Gwiżdżę na Oskara

by oscetc

Gosling śpiewa. I to nie to, że pitu pitu, ale uskuteczniał udział w boysbandzie już w Młodym Herkulesie. Pamiętacie taki kosmicznie głupi serial? Młody Herkules o wyglądzie nastoletniego surfera włóczył się po świecie ze znajomymi, takim Jazonem na przykład, i natykał na wszystkie zjawiska mitologiczne. Urocze, siedemnastoletnie wówczas, chłopię wspominam z sentymentem i z przyjemnością odświeżyłam te pięćdziesiąt (!) odcinków. Dobrze, że krótkich. Będę uczciwa. Strasznie toto głupie, ale jakże odprężające. I to nie tak, że oglądam Młodego Herkulesa dla odprężenia od czasu do czasu, nie ukrywam, że postanowiłam do niego wrócić, bo od dawna zastanawia mnie, co wszyscy widzą w Goslingu. A rozważania na temat Goslinga wzięły się oczywiście z seansu La La Land.

La La Land to uroczy, przyjemny film, kolorowy, idealny po ciężkim dniu na poprawę nastroju. Nawiązuje do tylu musicali, że przez sporą część seansu zastanawiałam się, gdzie już to wszystko widziałam. Klasyczny (niemal, bo ostatnia scena tak jakby wcale nieklasyczna) musical w nowoczesnym wydaniu – nieco może abstrakcyjne, ale jednak ciekawe. Ścieżka dźwiękowa jest fantastyczna. Trafiła na moją listę od razu po seansie. I zapragnęłam pójść do autentycznego klubu jazzowego, poczekam zapewne z tą wycieczką na lato, ale nie odpuszczę. Nie ukrywam, że Gosling i Stone NIE są moimi ulubieńcami. Gosling najbardziej podobał mi się w The Nice Guys (bo to fajny film jest), ale nigdy go nie fanowałam szalenie, nawet w czasach Pamiętnika, kiedy na jego widok łkały narody. Nie kocham też Emmy Stone, jest na mojej liście obok Jennifer Lawrence i Scarlett Johansson – możecie kochać je wszyscy, ale ja jakoś wolę obejść z daleka. La La Land ma kilka fajnych, jedną bardzo dobrą i jedną genialną scenę. Bardzo dobra jest scena przesłuchania Mii, z najlepszą IMHO piosenką ‘Audition’, a genialna jest oczywiście scena ostatnia. Rzekłam. Zapewne wrócę do niego nie raz, ale jeżeli to jest najlepszy film minionego roku, to nieco mi smutno.

A propos najlepszych filmów minionego roku. Za tydzień Oskary, a jak wiadomo, choćby stąd i stąd, oglądam Oskary od lat tylu, że nie warto liczyć. W tym roku o miano najlepszego filmu roku 2016, oprócz La La Land, rywalizują Arrival, czyli film, który zaczyna się dobrze, a potem jest gorzej, niemniej jest przyzwoicie zagrany, naprawdę ładny, z nieco irytującą muzyką; obiecuje wiele, ale zostawia tak naprawdę z niczym; Fences, czyli przeniesienie sztuki na ekran, duszne, chwilami ciężkie, wymagające, męczące, ale świetnie zagrane, Viola Davis rządzi na ekranie; Hacksaw Ridge, czyli film, który powinien zrobić ktoś inny, bo jest zbyt patetyczny, doniosły, a przez to chwilami męczący, Garfield jest dobry, reszta sympatyczna, a historia pełna ran postrzałowych, kłutych i ciętych; Hell or High Water, czyli wester-nie western, chwilami męczący, ale świetnie się go słucha, nawet kiedy na ekranie wszyscy mamroczą, o dziwo chyba najlepiej zrobiłoby mu wycięcie głównego wątku i zostawienie rozkmin, dyskusji i dogryzania; Lion, czyli świetny Sunny Pawar i jego połowa filmu oraz średni Dev Patel i męcząca druga połowa, w bonusie z nad podziw dobrą Kidman i Wenhamem, którego zawsze miło zobaczyć na ekranie; Manchester by the Sea, czyli dramat z elementami świetnego humoru, spokojny, nieprzesadzony, ze znakomitym Affleckiem (tym ładniejszym z braci), dobrym Hedgesem i Williams z jedną świetną sceną; Moonlight, czyli film, o którym ciężko cokolwiek powiedzieć, ciekawy, ale nie porywa, nominacja oskarowa męska zasłużona, szkoda, że Aliego nie ma więcej na ekranie; Harris nienadzwyczajna, Hidden Figures, czyli film, który przede mną i który wiele obiecuje w zwiastunie. Zapewne z nagrodą wyjedzie La La Land, na co się nie obrażę, ale jakby było jakieś zaskoczenie, jak lata temu Crush, byłoby chyba ciekawiej.

