Krótka forma.

by oscetc

Serial to krótka forma. Mówili. Serial nie wymaga tyle czasu co film. Mówili. Spędzasz maksymalnie godzinę przed ekranem i już masz za sobą historię. Mówili. Jasne. A czego nie mówili? Serial to największy pochłaniacz czasu w historii, większy niż youtube. Krótka forma, my ass. Zgłaszam reklamację! Nikt mnie nie uprzedził, że serial to taka forma, że nie da się poprzestać na jednym odcinku. Człowiek włączy pierwszy i nagle orientuje się, że kawa wyszła, za oknem świta, a na ekranie złowieszczo błyska okiem plik z napisem: „epizod piąty”. I to jeszcze nie wszystko. Nie da się oglądać tylko jednego serialu. Wierzcie mi. Nie da się. Kiedy dopada cię widmo końca sezonu, a nowego jeszcze nie widać, zaczynasz w popłochu szukać zamiennika. Nagle okazuje się, że zamienników jest na przykład pięć, a tak trudno wybrać. I co? I orientujesz się, że oglądasz tyle seriali, że boisz się je policzyć. Wiecie, jak trudno było mi zmobilizować się do tego, żeby sprawdzić, ile seriali oglądam? Zbierałam się do tego półtora tygodnia, odkładając pisanie tego wpisu i tłumacząc wszystko tym, że przecież seriale się same nie obejrzą.

Pomijam serial Przyjaciele, bo mogłabym na ten temat napisać epopeję narodową. Kocham się w Chandlerze i mogę oglądać Przyjaciół raz za razem – ciągiem albo ulubione fragmenty i za każdym razem serial bawi mnie tak samo. Skupię się raczej na tym, co można oglądać teraz albo można było oglądać chwilę temu, albo można będzie oglądać za chwilę.

The Flash – zupełna nowinka, świeżynka, jak zwał tak zwał; z ubiegłego tygodnia. Strasznie toto głupiutkie, tak do cna, odmóżdżacz na wieczór, ale bardzo miły w odbiorze, bezproblemowy, nie trzeba się wcale wysilać, żeby ogarnąć fabułę. Przewidywalny tak, że aż boli, rozgryzienie, kto jest dobry a kto zły zajmuje tylko chwilę. Efekty są w miarę bezbolesne. Z plusów: gra w nim ładne, młode chłopię, Grant Gustin się zwie, bardzo młode chłopię (rocznik 1990). Dla fanów jest cool scena z panem z Arrow. Z minusów – bywa łzawo, bardzo łzawo, chwilę prawie padało łzami. (Miałam numerować, więc to numer jeden).

Our Zoo – krótkie, brytyjskie i o zwierzątkach. I to właściwie mogłoby wystarczyć. Wiadomo, że skoro brytyjskie, to krótkie. Zaledwie sześć odcinków. Dla kogoś, kto czytał książkę (świetną książkę, polecam całą sobą, w tym wszystkimi cebulkami włosów), dużo niespodzianek. O zwierzątkach, bo to opowieść o rodzinnym zoo – come on, co może być fajniejszego niż brytyjski serial o zwierzątkach? Angielska prowincja, ciuchy z epoki, chałupa z epoki, ludzie pełni rezerwy, bo zwierzątka latają prawie bez uwięzi, a do zwierzątek domowych zaliczają się choćby urocze misie. I są pingwiny, dużo pingwinów, które idą na spacer. I wielbłąd jest, i małpka, i masa ptactwa różnorakiego. Jak napisała Ys, Our Zoo jest jak kolejna adaptacja książki Agathy Christie o pannie Marple, ale nikogo nie zabijają – nieco niepokojące, ale przyjemne. To tylko sześć godzin waszego czasu! (To będzie numer dwa).

