O pojemności serca, czyli tekst o niczym.

by oscetc

Podobno ludzie nie tylko rosną, ale też dorastają. Rosnąć, owszem rosnę, ostatnio okazało się, że mierzę centymetr więcej niż kiedy ostatnio sprawdzałam, ale dorastanie nadal mi się nie przydarzyło. Dzięki Zeusowi, większość moich znajomych cierpi na podobną przypadłość, więc czuję się ze sobą jeszcze lepiej niż zazwyczaj. Dzisiaj będzie jednak nie o dorastaniu tudzież dojrzewaniu w sensie ogólnym, ale, uwaga!, o zakochiwaniu się.

O zakochiwaniu się nie w sensie zamiaru tworzenia podstawowej komórki rodzinnej, chociaż jestem w stanie zrozumieć ludzi, którym się to marzy z osobami, które będą bohaterami tego tekstu. O zakochiwaniu się w idolach – aktorach i postaciach. Oczywiście, jak to u mnie, bez ładu i jakiegokolwiek sensu, za to, ojejujeju, można będzie klikać w nazwiska i tam są ukryte zdjęcia – fajnie, co?

Moja bardzo dobra koleżanka, matka dzieciom, bardzo ceni pewną postać, o której istnieniu większość może nie mieć pojęcia. Rozkosznie okrągły, puchaty, idealny do przytulania, a przy tym zabójczy. To może być tylko Skipper – kojarzycie szefa z Pingwinów z Madagaskaru? That’s the guy. Każdy chciałby być jak on – super zorganizowany, zawsze gotowy do misji, a to dziecka popilnuje, a to świat ocali, po prostu idealny. W paradę może wejść jedynie różnica gatunkowa, ale przecież nikt nie jest idealny! Dlatego też zapewne w życiu częściej jesteśmy nieco pierdołowatym, ale jakże uroczym, Szeregowym, który z daleka podziwia Skippera.

Zostawmy jednak puchate pingwinki i wróćmy do bardziej lub mniej wyobrażonych ludzi. W końcu co z tego, że ktoś nie istnieje, skoro można go kochać? Na takie drobiazgi nie należy zwracać uwagi. Mam taką dziwną przypadłość, że jest niewielkie prawdopodobieństwo, że spodoba mi się blondyn, raczej zawsze postawię na inny kolor włosów. Są od tej reguły jednak wyjątki. Na ten przykład Dorian Gray, o czym już pisałam, więc nie będę się powtarzać. Inny przypadek to pan ochrzczony przeze mnie Percym i Percym dla mnie chyba zawsze pozostanie, chociaż nazywa się Rupert Penry Jones. Kocham się w nim nieustająco od dnia, w którym po raz pierwszy obejrzałam Perswazje. Jest po prostu śliczny, uroczy, zdolny i szkoda tylko, że blondyn. Te momenty, kiedy łapie Anne, kiedy na nią patrzy, kiedy pyta, czy jest pewna swojej decyzji sprawiają, że moje zimne, szare (bo, umówmy się, nie do końca czarne) serduszko mięknie, rozpływa się i bije ze trzysta razy szybciej niż zwykle. Niejako przy okazji wspomnę, że kocham się także w odtwarzanej przez niego postaci Kapitana Wentwortha – dzielny oficer, który zmaga się z morzem i wrogimi wojskami, by zwyciężyć w bitwach nie tylko morskich, ale też w tej o serce ukochanej, co wymagało niewątpliwie więcej cierpliwości i wytrwałości niż abordaż na francuskie statki.

