Piłka jest okrągła, czyli o łydkach Krychowiaka.

by oscetc

Wczoraj ponoć świat się zatrzymał, Wyspiarze wybrali zmianę porządku w Europie, a Jakub I Stuart zaczął wiercić się w Katedrze Westminsterskiej – Szkocja po raz kolejny chce stać się samodzielna, a obie Irlandie może wreszcie się połączą. Świat się zatrzymał, ale myśli Wyspiarzy i reszty Europy w sporej części zaprząta kwestia, że piłka jest okrągła, a bramki są dwie – w końcu mamy Euro 2016.

Moi znajomi wiedzą, że daleko mi od demonstrowania poglądów. Nie dyskutuję o polityce, religii, nie wyrażam się publicznie. Jestem pro ludzka, stawiam na równość, akceptację, jednorożce i wyluzowane kwiaty na tafli jeziora. Niesamowicie mnie jednak wkurza reklama jednego ze sklepów, w której urocza para – pani w sukience w kwiatki, pan w koszulce w radosnym kolorze blue, krążą po sklepie z wypchanym koszykiem. Pani użala się nad panem, który będzie musiał tachać całe zakupy do kina, więc pan mówi, żeby ukochana poszła sama. Pani robi się przykro, że pan zostanie taki samiuteńki i smutny, na co pan odpowiada, że może kumple wpadną. A pani, po chwili wyraźnego zastanowienia, pyta, zaraz, zaraz, czy dzisiaj nie ma jakiegoś meczu? For goodness’ sake! Niemal wszyscy w tym kraju, kotki, szczeniaczki i niemowlaki wliczając, wiedzą, kiedy są mecze, szczególnie te naszej reprezentacji! Dlaczego pani nie posiedziała z Misiem czy Rysiem i nie krzyczała: co ty robisz? Ruszaj się! Biegaj, no biegaj, wyjdź do piłki! Na co czekasz matole? I inne, bardziej lub mniej niecenzuralne okrzyki.

Przyznaję, że bawią mnie obrazki tłumaczące kobietom istotę spalonego, takie jak na przykład ten, ale. No właśnie. Ale. Z moich internetów wynika, że o piłce gada kilku facetów, ale jakoś tak grzecznie i cichuteńko, a wulkany emocji wylewają się z hordy dziewczyn. Dziewczyny gadają o piłce. Kropka. I nie o gołych klatach czy bujnych fryzurach chłopaków na boisku, trust me. No dobra, przez chwilę zastanawiałam się, czy Lewandowski nie siwieje (i stwierdziłam, że jest tylko tak kretyńsko wystrzyżony na skroniach). No dobra, niektórzy są dekoracyjni, ale przede wszystkim grają w piłkę. Dziewczyny oglądają mecze i to nie tylko mecze naszych, bo przecież wtedy wszyscy stoimy w bramce albo lecimy przez kawał boiska, ale różne mecze, oceniając, krytykując, chwaląc. Ileż emocji wzbudził hokej na trawie w wykonaniu Węgrów i Portugalczyków. Jakże nisko oceniania była Francja, która gra piłkę bez emocji. I ileż westchnień kosztował ostatni występ Włochów, którzy grali jak muchy w smole (ale wiecie: Forza Italia! Sempre!).

Nie jestem wielką fanką piłki, ale wiem, co to spalony od podstawówki, kiedy moi koledzy z klasy grali o lokalny puchar, a ja chodziłam kibicować. Nie chadzam na mecze, ale mam ochotę zacząć, chociaż moje znerwicowane serce może nie wytrzymać tych emocji na żywo. Nie oglądam lig wszelkich krajów, ale wiem, że kiedy są Derby Madrytu, to kibicuję Atlético. Nie znam nazwisk wszystkich zawodników, a z listy pięciu najlepszych napastników świata, potrafię podać nazwisko jednego, bo w końcu Lewandowski. Widziałam też jego pięć goli w dziewięć minut i trenerowi Bayernu po piątym golu mogę powiedzieć: I feel ya!