 

Grantchester to kolejna nowinka, poleciał zaledwie jeden odcinek. Najlepsze co Wyspy oferowały światu to herbata, whisky, Cumberbatch, McKellen, seriale policyjne i BBC. Tu macie tylko kilka punktów, ale warto. Trochę w klimacie panny Marple, trochę bardziej w klimacie Father Brown. Miły rudzielec błąka się po uroczych polach i odwiedza domostwa, wysłuchując masy historii, by rozwiązywać zagadki kryminalne. I ma u boku uroczego policjanta. Angielska prowincja, piwo, whisky, serial policyjny sumują się w przyjemne oglądanie. Czego i wam życzę. (Numer trzy).

The Affair – poleciał jeden odcinek i mam mieszane, niewstrząśnięte, uczucia. Pierwsza połowa znużyła mnie potężnie, nie ruszyły mnie żadne sceny seksu ani widok nagiego torsu Dominica Westa. I już wzdychałam, że mówili, że takie fajne, a ja się nudzę i chyba nie będę oglądać, kiedy znienacka konstrukcja fabularna się odwróciła i pierwszą połowę pokazano z innej perspektywy. No wiecie, najpierw pokazali wspomnienia Westa, a potem pokazali, jak to wszystko wygląda z punktu widzenia Ruth Wilson. Jej wersja mnie zainteresowała (i ma taki fajny prysznic), więc będę pewnie oglądała dalej, szczególnie, że mimo iż nie mam stosunku do Westa, to Wilson bardzo lubię. (Numer cztery).

The Mysteries of Laura – też nowy serial i niestety ma dość marną oglądalność, więc pewnie nie przetrwa, nawet pomimo Debry Messing i Josha Lucasa. Laura to najlepszy detektyw w wydziale, pewna siebie, wie, co robi i świetnie sobie radzi. Poza tym ciągle coś je, często coś co zostawia masę okruchów, często nad świeżym trupem. Jak można jej nie kochać? Poza tym to matka dwóch zabójczych bliźniaków – są skuteczniejsi niż wszyscy zbóje świata. Piękne dialogi. Zabawne, urocze, nieco głupiutkie, ale przyjemne w odbiorze bardzo. A na dodatek cudna postać Maxa grana przez, uwaga werble, niejakiego Maxa Jenkinsa. Obejrzałam pierwszy odcinek i ten serial ze mną zostaje na cały sezon. I kolejne, o ile go nie zdejmą. (Numer pięć).

Forever – kolejny nowy serial tego sezonu. Przystojny i uroczy pan patolog, który świetnie zna się na swojej pracy i na wszystkim innym. Nie wychodzą mu może w stu procentach relacje damsko-męskie, ale biorąc pod uwagę jego historię, można mu to wybaczyć. Byłby to kolejny serial o parze piękna pani detektyw i jej niespodziewany asystent, gdyby nie to, że główny bohater ma pewną dość istotną cechę. Jest nieśmiertelny, od jakiś dwustu lat. Ginie bardziej i mniej boleśnie, czasami znienacka, czasami świadomie i zawsze odżywa w wodzie. Przyznam, że widok nagiego Ioana Gruffuda działa na mnie sto razy bardziej niż widok nagiego Dominica Westa, ale ja bardzo lubię Gruffuda. Wszystko byłoby pięknie i byłabym więcej niż urzeczona, gdyby nie to, że w serialu jest oczywiście mega plot. Nie lubię mega plotów, zdecydowanie wolę oglądać historie zamknięte w odcinku, ewentualnie w dwóch. Ale jest Gruffud, a trzeci odcinek serii podbił moje serce. (Numer sześć).

