Podsumowania, czyli o dziwo nie tylko o Hobbicie.

by oscetc

Koniec roku i początek roku to czas wszelkich podsumowań, magicznych postanowień, których z reguły nie dotrzymujemy tudzież łkania nad tym, czego nam się nie udało dokonać w roku minionym. Nie jestem dobra w postanowieniach noworocznych. Kiedyś próbowałam, ale jakiś czas temu zrezygnowałam, wobec niepowodzeń – poddawałam się zazwyczaj w okolicy 15 stycznia, a w przypadkach wyjątkowych w marcu, chyba że chodzi o dotrzymanie obietnicy dotrwania do wiosny i picia kawy, w tym jestem masterem. Łkanie nie leży w mojej naturze, więc taka zabawa w okolicy przełomu roku też odpada. Zostają podsumowania, a listy wszelakie to coś co tygryski, w tym ja, lubią najbardziej.

W 2014 roku przeczytałam 261 książek. Nie udało mi się wypełnić magicznego postanowienia przeczytania trzystu. Przecież pisałam, że postanowienia to coś, w czym nie jestem za mocna. Z rzeczy do polecenia, pozwólcie, że wrzucę chociaż kilka, bo ciężko mi się powstrzymać. Można poniższy fragment kompletnie pominąć. Bo to kawałek tylko dla zainteresowanych słowem pisanym i to słowem, które mnie interesuje, więc są spore szanse, że nie zainteresują tłumów.

Every Day (David Levithan) – całkiem przyzwoity kawałek młodzieżowej fantastyki; opowieść o istocie (płci nieznanej, niezidentyfikowanej, różnej, jak zwał tak zwał), która każdego dnia budzi się w ciele kogoś innego, przejmując całkowicie życie żywiciela, ale walcząc o zachowanie siebie; opowieść o miłości, walce o siebie, podróżach, różnych życiach. Ma sporo słabszych punktów, część wątków jest dość pobieżna, ale ogólna ocena wyszła mi dodatnia.

Na szczęście mleko (Neil Gaiman) – tak, wiem, że bez zaskoczenia, no bo to w końcu Gaiman, a ja się kocham w Gaimanie bardzo. Nie wszystko, co tworzy utrzymuje poziom równy, ale bywają wyżyny w stylu Księgi cmentarnej. Opowieść o ojcu, który wychodzi kupić mleko i przydarzają mu się najbardziej niezwykłe rzeczy w każdym wszechświecie czyta się wybornie. Książka jest zabawna i prześlicznie zilustrowana. I co z tego, że dla dzieci? Możemy przecież dorastać, ale z dojrzewaniem, jak wiadomo, bywa różnie.

Clarkson – w tym roku przeczytałam bodaj pięć jego książek, więc nie wyróżniam ich jednostkowo, tylko traktuję zbiorczo. Nie każdy kocha Clarksona, ba, nie każdy lubi Clarksona, ale ja, chociaż nie mam tego w zwyczaju, fanuję wielce. Jego felietony są zabawne, wyluzowane, tak, wiem, że mocno wystudiowane i pod publiczkę, ale who cares? Ważne, że bawią, mnie zaś bawią wielce. Kiedy mam zły nastrój, kilka felietonów Clarksona i chandra chowa się za krzakiem lub pod kapeluszem muchomora, smętnie podkulając ogon.

Pratchett – w 2014 roku Pratchett to uroczy zestaw bajek o smokach i innych istotach, taki tam wstęp do przyszłego cyklu o Świecie Dysku. Urokliwe, zabawne, niezwykle przyjemne w odbiorze. Rozrywka na wieczór i na chandrę, na śnieg, na zimno, na wszelkie zło. Miniony rok to też kolejny tom o Moiście von Lipwigu, jednym z najbardziej przeze mnie kochanych bohaterów Pratchetta. O Parze w ruch już było, więc zainteresowanych odsyłam do tekstu.

Książki Dorothy L Sayers – co z tego, że stare? Co z tego, że nieco zdezaktualizowane? Na Holmesa jakoś nikt nie narzeka, więc można się także zakochać w lordzie Peterze Wimseyu. Ja się tam kocham. Wygadany, złośliwy, ironiczny, piekielnie inteligentny, walczący z demonami przeszłości i jeszcze rozwiązuje zagadki kryminalne! Może nieco za mało socjopatyczny jak na mój gust, ale mogę mu to wybaczyć, w końcu ma najlepszego kamerdynera na świecie!