Kolejną postacią, która mnie intryguje od lat jest Fitzwilliam Darcy, którego rodzice tak skrzywdzili imieniem, że mówi się o nim wyłącznie używając nazwiska. Na pierwszy rzut oka dumny, nieprzystępny, złośliwy, przy bliższym poznaniu – obdarzony ogromnym poczuciem humoru i piekielnie lojalny. No jak tu go nie kochać? Mężczyzna idealny! Kocham się też w większości aktorów, którzy go grali – może niekoniecznie moim faworytem jest Laurence Olivier czy Orlando Seale (chociaż mają swój urok), ale reszta – każdy zabrał kawałek mojego serca na wyłączność. Wychodzi na to, że mam może nieco mroczne, ale szalenie pojemne serce! Zacząć wypada od Colina Firtha – to dzięki niemu pokochałam Dumę i uprzedzenie, a potem Jane Austen w ogólności (z wyjątkiem w postaci Northanger Abbey). Pomijam to, że ogólnie kocham Firtha zawsze, wiernie i z ogromnym oddaniem, ale TA SCENA z jeziorem wywoływała rumieniec na dziewczęcym licu. Myślałam, że to będzie mój jedyny Darcy (nawet w wydaniu z Bridget Jones Diary), ale potem pojawił się film, w którym aktorzy mieli wybitnie białe zęby, a w nim Matthew Macfadyen. Te oczy, ten uśmiech, kiedy spotyka Lizzy w Pemberley i rozmawiają z Georgianą – sto procent uroku w uroku. Plus był cudowny w Zgonie na pogrzebie, a Zgon na pogrzebie to film, który trzeba pokochać, również ze względu na cudownego Ruperta Gravesa, który jest cudowny absolutnie zawsze – kiedy zmaga się z detektywem w dziwnym szaliku i kiedy poluje na zęby dinozaura – i który pięknieje z wiekiem, a ja naprawdę rzadko to mówię. Wracając jednak do Darcych, niedawno pojawił się guilty pleasure movie, który bawi mnie niezwykle i bardzo chcę go posiadać na własność (aktora też bym mogła), w sensie Pride and Prejudice and Zombies i jakże piękny inaczej Sam Riley. Jest tak absolutnie uroczy, że aż się rozpływam, a scena oświadczyn awansowała do mojej ulubionej ever – ten moment zawahania, kiedy odcina Lizzy guzik przy sukience i kiedy gentleman zmaga się z wojownikiem! Gdzie są moje sole trzeźwiące? Last, but not least, żeby wreszcie odczepić się od Austen, po obejrzeniu Death Comes to Pemberley, zakochałam się w Matthew Rhysie – co za cudowny mężczyzna, ten uśmiech, jego Darcy ma cudny charakter – mężczyźni powinni być nieco skomplikowani, a jego nieco jest jakby trochę większe.

Jak widać, kocham się co rusz w kim innym. Na przykład taki Lee Pace. Jakże on jest piękny, jakże on jest męski, jak ja lubię, kiedy gra – może być elfem, złym człowiekiem albo mężczyzną, który przywraca do życia, zawsze go wielbię. No jak go nie pokochać w Pushing Daisies? Jest tak uroczy jak szczeniak labradora i podobnie się uśmiecha. Rozczulam się na samą myśl. Albo taki John Light – piękny mężczyzna, a jakie toto zdolne! Gdyby jego Flambeau z Father Brown poprosił, żebym oddała mu wszelkie dobra (nawet moje ukochane książki), od razu zaczęłabym pakować kartony i jeszcze pewnie pomogłabym znieść je do samochodu, żeby się biedaczek za bardzo nie zmęczył! O Cumberbatchu wyzewnętrzniam się tak często, że mój wall w okolicy jakichkolwiek okazji zapełnia się jego zdjęciami. Androgeniczny, specyficzny, człowiek o dziwnych oczach, miły, grzeczny, uczynny, piekielnie zdolny, bogowie, jak bardzo mogłabym znienawidzić jego żonę, ale niech ma, jeśli kogoś kochasz, chcesz, żeby był szczęśliwy – i tylko trochę pozgrzytam zębami w ciemnościach. Albo taki Tom Hiddleston – może nie wielbię go aktorsko, ale jest tak uroczy i piękny, że zachwyca mnie nieustająco. Przytula fanów, tańczy jakby nikt nie patrzył, jest zabawny i byłby idealnym Dorianem Grayem – jak mogłam się nie zakochać? A jego Loki? To dla niego wracam najczęściej do Avengersów. Tom Hiddleston jest tak słodki, że aż nabrałam ochoty na śledzia dla równowagi. A skoro już przy Avengersach jesteśmy, #TeamStark, to znaczy, że chętnie zostałabym Pepper Potts. Tony Stark jest fenomenalny: arogancki, bezczelny, ale przy tym zabawny i piekielnie inteligentny plus ma serce (albo coś tam zamiast) na właściwym miejscu. Depresyjny, rozchwiany emocjonalnie, troskliwy, po prostu skomplikowany, a jak wiadomo, skomplikowani są najlepsi i ich kochamy najbardziej.