Scorpion – ostatnia nowinka na mojej liście. Głupie toto, ale strasznie mi się podoba. I neguję pogłoski, że to tylko dlatego, że główna postać to przystojny socjopata. Owszem jestem jego wielką fanką od pierwszej chwili, no od drugiej, bo przerażony dzieciak niezbyt mnie zaintrygował. Elyes Gabel to człowiek o dziwnym imieniu, który (podobno) nie grzeszy wielką inteligencją, ale warto go zapamiętać. Był sobie chłopiec (duży chłopiec), jedna z czterech osób na świecie o najwyższym IQ, któremu kuleją kontakty społeczne. Zbiera drużynę, bo czym byłby serial bez drużyny. Znakomity matematyk i świetny szachista, to raz; spec od sprzętów wszelkiej maści, to dwa i psycholog, który analizuje wszystkie zachowania, to trzy. Chłopiec ma też znajomego ze służb specjalnych, który przybywa z prośbą o pomoc. Samoloty latają i nie działa technika, która mogłaby sprowadzić je na ziemię. Trzeba pomóc dzielnym agentom, a wsparciem posłuży kelnerka wychowująca samotnie niezwykłego syna. Głupie, dziury w scenariuszu większe niż w szwajcarskim serze, ale mam niesamowitą frajdę z oglądania. Pewnie też zdejmą po pierwszym sezonie, bo wyniki ma słabe, a aktorsko nie szaleje, ale póki co można oglądać. (Numer siedem).

Teraz będą tasiemce, czyli kolejne sezony.

Agents of SHIELDpisałam już o tym serialu, pisałam, że jest durny, ale miło się ogląda. Scenariusz nadal często leży i kwiczy, aktorzy o Oskarach mogą co najwyżej marzyć w bezsenne noce, ale takie toto fajne i miłe. Urocza rozrywka na wieczór. Nikt nie mówił, że trzeba oglądać tylko dobre seriale, prawda? Ważne, że sprawiają radochę. Mnie Shield sprawia. Nadal, kiedy mam do wyboru to i Arrow (a na Arrow trafiam często on tv), wolę Agentów, zdecydowanie. I nawet Skye jest jakaś mniej wkurzająca, może dlatego, że jest jej mniej. Plus urocze wizje i mazanie po ścianach. Jest też niestety, niestety. Niestety następny odcinek zapowiada powrót mega plotu. (Numer osiem i pierwsza guilty pleasure).

Bones – w poprzednim sezonie często łkałam, bo mega ploty w Bones mi totalnie nie leżą. Szukanie prawdy o trupach? Count me in. Mega plot – o nie. Tu co prawda początek nawiązujący do końca sezonu, ale poszło jakoś szybko i bezboleśnie. Poza tym ten sezon zaczął się z przytupem – teoretycznie wiedziałam, co będzie, ale oczywiście udało mi się zapomnieć i miałam niespodziankę. I w jakim innym serialu trupy żegna się głupią piosenką? No w jakim? Mam nadzieję, że zmierzamy do końca, bo ile można? Jestem jednak wierna ekipie i zostanę z nimi do końca. (Numer dziewięć).

Castle – miewał lepsze i gorsze sezony. Poprzedni był nawet niezły, byłam do niego przychylnie usposobiona, bo wierzyłam, że będzie ostatni. Twórcy zrobili mi jednak perfidny kawał i okazało się, że będzie kolejny sezon. Lubię Castle’a, jest uroczy, niepoprawny, ciut ciamajdowaty i ma strasznie durne pomysły, które jednak często się przydają. No i gra go Nathan Fillon, a jego się nie da nie kochać, prawda? Lubię też całą policyjną ekipę, duże miejsce w moim sercu zajmuje Ryan. Niestety po obejrzeniu pierwszego odcinka tego sezonu, jedyne, co mi pozostało, to wznieść ręce w geście rozpaczy i zakrzyknąć: dlaczego? Wzniosłam modły do wszystkich bogów świata filmowego, żeby Castle się już skończył. Jestem wierna serialom, zmęczyłam nawet ostatni sezon HIMYM, zgrzytając zębami zaledwie trochę, ale mogę nie wytrzymać. Przy czym uczciwie przyznam, że drugi odcinek był całkiem niezły, wyłączając kawałki związane z mega plotem. (Numer dziesięć).