Touch of Stardust (Kate Alcott) – dla sympatyków kina bezwzględne must read. Dziewczę wpada do pracy nad Przeminęło z wiatrem, poznaje masę ciekawych ludzi – w sensie wszystkie gwiazdy aktorskie i masę ludzi krążących wokół filmu. Love story obowiązkowo jest, ale można nieobowiązkowo przeczytać. Resztę warto z uwagą, bo i fajnie się czyta o kręceniu filmu, i o okolicznościach dodatkowych, i, a może nawet przede wszystkich, super fajna love story Clarka Gable’a i Carole Lombard.

Kocia morda (Kamil Staniszek) – polski kryminał, lokalny kryminał, czytało mi się z przyjemnością. Wydawnictwo, polityka, przedsiębiorcy, wielkie inwestycje, wielkie pieniądze, wielka intryga, a w bonusie morderstwo, które jak mały kamyk rozpoczyna lawinę. Samotny ojciec dwojga maluchów, wdowiec w wyniku katastrofy. Czy warto dochodzić prawdy? Do czego może doprowadzić? Polecam, bo to dość udany debiut.

Seria o pannie Fisher (Kerry Greenwood) – dwadzieścia cztery książki, nie powiem, że cała seria jest równa, bo kłamałabym tak, że trzęsłaby się ziemia. Część książek absolutnie słaba, niektóre wątki nudne albo tak absurdalne, że widzę a nie wierzę, ale ogólnie świetna zabawa. Wyrazista bohaterka, z potężnym charakterem i małą, ale bardzo skuteczną bronią. Warto choćby po to, żeby uzupełnić świetny serial, przy czym od razu mówię, że absolutnie się kocham w serialowym Jacku Robinsonie, który w książce nieco nie ma charakteru.

Bonusowo – Aaronovitch, czyli niezwykle udany mariaż fantasy z kryminałem na Wyspach Brytyjskich – trudno się nie zakochać oraz Doll-Baby, czyli obyczaj z akcją toczącą się na przestrzeni kilkudziesięciu lat, z walkami rasowymi w tle, a na pierwszym planie dziwna rodzina i dziwny dom. Warto.

O dziwo, nie zajmowałam się w 2014 roku tylko czytaniem. Zdarzyło mi się co nieco także obejrzeć – oczywiście sobie głupio nie notowałam, nie robiłam magicznej listy, no i nie ma goodmovies/goodsilms/goodwatches, jak zwał tak zwał, totalnie bez sensu. O serialach już pisałam, więc się nie będę powtarzać. Tak tylko na marginesie powiem, że świąteczny odcinek Doktora Who mnie nie zachwycił, mimo wielu pozytywnych aspektów. No i podtrzymuję: Claro, ić stond, ale już! I muszę napisać, że Librarians są super i niesamowicie się cieszę, że ten serial powstał!

Seriale to nie wszystko, podobno. Obejrzałam trzydzieści osiem filmów, które weszły do kin w 2014 roku w Polsce (pomijam w liczeniu Wielki Błękit, bo kocham się od lat w filmie, muzyce, aktorach, zdjęciach i w ogóle). Co by tu wyróżnić? Przejrzałam listę premier i trochę by się znalazło, o dziwo! A wydawało mi się, że nic w tym roku nie obejrzałam! Na pewno obejrzałam stanowczo za mało, stanowczo, oj za mało, za mało.

O Wilku z Wall Street, Saving Mr Banks i August Osage County pisałam przy okazji wpisu o rozważaniach oskarowych – zainteresowanych odsyłam do tekstu, niezainteresowani: podobały mi się, szczególnie DiCaprio w Wilku, Thompson w filmie z Disneyem wyglądającym jak Tom Hanks i spora część obsady w Sierpniu (nad Meryl Streep się pastwię nieco w tekście, just sayin’). Coś by jednak wypadało do listy dorzucić, a nie tak tylko się skupiać na Oskarach (i tu od razu wtrącę, że ofkors, iż będę oglądać w tym roku). Co by tu zatem? O wiem!

Nauka spadania – film wybitnie na Sylwestra! Jak skoczyć z dachu i nie dać się powstrzymać. Jak jedna drabina może zmienić życie człowieka. Jak dziwni ludzie mogą zająć twoją kolejkę do skakania na śmierć z wysokiego piętra. Jak ci dziwni ludzie mogą ocalić ci życie, a przynajmniej pomóc cokolwiek zrozumieć. Jacy wszyscy jesteśmy dziwni i normalni jednocześnie. Polecam.