Skomplikowani są również dwaj panowie z serialu Scorpion. Moi dwaj ulubieni panowie. Walter O’Brien, człowiek, który twierdzi, że jego IQ to 197, człowiek, który potrafi włamać się do systemów wszystkich instytucji państwowych, człowiek, który zawsze potrafi znaleźć rozwiązanie, nawet jeżeli okazuje się, że rozwiązanie brzmi, iż jest kompletnym idiotą. Jego kumpel, Toby Curtis, psychiatra, kolejny geniusz, kolejny idiota, uzależniony od hazardu, zawsze w kapeluszu, potrafi sporo poświęcić, kiedy mu zależy – podobnie zresztą jak Walter, przy czym obaj zazwyczaj udają (Walter bardziej), że im nie zależy. Mój ukochany odcinek to chyba ten świąteczny, o ratowaniu chłopca uwięzionego przez skały, no i oczywiście pierwszy. I szalenie nienawidzę obecnie scenarzystów za zakończenie drugiego sezonu, tyle muszę czekać!

Nie martwcie się, to jeszcze nie koniec, moje serce jest naprawdę pojemne. Jest w nim miejsce dla przeuroczego Steve’a Lunda, chłopca, który gra w jakże lubianych przeze mnie i naprawdę strasznych (i bardzo złych), świątecznych filmach telewizyjnych. Zawsze gra nieco zagubionych, skomplikowanych chłopców, którym trzeba wskazywać właściwą ścieżkę – ja tu trzymam drogowskaz jakby co! Kocham też nieustannie Ricky’ego Wilsona, który śpiewa nieśmiertelną „Ruby”, a poza tym juroruje w The Voice UK, gdzie świetnie sobie radzi, jest ambitny, zawzięty, a przede wszystkim niesłychanie zabawny. Czasami mówi bardziej w sarcasm niż English, ale tym bardziej go lubię. Zdarzają mi się też krótkie fascynacje Judem Law – piękny, niepokorny, naprawdę niegrzeczny (prawie tak jak Martin Freeman, ale tylko prawie, bo nikt nie jest tak niegrzeczny jak Freeman i za to też trzeba go kochać, i za to, że pamięta się go właściwie z każdego filmu, na przykład bardzo pamiętam jego pół głowy w The World’s End), a poza tym doktor Watson Jude’a Law ma ślicznego buldoga, a jak można nie kochać kogoś, kto posiada buldoga? Choćby tylko w filmie. Dziwnie się składa, ale kocham Jude’a zawsze wtedy, kiedy trafię na kolejnego Sherlocka gdziekolwiek – w telewizorze, akurat sięgnę przypadkiem po dvd albo ktoś coś o tym filmie napisze. Przy okazji kolejnego odświeżania Piratów z Karaibów zazwyczaj zapadam na chwilową miłość do Jacka Davenporta, który jest absolutnie przeuroczy, a uśmiecha się tak, że mimo całej sympatii do Orlando Blooma, szczerze dziwię się Elizabeth Swann – kto by nie wybrał Davenporta, który poza tym ma taki śliczny epizodzik w Kingsman.

W moim sercu ważne miejsce zajmuje też Doktor, w każdym wcieleniu, bo kto by nie chciał, żeby u jego drzwi zjawiła się niebieska budka i człowiek, który oferuje możliwość zobaczenia wszędzie i zawsze? Jestem spakowana prawie jak Donna Noble, tyle że ja się mieszczę w jedną walizkę i nie posiadam na stanie pudła na kapelusze, co chyba powinnam zmienić. Tardis, I believe! Możecie przybywać. Co prawda Doktor to jeden człowiek (kosmita) o wielu twarzach, ale moje ukochane to zdecydowanie David Tennant i Matt Smith, bo w nich też się kocham. No, come on, jak można nie kochać się w Tennancie? Jeżeli ktoś widział go jako Ducha Świąt Bożego Narodzenia, musi pozostać w zupełnie nie niemym zachwycie! Plus te wszystkie niesamowite role, od świra i zbója, po, właściwie po wszystko. I to taki uroczy człowiek jest! A Matt Smith, moje słoneczko. Człowiek o dziwnej fizjonomii, postrzelony, mały hipster, a poza tym obrazek, który niezwykle mnie rozczula, za każdym razem, to zdjęcie Smitha z koalą w ramionach – nie wiem, na które robię bardziej awww!