Nie oglądałam wszystkich rozgrywek eliminacji do Euro 2016, ba, nie wiem, czy w całości obejrzałam chociaż jeden mecz. Ale wiecie co? Obejrzałam skrót wszystkich polskich bramek z eliminacji i otworzyłam szeroko oczy. Pamiętna kiepskich czasów, wiedziałam, że coś się zmienia, ale nie wiedziałam najważniejszego. Tym razem mamy w reprezentacji, a i owszem, wielkie nazwiska, ale mamy przede wszystkim drużynę, a jak wiadomo przed wyruszeniem w drogę trzeba zebrać drużynę. Trenerowi się udało i droga do Mordoru stanęła otworem (pamiętajcie, że do Mordoru to na lewo, gdybyście nie wiedzieli którędy z Rivendell). Te bramki były w sporej części naprawdę ładne! Uwierzyłam, że oni coś potrafią i jak reszta narodu czekałam na pierwsze mecze, bez większych oczekiwań, na luziku (w sensie ja, bo naród pewnie z oczekiwaniami i pod presją).

Mecz z Irlandią Północną wygrany – to było coś, wow, złamaliśmy passę pierwszego meczu i myślę, że trochę za mało doceniliśmy reprezentację, myśląc, że Irlandia to łatwy przeciwnik, a przecież wygrała z Ukrainą 2:0 i oddała Niemcom tylko jednego gola, jak i nam. Potem mecz z Niemcami, zakończony remisem, kiedy nadzieje na wyjście z grupy się umocniły, a potem mecz numer 3, tym razem nie o honor, tylko na luzie, aż chyba za dużym, co u mnie powodowało duży stres i okrzyki, o których wspominałam powyżej. Biegać, cholera, biegać, było najłagodniejszym stwierdzeniem, jakie padło z moich ust. I jak Ukraińcy ładnie przepraszali po faulach. I co z tego, że ich nie rozróżniam i po meczu potrafię powiedzieć: no, ten blondyn, co tak bardzo chciał i ten taki wysoki, czarne włosy, który tak ładnie się złożył w sobie, żeby nie zabić naszego bramkarza, który notabene jest dla mnie jednym z trzech ulubionych piłkarzy tego meczu (drugi to Kuba, a do łydek trzeciego kiedyś zapewne dojdę). Ważne, że mimo niezbyt szalonego meczu, emocje szalały.

W końcu udało się, wyszliśmy z grupy. Cóż, jak powiedziała w internetach pewna znająca się na rzeczy dziewczyna: zagrali jak zawsze, a wyszło jak nigdy. I zawsze zostaje nam Błaszczykowski. Trochę to smutne, że wyjście z grupy to nasz największy sukces na Euro w historii, i trochę to smutne, że nasz najskuteczniejszy na Euro strzelec bramek, zdobył ich aż dwie. I znowu ten Błaszczykowski! On to robi specjalnie, żeby komentatorzy musieli się męczyć z jego nazwiskiem. A przecież gole mogą strzelać też ludzie o nazwiskach łatwiej wymawialnych. Na przykład Milik mógłby, choćby dla Russella Crowe’a, jeśli nie może dla narodu, o mnie nie wspominając.

A teraz Szwajcaria. 1/8 finału. Świat nie zmienił się wraz z Brexitem, zmienił się, kiedy wyszliśmy na drugim miejscu z grupy, o włos za Niemcami. A może się skończył w 2012, tuż po rodzimym Euro, a my tego nie zauważyliśmy? I wiecie co, fajnie by było gdyby polska reprezentacja wygrała ze Szwajcarią, byłoby nawet świetnie, ale nie będę miała do nich żalu nawet jeśli przegrają, bo na nowo uwierzyłam, że polska piłka nie umarła i ma się całkiem nieźle. A przed meczem kieruję odezwę do narodu: oglądajcie mecze, to świetna zabawa, która gwarantuje duże emocje, nawet jeżeli nie wiecie, co to jest ten cholerny spalony, nie rozumiecie, czemu sędzia gwiżdże, a boczny (w sensie ten, który nie jest na boisku) macha chorągiewką i nawet kiedy nie grają nasi. W końcu piłka jest okrągła, a bramki są dwie, i może tym razem wszyscy zagrają, a nie wygrają Niemcy?

Ps. Żeby nie było, że nie ma o łydkach! Zostałam fanką łydek Krychowiaka, nie dlatego, że Krychowiak ma ładne łydki, chociaż ma, sprawdziłam na zdjęciach! I wcale nie dlatego, że jego łydki są ciut wysnobowane i mocno zabawne, jak i cały Krychowiak, który spokojnie mógłby reklamować pewną kraciastą markę. Zostałam fanką łydek Krychowiaka po meczu Polska-Ukraina, kiedy jego łydki zatrzymały piłkę tuż przed polską bramką i broniły jej dzielnie, nie puszczając, aż do chwili kiedy bramka była bezpieczna. Toteż w kontekście transferu do PSG: Vive les łydki Krychowiaka! Vive les łydki!

 

Advertisements