Morderstwo i maszyna, czyli notka sentymentalna.

by oscetc

Mam marzenie. No dobra, mam wiele marzeń. Chciałabym, na przykład, zamieszkać w hotelu. Kocham mieszkać w hotelu. Ktoś za mnie sprząta, pierze, prasuje, wymienia mi na bieżąco pościel i ręczniki, wszystko się samo magicznie zszywa i ceruje, jedzenie przynoszą na dzwonek. Żyć nie umierać. Można cieszyć się przyjemnościami. To, powiedzmy, marzenie numer trzy. Pominę marzenie numer jeden, jako zbyt dygresyjne na ten tekst, ale mam marzenie numer dwa. Od wielu lat chciałam się przejechać Orient Expressem. Od wielu lat oznacza od dnia, kiedy po raz pierwszy przeczytałam Morderstwo w Orient Expressie Agathy Christie. To jedna z moich ulubionych książek autorki, obok Morderstwa w Mezopotamii i Morderstwo odbędzie się… (Trzynaście zagadek też jest wysoko na mojej liście).

 

Jeden z najsłynniejszych detektywów świata, Hercule Poirot, wraca do kraju po rozwiązaniu zagadki kryminalnej. Jak najprzyjemniej wrócić do domu? Wiadomo! Orient Expressem. Jak ja go doskonale rozumiem. Gdybym miała trochę ponad dwa tysiące euro na zbyciu, nie wahałabym się ani chwili. Przejażdżka trafiła na moją bucket list. Wracając jednak do pewnego Belga z gigantycznymi wąsami, okazuje się, że wszystkie miejsca zostały zarezerwowane. Poirot ma szczęście – spotyka swojego przyjaciela, Monsieur Bouca, dyrektora całego przedsiębiorstwa – i dostaje przedział. Detektyw może rozkoszować się podróżą i jedzeniem, a, jak chyba powszechnie wiadomo, Poirot ceni dobre jedzenie. Trudno go nie rozpoznać – chyba nie ma na świecie drugiego takiego egzemplarza. Po kolacji zwraca się do niego roszczeniowy i średnio miły amerykański milioner, Ratchett. Od jakiegoś czasu dostaje anonimy z pogróżkami i chce znaleźć ich autora. Proponuje Poirotowi dużo pieniędzy, jednak detektyw może sobie pozwolić na luksus wybierania klientów. Kiedy nie podoba mu się czyjaś, pardon za wyrażenie, gęba, nie zamierza mu pomagać. Ratchett chwali się tym, że ma ochronę i nosi przy sobie broń. Niewzruszony detektyw udaje się do przedziału, by skorzystać z towarzystwa Morfeusza. Sen Poirota przerwano dwukrotnie w nocy – raz słyszy, że Ratchett wzywa stewarda, raz jedna ze współpasażerek twierdzi, że w jej przedziale był mężczyzna. Przedział jest pusty, ale na podłodze znaleziono guzik od munduru stewarda. Po korytarzu przemyka też kobieta w charakterystycznym kimonie.

Wszystko komplikuje się, kiedy rano Ratchett zostaje znaleziony martwy w przedziale – zasztyletowany. Przy okazji okazuje się, że prawdziwe nazwisko ofiary brzmi Casetti, a Casetti to znany przestępca, który porwał i zamordował uroczą dziewczynkę, Daisy Armstrong, co zniszczyło całą rodzinę. Zamknięte drzwi do innych części pociągu i odcięty od świata przez śnieg pociąg, oznaczają, że Ratchetta zabił ktoś, kto znajduje się w tym samym przedziale co ofiara. Kto? Do wyboru są: kamerdyner Casettiego – Masterman; sekretarz, a przede wszystkim tłumacz zmarłego, który zupełnie, ale tak wcale, nie miał talentu do języków obcych – MacQueen; urocza guwernantka Mary Debenham, jej absztyfikant – pułkownik Arbuthnot, dość ekstrawagancka księżna Natalia Dragomiroff, jej służąca – Hidlegarda Schmidt, państwo Andrenyi – pochodzący z Węgier dyplomata w pakiecie z małżonką; szwedzka misjonarka, Greta Ohlsson; wybitnie gadatliwa Amerykanka, pani Hubbard, biznesmen rodem z Italii – Antonio Foscarelli i biznesmen rodem z Teksasu – Hardman. Jeden detektyw i kilku sprzymierzeńców muszą odkryć nie tylko, kto zabił, ale też dlaczego? Wszystko wskazuje na to, że ktoś w Orient Expressie jest powiązany z rodziną Armstrongów. Tylko kto? Jeżeli ktoś jeszcze nie czytał albo chociaż nie obejrzał adaptacji (polecam książkę, still), to polecam nadrobić. Nie będę psuła wam zabawy wyjaśnieniami.

