Rzecz o marzeniach

by oscetc

Marzenia bywają różne. Część można zrealizować za mniejsze bądź większe pieniądze. Dobra kawa, liczne książki, masa filmów, podróże, w tym ta upragniona Orient Expressem. Wszystko jest do ogarnięcia. Są jednak marzenia, które wymagają nie tylko pieniędzy, ale też morza czasu i samozaparcia. Moim marzeniem jest zostać archeologiem, ewentualnie bibliotekarzem. Może na emeryturze.

Mała biblioteka, gdzie będę czytać książki i niekiedy, z niechęcią, dużą dozą wrogości i milionem ostrzeżeń wypożyczać je innym. To, powiedzmy, w miarę realne marzenie – przy ilości książek, jakie posiadam, byłoby to dla nich jakieś zastosowanie. Archeologia to trudniejsze zadanie, no bo trzeba przecież zaliczyć studia, pojechać na kilka wykopalisk, pogrzebać w ziemi, skatalogować milion pińcet pierdół, a potem dostać dyplom i to właściwie tyle. Z byciem archeologiem dyplom ma niewiele wspólnego, niestety. Musiałabym być bajecznie bogata, a to, jak już wiadomo, mi raczej nie grozi, chyba że wygram w lotto (w co po cichu ciągle wierzę).

I co z tego, że od lat czytam książki o archeologii? Mezopotamia, Egipt, wszystko było mi bliższe niż rodzimi wojowie z grodu dowolnego Piasta (chociaż Piastowie też są mi bliscy, jak dziewięćdziesiąt procent historii). Bo czy wiecie, że wodzem Sumeru była kobieta? Szynkarka! Miała kobieta kontakty, to ją zrobili szefem wszystkich szefów, sounds legit. Taki Sumer właśnie, nie wiadomo, skąd się wzięli i kiedy dokładnie osiedli, gdzie osiedli, ale wiemy, że byli – gdyby ktoś chciał zobaczyć cokolwiek sumeryjskiego/akadyjskiego/egipskiego/innego, wsiada w samolot/pociąg/samochód/cokolwiek i jedzie do Londynu, po czym biegusiem do Muzeum Brytyjskiego i ogląda. Brytole nakradli znaleźli i ocalili dla ludzkości wiele skarbów starożytności (wiecie, kiedy w zeszłym roku burzono Nimrud, szlag mnie nie trafił na miejscu, bo wiedziałam, że polezę do British i tam chociaż COŚ będzie. Zawsze to jakaś pociecha.)

Moja przygoda z archeologią zaczęła się szalenie banalnie. Od czytania, to chyba jasne. Ale! (tu będzie fragment sentymentalny, wspominkowy i nieco pochwalny). Miałam dawno temu, w podstawówce, dwoje świetnych nauczycieli. Matematyka i historyka. Oboje czytali dużo i chętnie wymieniali się ze mną książkami od dnia, kiedy mój historyk spojrzał na górę książek ze szkolnej biblioteki (czego tam nie było: May, Szklarski, marne westerny oraz książki płaszcza i szpady) i się załamał. Przecież powinnam czytać klasykę klasyki! To znaczy kryminały. Tak to się zaczęło. Zatonęłam w Chmielewskiej, Tey i, oczywiście, Christie. A przecież Christie była żoną Mallowana i jeździła z nim na wykopaliska. I zaczęłam czytać o archeologii, i kochać ją wielce. Kiedyś byłam małym specem, czytałam o piśmie klinowym, ze zrozumieniem, i nawet potrafiłam co nieco odczytać, teraz sobie od czasu do czasu przyswajam ciekawostki, nowe odkrycia i rzewnie wzdycham nad jedną z niegdyś możliwych, ale obecnie porzuconych, przyszłości.

Kiedy, natomiast, zaczęłam uczyć się angielskiego, lat temu tyle, że aż żal wspominać, bo wpis dopiero zrobi się rzewny, miałam ja sobie podręcznik, co samo w sobie nie jest może niezwykłe, ale ten podręcznik miał artykuł, który mnie wielce zainteresował. Artykuł o odkrycia grobowca Tutenchamona. Słowa: „wonderful things” zostały we mnie na zawsze. Rozumiecie więc moje szaleństwo, kiedy dowiedziałam się, że będzie serial Tutankhamun! O mamo! Przecież moje „wonderful things” padnie na ekranie! Lęk też był, oczywiście, bo przecież może to będzie takie złe, że będę sobie chciała wydłubać oczy albo obrzucić czymś siedzibą produkcji. Obwąchałam pierwszy odcinek, a potem radośnie całą resztę, i DVD już do mnie płynie (albo leci). Przyznaję, że nie jest to szalenie dobre, ale dobrze się ogląda. Bez sensu, jak zazwyczaj, jest wątek romansowy. Czy, u wszystkich władców wszelkich krain, nie można zrobić serialu, nawet historycznego, bez wątku romansowego? Co mnie obchodzi kto kogo, gdzie i kiedy uwiódł? To nie Cluedo. Mnie interesują stosunki społeczne, to jak wyglądał kraj, archeolog i jego ekipa, miejscowe muzea, ciuchy, no i, oczywiście, faraon nieboszczyk. Wątek romansowy, phi. Ładnie toto zagrane, w Maksie Ironsie można się zakochać prawie tak jak w Andrew Garfieldzie. Reszta też udana. Poza romansidłem jestem wielce na tak. Możecie oglądać. Aaaa, i ofkors, że Carter mówi „wonderful things”, a kiedy to mówi, to moje szare serduszko nieco topnieje mimo temperatury za oknem i czuję coś jakby wzrusz, czego i wam życzę.

Zapisz

Advertisements