuć, jak żyło się w czasach Austen, kiedy miłość była prosta. Finał jest maksymalnie kiczowaty, ale ma swój urok.

I na deser coś, na co trafiłam zupełnym przypadkiem. Scents and Sensibility. I nie, nie zrobiłam literówki. Film, co mało zaskakujące, o siostrach Dashwood. Są co prawda trzy, ale bohaterkami, co również nie dziwi, dwie – Elinor i Marianne. Żyją beztrosko, mają wszystko. Marianne ma ukochanego, wszystko zmierza tylko ku dobremu. Wtem pstryk i bańka pęka. Tatuś Dashwood okazuje się oszustem finansowym, trafia do aresztu, a panny Dashwood i ich mamusia muszą nauczyć się żyć bez pieniędzy, bez ułatwień, bez niczego. Elinor zachowuje dumę, posługując się nazwiskiem, i znajduje pracę w salonie kosmetycznym, gdzie sprząta, ale jednocześnie, głowę do biznesu odziedziczyła po tatusiu, sprzedaje klientkom balsam do ciała, który wytwarza Marianne. Marianne bowiem rozwija hobby, a poza tym, udając kogoś, kim nie jest, znajduje pracę asystentki. Zainteresowanie Elinor wykazuje Edward Farris, brat właścicielki spa, w którym Elinor pracuje. Marianne tkwi w związku z Johnem Willoughbym, ale na horyzoncie pojawia się intrygujący Brandon. Okazuje się, iż szefowa Elinor, Fran, kradnie przepis na formułę balsamu i chce ją opchnąć, by uciec od długów. Kiedy sprawa się wydaje, tak Brandon (który w międzyczasie uwolnił Marianne od Willoughby’ego, który wpędził w kłopoty jakieś dziewczę), jak i Edward pomagają siostrom Dashwood. Przepis udaje się ocalić i wszystko kończy się dobrze. Brandon oświadcza się Marianne, zostaje przyjęty, jest uroczy ślub i odjazd meleksem, Fran traci wszystko i sprząta w swoim, już byłym, spa, Willoughby utyka z pewną dziedziczką, tatuś Dashwood wyczerpał możliwość apelacji, mama Dashwood i siostra Dashwood żyją na ranczo, gdzie hodują konie, a Elinor i Edward biorą rozważny ślub.

Można sobie spokojnie odpuścić Scents and Sensibility. Nic nadzwyczajnego. Ani aktorzy nie zachwycają, ani fabuła – odarto Austen z większość Austen – ani zdjęcia. Typowy telewizyjniak. Fajnie jednak, że komuś nadal się chce robić filmy, w których o Austen chociaż się wspomina. Niestety, najczęściej budzą we mnie refleksję – o matko kochana, nie róbcie tego więcej – i chęć obejrzenia porządnej ekranizacji Perswazji, porządnej nawet mimo to, iż Anna durnie biega.

Jak widać, nie powinnam brać udziału w żadnych wyzwaniach, bo się po prostu nie nadaję. Pojawiła się jednak okazja, by machnąć gigantyczną dygresję o tym, że w życiu brakuje mi bajek i o tym, jaka Austen jest fajna, nawet w niezbyt dobrych albo bardzo złych filmowych adaptacjach.

Advertisements