Morderstwo w Orient Expressie to naprawdę dobra książka. Świetnie rozpisany wątek kryminalny – rozwiązanie jest osom – i wątki obyczajowe, ale to typowe dla Christie. I mimo że Poirot jest Belgiem, to książka jest taaaka angielska, w stu procentach. Wyspiarze pełni rezerwy, ale skrywający dziką namiętność, to coś, co bardzo lubię. Wszystko jednak to nic. Najważniejszy bowiem jest Orient Express.

To nie tylko pociąg, o nie. To tęsknota za dawnymi czasami. Coś, co pokazał Allen w O północy w Paryżu. Podróż sentymentalna. Tęsknota za czasami, kiedy pociąg był ważny. Kiedy nie był tylko środkiem, narzędziem do przeżycia czegoś ekscytującego, ale był ekscytujący sam w sobie. Elegancki, zapewniał rozrywkę na każdym poziomie. Tęsknotę za czasami, kiedy podróż do innego kraju, ba na inny kontynent, nie trwała chwilę, bo czym jest doba w samolocie, by dolecieć do Australii w porównaniu z czasami, kiedy w tamten rejon świata płynęło się tygodniami? Orient Express sprawiał, że każdy, kto nim podróżował, czuł się ważny, dopieszczony i pogłaskany po główce. Podsuwano mu wszystko, zajmowano się nim, opierano, sprzątano, a podróżny mógł czerpać z życia i z podróży – poznawać ludzi, wypełniać czas rozmowami, a jeżeli był typem samotnika, zakopać się w przedziale i odpoczywać w luksusie. Kto by nie chciał?

Nawet dzisiaj, kiedy z reguły wybieram samolot, by przemieścić się do innego zakątka świata, gdzieś głęboko tkwi we mnie tęsknota za podróżą. Oczywiście rozgardiasz na lotnisku przed i po odlocie może być odbiciem tamtych czasów, ale to jednak za mało. Za trochę ponad dwa tysiące euro, co jest sumą dość zawrotną, ale może kiedyś ją uzbieram, można poczuć się jak Poirot, tyle że, mam nadzieję, bez trupa w pakiecie. Podróż z Pragi do Londynu trwa dwa dni. Wsiadacie do wspaniałego pociągu na stacji w stolicy Czech. Osiadacie w przygotowanej kabinie, relaksujecie się, a miły (na pewno) steward częstuje was wyśmienitą herbatą. Kolację, czterodaniową, zjecie w jednym z wagonów restauracyjnych. Po kolacji możecie udać się do baru, by kontynuować relaks, albo wrócić do przedziału, który magicznie (pewnie mają uczynne skrzaty na stanie), zmienił się w przytulną sypialnię. Tuż po północy możecie wyjrzeć za okno, by spojrzeć na dworzec we Frankfurcie, a potem odpłynąć w objęcia Morfeusza. Obudzicie się we Francji, a uroczy steward poda wam kontynentalne śniadanie. Tuż po dziewiątej rano pociąg zatrzyma się na niemal godzinę w Paryżu, więc – o ile macie ochotę – będziecie mogli wyskoczyć po croissanta i Le Figaro. Kiedy piękna maszyna będzie przemierzała wybrzeże Francji, wy będziecie raczyć się pysznym brunchem. Po przeprawie przez kanał La Manche, przesiądziecie się do Belmond British Pullman, by udać się w kierunku stolicy Zjednoczonego Królestwa. Przed dotarciem do punktu docelowego zostaniecie poczęstowani herbatą i szampanem. I mean, heeeelo? Wiem, że dwa tysiące euro to kupa kasy, ale warto. Taka podróż to dopiero jest przygoda!

