Rzecz o polepszaczach nastroju.

by oscetc

Nastał ten nieciekawy okres w roku. Za oknem biało i rozdziawiając o poranku źrenice, człowiek próbuje ogarnąć, czy to śnieg, czy może jednak ta paskudna mgła, która powoduje bóle głowy, senność i niechęć do świata. A propos senności i niechęci do świata właściwie też, człowiek robi się senny i niechętny światu jakoś tak na zawołanie. Kołdra rano woła, żeby jej nie zostawiać, a łóżko wygląda jakoś tak smutno, jakby było lekko sfoszone, że głupi człowiek zamiast zostać, idzie do pracy albo gdzieś tam. Człowiek ma potem wyrzuty sumienia przez cały dzień i wieczorem, w sensie po osiemnastej, zastanawia się, jak do takiego łóżka podejść na tyle grzecznie, żeby się człowiek mógł położyć (w sensie swój zezwłok) i może trochę przespać.

No więc tego ten. Zimno, sennie i niechęć do świata. Trzeba sobie jakoś poprawić nastrój, żeby było nieco mniej straszno i żeby łatwiej było dożyć do końca grudnia. Są różne polepszacze nastroju. Jedzenie na przykład. Jedzenie jest dobre. Dobre jedzenie jest jeszcze lepsze. Na przykład pizza, kiedy ledwie się ruszasz i otwarcie gorącego, pachnącego pudełka to największy wysiłek, na jaki jesteś w stanie się zdobyć. Kawa jest zawsze dobra, gorąca, pachnąca, mocna, z mlekiem, o każdej porze dnia, byle w dużym kubku, a czasami ślicznej filiżance. Kawa to najlepszy polepszacz nastroju. Na drugim miejscu podium jest niewątpliwie czekolada, ciężarówki czekolady, tony czekolady, mlecznej, nadziewanej, białej, gorzkiej. Czekolada powoduje, że życie od razu staje się lżejsze (a człowiek cięższy). A wyobraźcie sobie pucharek lodów z bitą śmietaną, polewą czekoladową i bananem – prawdziwa bomba, wiadomo, że kaloryczna też, ale jak poprawia nastrój!

Oglądanie zdjęć kotków też robi dobrze na psychikę, szczeniaczków zresztą też – widzieliście kiedyś szczeniaka corgie? Od razu wywołuje uśmiech na twarzy. Polepszaczami nastroju są też książki, w tym możliwie jak najgłupsze, człowiekowi od razu poprawia się nastrój i samoocena. Książki są wysoko na mojej liście ‘Comfy – the best of’, a kiedy zdarza się combo książki, kawa i czekolada, to już czyste szaleństwo.

Kiedy jednak zdarza się, że nastrój, mimo tankowca czekolady, garnizonu książek i morza kawy, nie chce zrobić się lepszy, pora na włączenie ulubionego filmu na polepszenie nastroju. Od lat, kiedy robi się paskudnie na zewnątrz, okopuję się w kocu i włączam Władcę Pierścieni, oczywiście w wersji rozszerzonej. Dobre dwanaście godzin później jestem od razu bardziej odprężona, a potem zapewne siłą rozpędu włączam Hobbita. Śródziemie jest idealne na grudzień, a w okolicy Świąt to już w ogóle bajka. Elfy – są, brodaci (bardziej lub mniej) ludzie – są, sanie – są, festivity – jest, śnieg – jest, chwilami aż za dużo, czarodziej w szacie – jest, typowy świąteczny film – jest.

Grudzień oznacza też obowiązkowy seans Love Actually i oczywiście nie tylko dlatego, żeby robić stopklatkę co kilka sekund, na przykład w tej scenie. Wcale a wcale, tylko za każdym razem, bo to jedna z najpiękniejszych scen ever. No i oczywiście tańczący Hugh Grant, bo każdy chce oglądać tańczącego Hugh Granta, tak dwanaście razy z rzędu albo więcej. Jest też taki bardzo niedoceniony film, który kocham miłością wielką i znam co najmniej dwie osoby, które również go uwielbiają. Król Artur. Tak, wiem, chwilami absurdalny, tak, wiem, miewa kiepskie momenty, ale, no come on, przyznajcie, że ma też świetne momenty. Na przykład ten – Stellan Skarsgard skradł moje serce dawno temu, ale po tej scenie jakoś pięć razy bardziej. No i TA obsada – czyż jest piękniejszy Lancelot niż Ioan Gruffud i jego dwa miecze? A Mads Mikkelsen? A cała reszta? No może z wyjątkiem skądinąd sympatycznego i dość przeze mnie lubianego Clive’a Owena, który jest nieco sztywny. Ale i film, i muzyka świetnie poprawiają mi nastrój.