Grand Budapest Hotel – o tym filmie mogłabym napisać wiele, bo kocham Wesa Andersona i kocham ten film, a Fiennesa w nim to już naprawdę kocham wielce. Mogę się rozczulać nad sentymentem do dawnych czasów, nad narracją, nad aktorami (jakże cudnymi, w tym cudnym Brodym, w nim też się kocham), nad muzyką, nad zdjęciami, kostiumami, widoczkami, nad wszystkim, ale szkoda mojego i waszego czasu, więc zdecydowanie lepiej zrobicie, jeśli włączycie film zamiast o nim czytać.

Czarownica – długo broniłam się przed tym filmem, cholera wie, dlaczego. Okazał się więcej niż przyzwoity. Bardzo ładny, bardzo dobrze się go oglądało, historia trzymała się kupy, owszem, chwilami banalna, ale to baśń przecież, więc czego innego można oczekiwać? W bonusie piękna, jak zawsze, Angelina Jolie (te jej skrzydła!) i jakże kochany przeze mnie Sharlto Copley. I znowu wychodzi na to, że nie byłoby dramatu (i Śpiącej królewny), gdyby nie chłopy.

Zacznijmy od nowa – zbierałam się do tego filmu jak jamnik do jeża i znowu głupio robiłam. Miłe dla ucha, miłe dla oka. Urocza historia na jesienny i zimowy wieczór, na letni i wiosenny właściwie też. No i wiecie, tam gra Mark Ruffalo (nauczyłam się, jak pisać jego nazwisko bezbłędnie! Ha), a jego przecież nie można nie kochać, prawda? A co do miłego dla oka, to gra tam też Adam Levine, a to dopiero jest widok…

Niezniszczalni 3 – dobra, przyznaję się, uwielbiam część pierwszą i drugą, świetnie się na nich bawię i przy okazji części trzeciej obejrzałam poprzednie, bo mogłam i to mi wystarczyło. A krótkie podsumowanie trójki: Żarty się skończyły. Przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę (i to jaką drużynę! Kogo tam nie ma!). It’s raining men (Alleluja!). Go-go (Jak szybko sobie przypomniałam za co lubię Banderasa). I like travelling. Christmas is coming. Morons need friends. I haven’t had so much fun in years. Rusty’s. Lundgren. Statham. Czego chcieć więcej?

Strażnicy Galaktyki – 100% tego co lubię w filmach. Muzyka z lat dobrze mi znanych, muzyka kochana, z Escape na czele (jaka to świetna piosenka jest). Zaskakująco dobry Chris Pratt. Zielona Zoe Seldana. Cudowny Vin Diesel (prawda, że wszyscy go kochają?) – Groot podbił moje serce. Bradley Cooper w życiowej roli – od zawsze mówię, że nie lubię ładnych buziek, ale Rocketa pokochałam bardzo, jest cudny i jak pięknie kopie rzeczywistość! Lee Pace, aż szkoda, że ciemnobłękitny, ale ten głos! Pace jest osom. Rzekłam.

Bonusowo filmy, których nie widziałam, a zamierzam zobaczyć. Bardzo wierzę w to, że spodoba mi się Lego przygoda i ciągle zmierzam do obejrzenia tego filmu – dvd już się nawet nieco zakurzyło, ale dostanie szansę, na pewno. Frank też czeka, a ja nie mogłabym, w końcu, nie obejrzeć czegoś, w czym gra Fassbender, prawda? No i, tu dość wstydliwie, przyznaję, że zamierzam obejrzeć trzecią odsłonę Nocy w Muzeum, jakby ta seria nie była głupia, oglądam i świetnie się bawię. Przecież wiadomo, że kino ambitne to zdecydowanie nie dla mnie, rajt?

