12 Events of 2015, czyli O matko, znowu lista.

by oscetc

Można sobie zaśpiewać na melodię 12 Days of Christmas, jeśli ktoś lubi (ja lubię, ale nie potrafię), a niejako przy okazji przypominam, że odcinek finałowy drugiego sezonu panny Fisher jest pięknie oparty na tejże piosence. Można nadrabiać. To wpis podsumowujący mój rok wydarzeń kulturowo-internetowych, zwany również: „O matko, znowu lista”. Dłuższy, i mam nadzieję, bardziej sensowny wpis będzie wkrótce, bo się pisze.

1. Hobbit: Bitwa Pięciu Armii

W telegraficznym skrócie:

Podobało mi się. Stop. Dain, I love you. Stop. Thranduil, jak ty pięknie nosisz płaszcze. Stop. Chcę wszystkie ciuchy. Stop. Bilbo, I love you. Stop. Chcę smoka. Stop. Chcę broszkę Bilba. I plecak. I chustę. Stop. Nazgule, wow. Sauron wow. Stop. Jest na co popatrzeć. Stop. Wzrusz dwa razy. Stop.

(Nieco więcej można znaleźć na przykład tutaj).

2. Agent Carter i Galavant, czyli seriale nowe.

Agent Carter bardzo mi się podoba, jest na mojej liście do kupienia wcześniej niż później. Na razie czekam na sezon numer dwa, z niecierpliwością zacierając łapki. Wszyscy są cute i fajni, ale come on!, nic nie przebije Jamesa d’Arcy’ego jako Jarvisa. Kocham Jamesa d’Arcy’ego od Pana i władcy na krańcu świata, ale tutaj jest cudny. Dla niego warto oglądać wszystko. Dodatkowo do puli ukochanych nowych seriali dołączył Galavant. Ma wzloty i upadki, nie wszystkie odcinki są równie dobre, ale ogólnie rewelacja i już za chwilę, już za momencik kolejny sezon.

3. Sherlock, odcinek specjalny.

Chyba jedna z najbardziej wyczekiwanych premier roku. Po długiej przerwie odcinek w wiktoriańskim Londynie – czy można czekać bardziej? Dzisiaj, już po premierze, mogę powiedzieć jedno: Moffat and Gatiss, you sons of bitches. Podobało mi się, ale wolałabym regularny kolejny sezon.

4. Koncert Queen.

Queen to mój ukochany zespół. Od zawsze. Bez wyjątku. Jakoś ominął mnie poprzedni koncert, ale postanowiłam nie odpuścić sobie kolejnego. Było fenomenalnie. I wiecie co? Po raz pierwszy uwierzyłam, że oni istnieją naprawdę, są żywi i realni. Chyba trochę dorosłam.

5. Doktor Capaldiego.

Długo nie mogłam się przekonać do Doktora Capaldiego. Kochałam i kocham Dziesiątego. Po jakimś czasie pokochałam Jedenastego. Potem z wielkimi nadziejami oczekiwałam Dwunastego. Niestety ani poprzednia, ani obecna seria mnie nie zachwyciły (z wyjątkiem kilku odcinków, na przykład Mumii w Orient Expressie czy Listen). Pokochałam Capaldiego od odcinka świątecznego, Husbands of River Song. Moment, w którym mówi: Hello sweetie, ujął mnie za serce. I te jego oczy wtedy. Absolutnie pokochałam Capaldiego i Dwunastego.

6. Future is now.

21 października 2015 roku to dzień, do którego przeniósł się Marty. Czy trzeba mówić więcej? Dożyliśmy dnia, w którym przyszłość stała się teraźniejszością.

7. Drugie sezony seriali.

Scorpion, The Mysteries of Laura i Librarians. Drugie sezony, które nadal mnie bawią i które pozostają w ścisłej czołówce ulubionych ever. Scorpion może nie jest najgenialniejszy, ma wiele wad, ale jest niezwykle zabawny (a chwilami nawet wzruszający) i ma naprawdę świetną obsadę, szczególnie męską. Walter O’Brien jest moim idolem. Mysteries of Laura trzyma poziom, a główna bohaterka, jej sposób jedzenia (i to kiedy je) plus scenariusze to coś, z czym należy się zapoznać. Librarians w drugim sezonie nadal bawi, może nie jest idealnie, ale come on, dostajemy na ekranie Moriarty’ego (i to jednego z lepszych, jakich widziałam) i najlepszego Doriana Greya ever.

8. Retransmisja Hamleta, czyli o matko byłam w teatrze.

Wyzewnętrzniałam się już dość obficie we wpisie, więc nie będę się powtarzać, tylko odsyłam tutaj.

9. Hornby i Rowling.

Nie jestem fanką Hornby’ego, ale jego nowa książka mnie zachwyciła. Funny Girl jest nie tylko świetnie napisana, ale przede wszystkim pokazuje, jak powstawała telewizja, a, jak powszechnie wiadomo od An Adventure in Space and Time, to coś, co tygryski lubią najbardziej. W 2015 roku zelektryzowała mnie wieść, że będzie nowa Rowling, i to nowa Rowling Potterowa, plus będzie film. I co z tego, że prequel, będzie nowy Potter, nananana.

10. Gwiezdne wojny, Epizod VII, czyli Chewie, we’re home!

Nie czekałam jakoś bardzo, ale byłam ciekawa. Świetnie się bawiłam, mimo że młodzież prezentowała aktorstwo spróchniałego drewna, scenariusz był jak nieco przechodzone zombie, ale film miał kilka zasadniczych plusów dodatnich:

– był niesamowicie ładny i miał świetne efekty specjalne,

– miał Hana Solo w rewelacyjnej formie i to na pokładzie Sokoła Millennium, a wszystko jest lepsze z Hanem Solo,

– miał Maz Kanata i jej niesamowitą knajpę,

– miał Poe i to w prześlicznej osobie Oscara Isaaca,

– miał Kylo Rena, w którym się absolutnie zakochałam i co z tego, że jest chłopcem z pieprzykiem, za to jaki ten chłopaczek ma temperament!

– last, but not least, miał BB8. Dlaczegóż, ach dlaczegóż, nikt mi nie powiedział, że ten najsłodszy w świecie robot mruczy?!?

Advertisements