Melissa & Joey – wiem, że wstyd i wiem, że głupie, i wiem, że kiepskie, ale jakoś mnie bawi. Jeszcze nie zaczął się nowy sezon, ale już zaznaczyłam kalendarzu datę emisji. Pani urzędnik i pan niania, plus dwoje siostrzeńców pani urzędnik w jednym domu. Dzieje się dużo, dzieje się średnio. Przez kilka sezonów zmierzaliśmy do odkrycia, że jest możliwe love story, właściwie nie my, ale bohaterowie, bo chyba każdy widz odkrył możliwość wątku romansowego mniej więcej wtedy, kiedy pan niania trafił na panią urzędnik. Będę oglądać, ale możecie sobie spokojnie darować, bo to nic nadzwyczajnego. (Numer jedenaście i druga guilty pleasure).

2 Broke Girls – tak, wiem, znowu głupiutkie, ale niezwykle mnie bawi. Zestawienie Max, która wychowała się bez ojca, w kiepskiej dzielnicy, żyjąc z dnia na dzień z Caroline – dziedziczką pozbawioną wszystkiego przez jeden skandal finansowy. A na dodatek Sophie – sąsiadka polskiego pochodzenia, która przykuwa uwagę, kiedy tylko pojawia się na ekranie. Plus wymarzony biznes babeczkowy, zmieniający się często faceci, dużo śmiechu, jedne koń, jeden kot, dwie przyjaciółki, szkoła kucharska. Jako odmóżdżacz i kopalnia osom cytatów, znakomite. (Numer dwanaście i trzecia guilty pleasure).

Hot in Cleveland – odkryte przypadkiem w telewizji. Nic nadzwyczajnego, ale ciężko się oderwać. Trzy przyjaciółki lecą do Paryża, bo jedna z nich napisała książkę o 200 rzeczach, które trzeba zrobić przed śmiercią i jedną z nich była wycieczka do Paryża w towarzystwie przyjaciółek (obvious, rajt?). Panie lecą zatem na wyprawę, kiedy zaliczają awaryjne lądowanie w Cleveland, panie z Kalifornii dodajmy. I nagle okazuje się, że Cleveland może być (nieco wybrakowanym) rajem na ziemi. Mężczyźni lecą na kobiety w swoim wieku i można jeść, a nie udawać, że się je. Jedna z przyjaciółek postanawia zostać, a pozostałe zostają razem z nią. Do towarzystwa mamy wredną starszą panią. I tak cztery panie koegzystują już kilka sezonów, w towarzystwie gości, kolejnych mężów i nie-mężów, a ja oglądam z przyjemnością, mimo że strasznie głupie. (Numer trzynaście i czwarta guilty pleasure).

Doctor Who – o nowym sezonie Doktora już pisałam tutaj. Moje odczucia, niestety, niewiele się zmieniły. To nadal Doktor Who, serial, który bardzo lubię, ale któremu brakuje magii, jaka towarzyszyła mu, odkąd pamiętam. Kiedy patrzę na Capaldiego, mimo ogromnej sympatii (danej mu na kredyt na początku sezonu), coraz częściej mam wrażenie, że nie oglądam na ekranie Doktora, tylko Capaldiego grającego Doktora, a to naprawdę jest różnica. Oglądałam, ale nic nie budziło mojego zachwytu. Dopiero ostatni odcinek (Mummy on the Orient Express) przywrócił mi wiarę w serial. Uwaga, poniżej będę zachwyty, które niektórzy mogą uznać za spoiler, żeby nie było, że nie ostrzegałam. Wiadomo, że byłam do niego dobrze usposobiona ze względu na tytuł już na starcie – wiecie, Agatha Christie i te sprawy. Nie zawiodłam się. Doktor jest Doktorem, Clara co prawda nadal dość irytującą Clarą, ale żyję nadzieją, że niedługo się z nią pożegnam. Plus śliczny smaczek – Queen! No i Are you my mummy? I uroczy tekst Doktora: Hello, I’m the Doctor, I’m gonna be your victim tonight. Wszystko pięknie ładnie, tylko końcówka do bani – w sensie rozmowa Doktora i Clary w Tardis. Claro ić stond! (Numer czternaście).