Nie wspominam o ponownych seansach Piratów z Karaibów czy Władcy pierścieni, bo to się rozumie samo przez się. O oglądaniu pierwszego i drugiego Hobbita też nie będzie. Będzie za to o oglądaniu Hobbita numer trzy. No jak mogłoby nie być? Przecież wiadomo, że każdy nowy rok zaczynam z Hobbitem. Za rok, 1 stycznia, nie będę wiedziała, co ze sobą zrobić. Bo wiecie, co prawda bywałam już w nowy rok w kinie choćby na drugiej Narnii czy Sherlocku Holmesie i nawet dobrze się bawiłam, ale to jednak nie to. Nie wiem, co prawda, jak, ale chciałabym, żeby w każdy nowy rok witał mnie w kinie nowy Jackson o Śródziemiu, a cholernik Silmarilliona nie chce zrobić! No jak on może? Jackson przeciwko mnie! Podłość i bezczelność, i w ogóle koniec świata. Na razie mogę się jednak cieszyć Bitwą pięciu armii, łkając nieco tylko, że nie jest to jednak Tam i z powrotem (bo to taki ładny tytuł był). Jak było? Bawiłam się fenomenalnie. Część recenzji, w tym ta Rusty, której ufam bardzo, nie była hiper pozytywna, więc szłam z lekkim lękiem: a co będzie, jak mi się nie spodoba? Czy świat skończy się 1 stycznia 2015 roku?

Uwaga, udało mi się was ocalić! Podobało mi się. Podobało mi się bardzo. Podobało mi się tak bardzo, że pewnie pójdę jeszcze dwa razy, a jeśli się rozpędzę (na przykład w ramach świętowania urodzin), to i trzy razy. Wiem, jestem wariatką, powinnam się leczyć, ale co poradzić, jeżeli nawet w reklamie czytam: Realizujemy zamówienia do Śródziemia zamiast do Śródmieścia? Musiało mi się podobać. Kocham Daina i jego wjazd na bojowej świni. Świnia też była świetna. Tak jak mnie Thranduil nieco przeraził swoją, jakby to napisać, wężowatością w poprzedniej części, tak tutaj mnie zachwycił do cna (no może z wyjątkiem wyjaśniania mummy issues). Bogowie, jak Pace, w sensie Thranduil, ale wiecie, że Pace jest cudny, tak?, więc jak Thranduil nosi płaszcze! Coś pięknego! A jakie oni wszyscy mają piękne wdzianka! Płaszcze szczególnie, mam wizję pokemonów – catch’em all! Broszkę Bilba też chcę i chustę, i plecaczek (i nie zapominajmy o szlafroku z pierwszej części, szlafrok I love you). A w ogóle to chcę Bilba, bo kocham Bilba. Freeman jest absolutnie powalający. Gdzie jest nominacja do Oskara, ja się pytam? No gdzie? Ci ludzie chyba oczów, uszów i serców nie mają! Wielkie wow na efekty, szczególnie na Nazgule (really wow), na sceny walk Nazguli z Elfami widziane oczami Bilba i pierścienia (o woooooow). Sauron jest zabójczy! Cumberbatch w potrójnej roli jest mega – od zawsze mówię, że ten głos może wszystko! Smok taki piękny, a taki zaniedbany przez scenarzystów, ja go chętnie przygarnę, dajcie mi Smauga, ja o niego zadbam. Chcę smoka, it’s official. Wzruszyłam się zaledwie dwa razy, co wypada dość blado w porównaniu z osiągnięciami Jacksona w tym zakresie z przeszłości (tu mogę się przyznać, że zawsze chce mi się wyć, kiedy Gondor prosi o pomoc Rohan i na szczytach gór zapalają się ognie). Za to był to wzrusz potężny i o dziwo nie dotyczył żadnego zgonu. Widać jednak nie mam serca. Ale wiecie, kiedy Thorin i jego parszywa dwunastka ruszają do boju, to nie można się nie wzruszyć. I kiedy Bilbo odchodzi w stronę zielonej, spokojnej krainy też trzeba, bo wtedy wiadomo, że przygoda ze Śródziemiem w tym wydaniu już się skończyła. No i jak się nie wzruszyć? No jak? A poza tym naprawdę jest na co popatrzeć. Jacy oni są pięęęęęękni. Tak, wiem, jestem płytka, ale, szczerze mówiąc, mam to gdzieś. Pace jest piękny. Evans jest piękny. Bloom jest piękny (i lata na tylu rzeczach, i jest jak Prince of Persia, i w ogóle jest dużo lepszy niż w poprzednich częściach, i wreszcie wiem, po co go zatrudnili). Armitage jest piękny (chociaż mogliby wyciąć trochę jego schizofrenii). Freeman jest piękny. Turner jest piękny. O’Gorman jest piękny. Krasnoludy pozostałe, aż żal, że jest ich tak mało (Jackson, liczę, że wersja reżyserska wydłuży ten film o przynajmniej godzinę) też są piękne. McKellen jest piękny. Konie są piękne. Muflony bojowe są piękne. Widoczki są piękne. Pięknie jest.

Advertisements