Domyślam się, że statuetkę w kategorii najlepszy reżyser zgarnie Damien Chazelle i chyba zasłużenie, bo co film, to coś nowego i naprawdę czekam na jakiś film noir z muzyką wplątaną w główny wątek fabularny, bo to było coś, a muzykę wplątywać w fabułę Chazelle niewątpliwie potrafi. Arrival mnie rozczarował, Gibson poszedł tradycyjnie ścieżką patosu, Lonergan zrobił dobry, kameralny film i jest moim kandydatem numer 2, ale myślę, że przegra z rozmachem La La Land, a o Moonlight, jak wiadomo, nie wiem, co powiedzieć.

Gosling wygwizdał, wyśpiewał i wygrał sobie tę nominację, ale myślę, że jednak pokona go rewelacyjny Casey Affleck, który może tym razem podziękuje bratu, o którym zapomniał (?) podczas Globów. Miło zobaczyć nominację dla Garfielda, który jest przeuroczy i wygląda na dwadzieścia lat, i bardzo go lubię. Washington przyzwoity, ale nienadzwyczajny, zdecydowanie przyćmiła go Viola Davis. Zawsze cieszy mnie nominacja dla Mortensena, szczególnie w kinie nieco poza głównym nurtem.

Wśród aktorów wspierających IMHO wyróżnia się Ali, jest znakomity jako Juan w Moonlight i to jemu wręczyłabym statuetkę. Bridges jak zawsze cieszy w gronie nominowanych i nie żałowałabym mu nagrody. Hedges jest niezły, ciekawi mnie, co będzie robił dalej, będę go obserwować. Patela przyćmił Sunny Pawar i to jemu dałabym chociaż nominację. Nieco zaskakująca nominacja dla Shannona za Nocturnal Animals, czyli piękny film, który można by wszelako nieco skrócić i dopracować.

Wśród pań w rolach pierwszoplanowych zdecydowaną faworytką jest niewątpliwie Stone, ale po pierwsze nie kocham jej jakoś szczególnie, a po drugie uważam, że dwie inne nominacje są dużo bardziej zasłużone. Natalie Portman była znakomita w tytułowej roli w Jackie, czyli w dobrym filmie, który się nie dłuży, ma świetne zdjęcia, piękną muzykę i scenografię. Isabelle Huppert była bardzo dobra w świetnie poprowadzonym i trzymającym w napięciu Elle, a skoro film przepadł i nie dostał nominacji dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego, to może, na pociechę, statuetkę zgarnie właśnie ona. Zawsze miło zobaczyć nominację dla Ruth Negga i czekam na więcej jej ról, może w nieco ciekawszych filmach, a Streep miejsce ma chyba zaklepane zawsze, ale jej Florence nie zachwyca, moim zdaniem dużo lepszy jest Grant, którego brakuje mi wśród nominowanych.

Wśród pań wspierających jak dla mnie wygrywa Davis, która robi ten film, wystarczyła jej jedna scena, a druga to już wisienka na torcie. Kidman była zaskakująco dobra, nominacji jej nie żałuję, ale wygrana byłaby wielkim zaskoczeniem. Harris mnie nie zachwyciła, zagrała dobrze, ale niczym się nie wyróżniła. Williams dostała nominację chyba za jedną scenę, szlochanie wychodzi jej nad podziw dobrze. Zagrozić Davis może chyba tylko jej przyjaciółka, Spencer, ale czy cały film dorówna temu, co pokazano w zwiastunie, dopiero zobaczę (i może dopiszę poemat na cześć Spencer).

Ze scenariuszy oryginalnych nagrodziłabym 20th Century Women, bo już zwiastun pokazuje jako znakomicie jest napisany. Cieszy nominacja dla The Lobster, czyli jednego z najdziwniejszych filmów, jakie widziałam, ale mam nadzieję, że jednak nie zgarnie statuetki. Hell or High Water chyba dostał zasłużoną nominację za dialogi, bo główny wątek fabularny cieszył mnie najmniej. Manchester by the Sea jest dobrze napisane, ale ten film tworzą bardziej aktorzy niż opowiadana historia, a La La Land jest urocze, ale gdyby zgarnęło statuetkę, to chyba za końcówkę albo siłą rozpędu.

Wśród scenariuszy adaptowanych chyba najbardziej trzymam kciuki za Hidden Figures, bo reszta mnie scenariuszowo nie zachwyciła. Arrival dużo obiecuje i w połowie jest dobry, a w połowie nudny. Fences jest męczący i widać, że dosłownie przeniesiono sztukę na ekran. Kibicowałabym Lionowi, gdyby jego druga połowa była chociaż w połowie tak dobra jak pierwsza, ale nie jest. Moonlight mnie zaskoczył, najlepsza była środkowa część, pierwsza była niezła, a trzecia mnie nie zachwyciła. Mimo że Hidden Figures nadal przede mną, to, o ironio, zagłosowałabym na film, którego nie widziałam.