Death in Paradise – poleciały trzy sezony, dwaj brytyjscy detektywi oddelegowani do pracy na rajskiej plaży, to musiało się udać. A kiedy detektywa gra jakże lubiany Ben Miller, nie da się nie oglądać. A kiedy zastępuje go przeuroczy Humphrey grany przez Krisa Marshalla (pamiętacie Colina z Love Actually, prawda? That’s the guy), można się tylko zachwycać. Fajne zagadki kryminalne, śliczne widoki, dobrze napisane dialogi. Nie mogę pragnąć więcej i z utęsknieniem czekam na kolejny sezon. Byle do stycznia. (Numer piętnaście).

Father Brown – nigdy nie byłam wielką fanką książek G.K. Chestertona, ale serial mnie urzekł. Nie tylko dlatego, że tytułową rolę gra w nim Mark Williams (wiecie, tatuś Weasley z Harry’ego Pottera). Policjanci są zabawni, zagadki fajne, dialogi dobre, wszystko trochę przypomina kolejne odcinki panny Marple. Nie mogłam się nie wciągnąć. Z utęsknieniem czekam na trzeci sezon. Szczególnie, że jako niezwykle uroczy bonus występuje kochany przeze mnie John Light w roli na miarę Arsena Lupin. Byle do stycznia. (Numer szesnaście).

Shetland – jakby tu powiedzieć, kolejny serial brytyjski i kolejny serial policyjny, i kolejny fajny detektyw, i kolejny świetny serial. Tym razem akcja, tu wszyscy zdziwieni robią: ‘oooo’, toczy się na Szetlandach. Tak jest, tytuł nie kłamie. Pan detektyw Jimmy Perez opiekuje się pasierbicą, ale oboje utrzymują bardzo przyjazne kontakty z biologicznym ojcem dziewczyny. W pakiecie rodzinne historie, zamknięta społeczność, świetne scenariusze, cudne widoki (tylko jakby zimniej niż w Death in Paradise). To musiało się udać. Dla fanów brytyjskich seriali, absolutne must see! Byle do stycznia, bo wtedy kolejny sezon. (Numer siedemnaście).

Endeavour – tu lekkie zdziwienie, pozorowane, nie udawajmy, bo to kolejny brytyjski serial policyjny. Tym razem w pakiecie z młodocianym Morsem, tak tym, który potem zajmował się pracą szarych komórek upajanych dużą ilością piwa. Znowu świetne zagadki, dobre dialogi, scenariusze, którą pozwalają się wciągnąć w serial bezboleśnie, dobrze zagrane. Brytyjski serial po prostu. Odnoszę powoli wrażenie, że mogłabym większość seriali brytyjskich opisać razem, bo mają dużo cech wspólnych. I cóż pozostaje? Byle do stycznia! (Numer osiemnaście).

Miss Fisher’s Murder Mysteries – z utęsknieniem czekam na trzeci sezon. Bardzo lubię wszystkie, bodaj dwadzieścia, książek z serii, ale serial kocham dużo bardziej. Australijski, niekonwencjonalny. Lata 20. XX wieku. Arystokratka, tytułowa panna Fisher, którą alkoholizm ojca ochrzcił imieniem Phryne przybywa z Londynu do Australii. Ma doświadczenie wyniesione z czasów, kiedy służyła we Francji podczas I wojny światowej. Czym może się zajmować ekstrawagancka arystokratka? Oczywiście rozwiązuje zagadki kryminalne, wplątując się w coraz to kolejne sprawy i wpadając w ramiona kolejnych mężczyzn. Główną atrakcją jest jednak detektyw John ‘call me Jack, everyone does’ Robinson. Kocham się w nim szalenie – wyważony, ale pełen emocji, czuły, uroczy, zasadniczy, z charakterem, rozwiedziony (przynajmniej w serialu), zauroczony – z wzajemnością – panną Fisher. Na dokładkę świetni towarzysze: kamerdyner Pan Butler, pomocnicy Bert i Cec, no i oczywiście dzielna sekretarka i towarzyszka, Dot, i jej narzeczony Hugh Collins. Z utęsknieniem czekam na kolejny sezon, odświeżając dwa pierwsze dość często. (Numer dziewiętnaście).