Chyba się nie dziwicie, że kiedy okazało się, iż tytuł jednego odcinka Doktora Who brzmi Mummy on the Orient Express, cieszyłam się jak dziecko na widok pluszowego Batmana? Come on! Mimo że jęczałam już trochę na ten sezon, ten odcinek musiał być fajny. Wiadomo, że scenarzyści lubią odcinki nostalgiczne, pamiętacie pokojówkę z Titanica, prawda?

Pewnego wieczora, w – a jakże! – wagonie restauracyjnym Orient Expressu, starsza pani dostrzega mężczyznę przebranego za mumię. Na ekranie pojawia się też wtedy zegar, odmierzający sześćdziesiąt sześć sekund. Pani, która nie należy do najmilszych jednostek świata, wzywa stewarda, by usunął żartownisia z wagonu. Problem w tym, że nie widzi go nikt poza nią. Mumia zbliża się do niej coraz bardziej, po upływie sześćdziesięciu sześciu sekund, pani osuwa się w fotelu, martwa. Mamy więc Orient Express i mamy trupa. Brakuje tylko detektywa. Scenarzyści zadbali także o to. W wagonie bagażowym ląduje bowiem Tardis, a w niej Doktor (w jakże wytwornym wdzianku) i Clara w stroju z epoki, Clara, która po okresie focha decyduje się odbyć ostatnią podróż w czasie i przestrzeni. I jak jej nie lubię, tak przyznaję, że wygląda świetnie. Doktor otwiera drzwi do wagonu restauracyjnego, a tam jest wszystko, co można było sobie wyobrazić, a nawet więcej. Elegancko odziani pasażerowie, uczynna obsługa i piosenka Queen w odpowiedniej aranżacji na początek. Doktor opowiada Clarze o tym, co widać za oknem, wspominając wypady i pewien piknik. Przerywa im urocza blondynka, nazywając Doktora kłamcą – planeta, o której mówi nie istnieje bowiem od dawien dawna. Widać, że kobieta jest roztrzęsiona, kapitan wyjaśnia ciekawskiej Clarze, że Maisie, bo tak jej na imię, jest wnuczką nagle zmarłej starszej pani. Doktor jest zaintrygowany historią o mumii, którą widziała tylko ofiara. Postanawia rozpocząć śledztwo i prawie puka do przedziału Clary, szukając towarzystwa, ale rezygnuje w ostatniej chwili. Clara, która, jak powszechnie wiadomo, jest ciekawska, również nie potrafi usiedzieć w jednym miejscu i – po zapukaniu do przedziału Doktora, który z powodów oczywistych nie odpowiada – zaczyna się szwendać po pociągu.

Kogóż spotyka na swoje drodze? Oczywiście Maisie, która z wyrazem determinacji na twarzy i obcasem w dłoni, próbuje dostać się do wagonu, w którym przechowywane są zwłoki zmarłej babki. Clara proponuje wezwanie na pomoc Doktora, ale Maisie się nie waha – niszczy komputer obcasem i drzwi się otwierają. Otwierają, by uwięzić obie panie na dłużej, ale nie uprzedzajmy faktów. Doktor w tym czasie zagląda do maszynowni, gdzie spotyka super zorientowanego we wszystkim mechanika, Perkinsa, który sugeruje, że śmierć starszej pani nie była przypadkiem. Coraz bardziej zafrasowany Doktor wyrusza na dalszą inspekcję i spotyka profesora Moorhouse’a, specjalistę w dziedzinie mitologii obcych, który opowiada legendę mitycznej mumii – jej ofiarom zawsze zostaje tylko sześćdziesiąt sześć sekund życia. Fabuła się zagęszcza. I wtedy na scenie ponownie pojawia się tajemnicza mumia, która tym razem wybiera jednego z kucharzy. Kapitan nie wierzy w rewelacje Doktora i uważa, że to właśnie on jest odpowiedzialny za wszystkie zgony. Zostaje zakuty w kajdanki i jest prowadzony w miejsce odosobnienia, kiedy, nagle, kolejny trup – tym razem członek obsługi. Obvious things are obvious, więc kapitan uwalnia Doktora i zaczyna traktować jego rewelacje poważnie. Doktor odkrywa, że część pasażerów to specjaliści w różnych dziedzinach nauki. Dlaczego właśnie oni są na liście pasażerów? Według jakiego klucza mumia wybiera ofiary? I o co, u diabła, chodzi z tą mumią? Nie będę wam psuła zabawy, bo aż żal. Nawet jeżeli nie jesteście fanami Doktora Who, ten odcinek możecie obejrzeć z czystej nostalgii. A poza tym to dobry odcinek.