Do pakietu pocieszaczy należy dorzucić wszystkie Marvele i to nie tylko dlatego, że #TeamIronMan like forever! Zawsze poprawia mi nastrój dużo wybuchów, dużo akcji i sporo niezłych dialogów, a do tego Marvele nadają się idealnie. No i jest Loki. Mój kindle ma na imię Loki w celu uhonorowania tego podstępnego, nieco rogatego, wspaniałego zawodnika. Humor poprawia mi też nieodmiennie Obłędny rycerz. Powodów jest kilka i wszystkie są męską obsadą. Może z wyjątkiem Heatha Ledgera, bo mieszczę się w tym promilu ludzkości, który nie kochał Heatha Ledgera, szczególnie jako Jokera… Ale w Obłędnym rycerzu jest niezły. Wspaniały jest Paul Bettany no i oczywiście James Purefoy. Ach, James Purefoy, jedno z moich większych zauroczeń w czasach premiery filmu, do dzisiaj zawsze cieszę się jak dziecko, kiedy wypatrzę go w którymkolwiek filmie (w celu zauroczenia klikamy tutaj). Niedawno do pakietu pocieszaczy dorzuciłam Zwierzogród. Jest absolutnie prześliczny, MA fabułę i to fajną, ma świetne postaci, w tym oczywiście mojego ukochanego Nicka. Oglądam za każdym razem, kiedy mi chociaż trochę źle i działa, od razu mi lepiej, daję się zaczarować magii Zwierzogrodu.

Wiadomo chyba już powszechnie, że lubię filmy, w których jest dużo fajnej obsady, filmy, w których dużo się dzieje, filmy, które pozwalają się śmiać, uśmiechać, cieszyć, nawet jeśli są straszliwie głupie. Expendables nie należy do światowej czołówki kina jakościowego, ale uwielbiam. Poprawia mi nastrój za każdym razem, szczególnie druga część, a najmniej może trzecia, ale i tak świetnie się ogląda. Pomijając Stallone’a, jest przede wszystkim Statham, który jest absolutnie cudowny i którego uwielbiam. Plus jedną z ról życia zagrał Banderas. Bo wiecie Expendables to w skrócie: żarty się skończyły; Przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę; It’s raining men; Go-go (Banderas!!); I like travelling; Christmas is coming (Statham!!); Morons need friends; Rusty’s; Lundgren; Statham. A z filmów drużynowych to oczywiście wszystko, co ma jakikolwiek związek ze Star Wars plus Ocean’s Eleven, bo obsada, bo Las Vegas, bo kasyno, bo dialogi, bo właściwie wszystko.

Jako że nastał grudzień, a ja mam do świąt stosunek dość dwubiegunowy – nie kocham świąt, bo to okres ganiania, spieszenia się i stresu, ale nie umiem się oprzeć świątecznej liście przebojów, szczególnie piosence ‘Let it Snow’ (i to nie tylko w tej reklamie, ale pamiętajcie, że reklama ma kotka, więc to też combo) oraz najgłupszym na świecie filmom świątecznym. Filmów nieodmiennie dostarczają wszystkie telewizje, a ostatnio Netflix. Są głupie i głupsze, i to właściwie cały podział. Jest sobie zagubiona pani, która pracuje w telewizji/piecze ciastka/uczy śpiewu/jest ambitnym pracownikiem na drodze do awansu/właśnie straciła pracę/panną/wdową/rozwódką. Zagubiona pani poznaje zagubionego pana, który pracuje w telewizji/piecze ciastka/uczy śpiewu/jest ambitnym pracownikiem na drodze do awansu/właśnie stracił pracę/kawalerem/wdowcem/rozwodnikiem. Zagubieni pani i pan mają do rozwiązania jakiś problem/muszą ocalić miasto albo firmę, albo wiarę w święta/wygrać w konkursie. Po drodze oczywiście mają kryzys, ale potem magicznie rozwiązują każdy problem i całują się pod choinką/jemiołą/gdziekolwiek w świątecznych okolicznościach. Słodkości cała masa, ale jaki polepszacz nastroju, działa za każdym razem.

Polepszajcie sobie nastrój, czym lubicie i Wesołych Świąt!

Advertisements