Aktorów wielbię wielu, jak widać, ale do puli chętnie dorzucę Richarda Armitage’a – niezwykle skupiony, niezwykle piękny, utalentowany, no i tak cudowny w North and South, że aż żałuję, że nie przyszło mi żyć w czasach pierwszych dużych manufaktur – skoro produkowano tam takich chłopców, mogłoby to być miejsce dla mnie. Zawsze pozostaje też do kochania Sam Rockwell – bardzo niedoceniony, za bardzo!, a jakże zdolny. Kocham go za Moon (do dzisiaj boję się na samą myśl o tym filmie), ale i za Aniołki Charliego. Kocham się także wiernie w Jamesie d’Arcym od kiedy obejrzałam po raz pierwszy Pana i Władcę. Na krańcach świata. Pierwszy oficer, zawsze gotowy do boju, ujął mnie za serce i tak zostało do dzisiaj, a moja miłość tylko wzrosła, od kiedy został Jarvisem w Agent Carter. Jarvisem, który jest jedną z moich ukochanych postaci ever – mąż idealny, gotowy do walki, uzbrojony, świetnie prowadzi, spodnie wyprasuje, pościele wykrochmali, obiad poda, drzwi otworzy. Pragnę kamerdynera!

Lata temu oglądałam z zainteresowaniem Prison Break, a przynajmniej pierwszy sezon, bo potem oglądałam bez zainteresowania, a następnie wcale. Nie rozumiałam wtedy masowej historii spowodowanej Wentworthem Millerem. Nie porwał mnie także we Flashu, ale to pewnie dlatego, że Flash, mimo rozwijanej ogromnej prędkości, mnie nie porwał. Za to kiedy trafiłam na Legends of Tomorrow, zakochałam się od razu. Leonard Snart – złośliwy, złodziej, bandyta, który zamraża świat, by zdobyć łup, człowiek-riposta rozgrzał moje serce. W serialu gra też Arthur Darvill, którego kocham od czasu, kiedy grał Rory’ego w Doktorze Who, a jako Rip Hunter jest absolutnie cudowny – musiał gwizdnąć Tardis, nie ma innego wyjaśnienia.

Żywię też wielką słabość do wszystkich agentów. Począwszy od uroczego geeka, Camerona, z The Stitchers, który prowadzi niezwykły program badawczy, jest zabawny, nosi koszule w kratę i śmieszne koszulki. Bones oglądam wiernie od lat, bo kocham się w Boothie – człowiek z sumieniem, wierzący w Boga, były snajper, który dzieli życie z kobietą-naukowcem, ateistką, która w życiu kieruje się wyłącznie faktami (przynajmniej do czasu). Od jakiegoś czasu jego partnerem jest mój kolejny idol – Aubrey, zdolny detektyw, człowiek, który zna się na finansach (wsadził za kratki własnego tatusia za malwersacje), niepozbawiony poczucia humoru, a przede wszystkim, co znacząco wzmacnia moją miłość, człowiek, który ciągle je (prawie jak Laura Diamond). Jak można nie kochać kogoś, kto ciągle je? Chodzący ideał! A na koniec jedna z moich największych miłości. Jack ‘You might as well call me Jack. Everyone else does’ Robinson, czyli partner panny Phryne Fisher. Przeuroczy człowiek, świetny detektyw, z ogromnym poczuciem humoru. Panna Fisher może zachwycać, ale to w Jacku, szczególnie serialowym, trzeba się zakochać.

Jak widać, serce to bardzo pojemny narząd. Być może, a nawet prawdopodobnie, kochanie się w aktorach lub postaciach nie jest oznaką dojrzałości, ale kto by się tym przejmował? Tyle piękna! Tyle talentu! Tylu skomplikowanych mężczyzn do kochania! I nie zapomnijcie klikać w nazwiska, te zdjęcia się same nie obejrzą!

Advertisements