Kiedy przeczytanie internety, dostrzeżecie, że większość recenzji jest pozytywna. Bo Doktor fajny, i wreszcie doktorowaty, trochę bardziej jak dawniej i wreszcie widać na ekranie postać a nie aktora odtwarzającego postać. Bo Clara bywa użyteczna. Cóż, nadal jej nie lubię. Czekam na moment, kiedy fani stworzą odcinek zatytułowany ‘Let’s kill Clara’ – wiecie, ‘Right. I’m putting Clara in the cupboard. Cupboard, Clara. Clara, cupboard. C’mon.’ I się z tymi ochami zgadzam wielkim głosem, ale ten odcinek jest fajny nie tylko dlatego, że jest fajny. Jest fajny też dlatego, że scenarzyści zafundowali nam urocze odwrócenie tego, co znamy (znamy, prawda?) z książki Christie. Tam mieliśmy dwunastu podejrzanych, jednego detektywa i jedną ofiarę, tutaj detektywów jest cała masa, w tym jeden o dwóch sercach podróżujący w czasie i przestrzeni, a ofiary mnożą się jak grzyby w barszczu. Każda postać jest znacząca i dopracowana, każda ma szansę wnieść coś do śledztwa. Powszechnie chwalony Perkins to jedno, ale także znakomity kapitan, który zna swoje obowiązki i dba o pasażerów bardziej niż zatrudniana przez Kim Kardashian niania o jej dziecko. Najbardziej podobała mi się chyba jednak Maisie. Jest jak żywcem wyjęta z książki Christie. Wygląda trochę jak pani Watson, nie sądzicie? Amando masz klona! Watch out! Jest taka angielska i taka książkowa – z wierzchu do bólu poprawna, ale jej wnętrzem targają silne namiętności. Pozwala sobie na powiedzenie, że nienawidziła babki – trudno się jej dziwić, bo to wredny babsztyl był. Może to nieco niezgodne z konwenansami, ale jakże uczciwe podejście do sprawy. I na deser – Doktor gada ze sobą z przeszłości. Wiem, że oklepane i ma zagrać na najniższych instynktach, ale tekst: Hello, I’m the Doctor, I’m gonna be your victim tonight. Are you my mummy? sprawił, że nie mogłam się nie uśmiechnąć.

Bardzo mnie cieszy, że trafiłam w tym sezonie na odcinek Doktora Who, który mi się podobał i który odwołuje się do bardzo lubianej przeze mnie książki. Nareszcie! Mummy on the Orient Express to śliczny i dopracowany dowód na to, że nawet doskonale znane historie można przepisać tak, że zaintrygują i zachwycą. Retelling pełną gębą.

 

Ps. The Unicorn and the Wasp to jeden z moich ukochanych odcinków Doktora Who, bo Donna, bo Christie, bo Harvey Wallbanger. Musiałam o tym wspomnieć w kontekście Orient Expressu.

Ps.2. Chyba kupię skarbonkę i będę zbierać na podróż.

Ps.3. Wyobrażacie sobie Sherlocka na pokładzie Orient Expressu? Such fun i nawet nie slightly boring.

 

Advertisements