Penny Dreadful – serial, o którym już wspominałam przy okazji wpisu o Dorianie Grayu. Serial, który oglądam absolutnie masochistycznie, bo cierpię przy każdym odcinku. Serial, który nie zachwyca aktorsko – Eva Green jest bezbarwna, Josh Hartnett nadal ładny i jego postać darzę sympatią, ale aktorsko nie szaleje, Timothy Dalton jakiś taki przeciętny, Billie Piper nie lubię, Dorian jest słaby, a w serialu pojawiają się właściwie wszystkie postaci, z dziełem Frankensteina i Frankensteinem na czele. Mimo wszystkich wad będę oglądać kolejny sezon. (Numer dwadzieścia i pierwszy czysty masochizm).

Elementary – jak powszechnie wiadomo, kocham Sherlocka Holmesa. Socjopata, z nałogami, niezdatny do życia? Biorę. Lubię właściwie wszystko, co sygnowane jest postacią stworzoną przez Artura Conana Doyle’a. Z dużą radością przyjmuję nawet Elementary, w którym Sherlockiem jest wybitnie inteligentny były narkoman, grany przez lubianego przeze mnie wielce Johnny’ego Lee Millera, a Watson jest kobietą, graną przez wielce przeze mnie lubianą Lucy Liu. Na dodatek Mycrofta gra kochany przeze mnie Rhys Ifans. Nie jest to może serial nadzwyczajny, ale mnie się niezwykle podoba. Za chwilę rozpoczyna się kolejny sezon i zamierzam oglądać. (Numer dwadzieścia jeden).

Sherlock – nie da się zapomnieć o Sherlocku. Kochany przeze mnie wielce serial. Oglądamy namiętnie, powtarzany raz na jakiś czas z dużą frajdą. Mój ulubiony Sherlock i to nie tylko dlatego, że grany przez Cumberbatcha, który jak wiadomo na tym blożku powszechnie jest najfajniejszym facetem na świecie. A na dodatek jest Freeman, a jego, jak wiadomo, też kocham, Rupert Graves – cudny, nawet w hipsterskich okularach przeciwsłonecznych, Mark Gatiss jako niezwykły Mycroft. Nawet niechęć wobec Andrew Scotta, tak, można jęczeć, oglądam i wyczekuję. Byle do przyszłorocznej gwiazdki! Jeżeli ktoś jakimś cudem przegapił, nie wiem, dlaczego jeszcze nie ogląda! (Numer dwadzieścia dwa).

Poniżej, żeby szanownych czytelników, którzy zabłądzili na blożka nie zanudzić, tylko pokrótce numery od dwadzieścia trzy do dwadzieścia siedem.

Halt and Catch Fire – obejrzałam dwa odcinki, podobało mi się, ale jakoś odłożyłam. Zamierzam nadrobić i to zapewne w bliższej niż dalszej przyszłości, szczególnie, że szykuje się sezon drugi. Lee Pace – to powinno wystarczyć za rekomendację.

Call the Midwife – serial o położnych, w latach niedługo powojennych, o przypadkach medycznych i przypadkach rodzinnych. Uroczy, miły, fajnie napisany. Też jakoś odpuściłam w połowie sezonu i zamierzam nadrobić, jako że na pewno będzie kolejny sezon, a poprzednie (zaczęłam oglądać w tym roku), nadrobiłam w ciągu kilku dni.

Muszkieterowie – w sensie ostatnia produkcja BBC w temacie. Zatrzymałam się gdzieś w połowie sezonu, jako że serial nienadzwyczajny, ale dość miły dla oka, a poza tym ja lubię muszkieterów, więc muszę nadrobić. DVD z biurka łypie na mnie okiem dość groźnie, więc pewnie mu się nie oprę w najbliższym czasie.

Ripper Street – zatrzymałam się w końcówce pierwszego sezonu, sama nie wiem, jak to się stało i dlaczego, po prostu tak wyszło. W Polsce ma to podtytuł Tajemnica Kuby Rozpruwacza. Jeżeli jesteście ciekawi, jak wyglądała praca detektywów w XIX wieku, czyli jak to się wszystko zaczęło, pozycja obowiązkowa, szczególnie, że sezon drugi już był, a trzeci czai się za rogiem. A jeżeli tak jak ja kochacie Macfadyena, tym bardziej pozycja obowiązkowa.

A Touch of Cloth – chyba najbardziej absurdalny serial, z jakim się zetknęłam, ale tak cudny, że nie do przegapienia. Nie dla każdego, ale jeżeli lubicie brytyjski humor i niestraszne wam koty wyskakujące z brzuchów ofiar, to serial zdecydowanie dla was. A w pakiecie cudny John Hannah i równie cudna Suranne Jones. Przegapiłam trzeci sezon, ale zamierzam nadrobić, szczególnie, że (niestety) A Touch of Cloth ma zawsze tylko dwa odcinki.

Zamierzam dorzucić do tego rozwiniętego pakietu także serial numer dwadzieścia osiem, który premierę będzie miał na początku grudnia, a zwie się The Librarians. Pamiętacie takie strasznie głupie filmy o bibliotekarzu, który ratował świat zagrożony przez niebezpieczne artefakty i grał go Noah Wyle (John Carter z Ostrego dyżuru)? Pamiętacie? To świetnie, bo pojawi się w serialu, a wspierać go będzie dobrze przygotowana drużyna, bo przecież przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę. Zapowiada się strasznie głupio, więc na pewno mi się spodoba.

Cały czas mam nadzieję, że nadrobię Once Upon a Time (zostało mi półtora sezonu), Supernatural (zostało mi półtora sezonu, ale poprzednio nadrobiłam sześć w dwa tygodnie) i może dam ponownie szansę Witches of East End, chociaż ostatni odcinek pierwszego sezonu i pierwszy odcinek drugiego były tak złe, że trochę mnie skręca. No i nie zapominajmy o Grze o tron, wszak nadrobiłam w te wakacje wszystkie sezony i jestem na bieżąco. To by jednak oznaczało, że dojdą mi seriale o numerach porządkowych od dwadzieścia dziewięć do trzydzieści dwa.

Są spore szanse, że jednak czasami będę sypiać, jako że terminy emisji się nie nakładają – część seriali grzecznie się kończy, by ustąpić miejsca kolegom. Brytyjskie seriale są uroczo krótkie i mimo że żal, to jednak w mojej sytuacji upór Brytyjczyków może ocalić mój sen. Ta epopeja serialowa powyżej nie oznacza jednak, że nie oglądam też filmów. Od kilku dni krąży nade mną dzika chęć powtórnego obejrzenia Skyfall, wszystkich części Piratów z Karaibów i Piątej władzy, a pracować i nawet sypiać też trzeba. Z biurka łypią na mnie Panie z Cranford (i Powrót do Cranford, żeby nie było), ze zdziwieniem, że jeszcze nie widziałam. Jako że wypadałoby też obejrzeć wreszcie Breaking Bad i House of Cards, no i oczywiście Downton Abbey, zaczynam poważnie rozważać złamanie którejś kończyny. I tym optymistycznym akcentem koniec.

 

Ps. (bo bez ps. się nie liczy) Ciągle mam wrażenie, że o czymś zapomniałam.

Ps.2. Dzięki temu wpisowi mam ściągawkę, co oglądam, więc są większe szanse, że jeśli przegapię w kalendarzu, to i tak obejrzę.

Advertisements