Mimo że Kubo and the Two Strings jest prześliczne, to nieco leży fabularnie. Moana jest ładna, ma świetną muzykę, ale fabułę zgubiono gdzieś na dnie morza. The Red Turtle jest fajny, ale nieco nudny, a My Life as a Zucchini niestety przegapiłam. Oczywiście zagłosowałabym na Zootopię, bo jest prześlicznym i świetnie napisanym filmem.

Są szanse, że coś jeszcze dopiszę, bo wypadałoby chociaż o Silence, czyli o filmie, którego szalenie się boję i pewnie będę oglądać z zamkniętymi oczami przez połowę czasu. Może bym coś napisała też o filmie, który mnie zaskoczył pozytywnie, czyli o 13 Hours: The Secret Soldiers of Benghazi, z którego można by wyciąć ze dwadzieścia minut, ale Bay zrobił dobry film, a John Krasinski, czego się kompletnie nie spodziewałam, nadaje się do grania żołnierzy. Powinnam też wspomnieć o Passengers, ale to rozszerzona wersja trailera, jeśli widzieliście zwiastun, to możecie spokojnie nie oglądać filmu. Najfajniejszy jest początek, kiedy Pratt jest na ekranie sam i w towarzystwie Sheena, bo Sheen jest, jak zawsze, świetny. Pratt jest jak zawsze uroczy, a Lawrence też jak zawsze przeciętna (ale pamiętajcie, że jestem uprzedzona, bo za nią nie przepadam). Śliczny wizualnie, z absolutnie niewykorzystaną fabułą. Kusi mnie, by napisać coś o A Man Called Ove, który jest świetnie napisany, świetnie zagrany, smutny i zabawny; konflikt Volvo-Saab rządzą, ale bardziej rządzi kot (a koty są miłe). Kiedyś wypadałoby coś więcej także o Suicide Squad, które mi się podobało. Ma milion wad i kilka zalet. Ma fajną Margot Robbie i słabszego Jareda Leto (ale on ma za to jedną fajną scenę). Ma też kiepską fabułę, jest poszatkowany bardziej niż mięso na pasztet, ale bawiłam się na nim przednio.

Kiedyś raczej będzie coś więcej, bo czekam na płytę, o Fantastic Beasts and Where to Find Them, czyli o tym jak jak nie lubię Redmayne’a (czyli bardzo), tak uroczy jest ten film (czyli bardzo). Sceny z życia codziennego bardzo na tak, sceny z Kongresu bardzo fajne – te wnętrza, te sprzęty. Colin Farrell bardzo na tak i jak piękne wyglada, i jakie ma piękne ciuchy. I jakie Tina ma piękne ciuchy! I buty w ostatniej scenie. I efekty. I Jacob, który świetnie reaguje na magiczny świat. No i oczywiście dwie moje największe miłości: magiczne parasolki i Niuchacz. Niuchacz jest cudny. Czekam też na śliczne wydanie filmu Doctor Strange, czyli Cumberbatch, incepcja i pelerynka, czyli trio idealne. Piękny, zabawny, fajnie zagrany i fajnie zrobiony, a pelerynę to ja poproszę, nie musicie pakować. Kiedyś pewnie się skuszę też na Star Trek Beyond, czyli film, w którym scenariusz leżał i kwiczał w sporej części, fatalne były wszystkie elementy filozoficzne, rozważania o życiu itp., bad guy nie zachwycił w żadnym razie. Super są rozmowy między Bonesem a Spockiem, mrugnięcia okiem do fanów, wszystkie momenty, kiedy Bones coś mówi, Checkov, bitwy w kosmosie, podróż Franklinem, strasznie to wszystko było ładne, ale tak, że wow, no i koncepcja Spocka Schrödingera bardzo mi pasowała. To taki film, którego fabułę się wypiera, ale, mimo nudy w środku, wychodzi się w dobrym nastroju. I raczej na pewno przeczytacie tu jeszcze o Rogue One, które dało coś świeżego, z fajną muzyką, może chwilami nieco za mało emocjonalne, ale Diego Luna rekompensuje wiele, oj wiele. I może by tak przy okazji coś o Star Wars w ogóle?

Zapewne więcej nie wspomnę o kilku filmach, więc może warto tutaj, tak przy okazji. Trolls jest kolorowe, śliczne i ma świetną muzykę, ale jest nieco za proste dla dorosłych. Hail, Caesar!, czyli kino o kinie, a to coś, co lubię najbardziej. Bawiłam się wyśmienicie i nawet Johansson mnie nie irytowała, a to naprawdę rzadkie. Świetna scenografia i muzyka. Florence Foster Jenkins, czyli film, który trzeba obejrzeć dla Hugh Granta. Deep Water Horizon, czyli Nic. Wybuch i efekty. Nic. Plus patos, padanie na kolana i powiewająca flaga. Możecie sobie darować i nie dziękujcie.

Także wiecie, za tydzień w niedzielę wysypiamy się do oporu, pijemy hektolitry kawy, szykujemy przekąski i smakołyki, ubieramy się w coś super wygodnego, czyli do wyboru dres albo wypasiona kiecka, albo smoking i czekamy na najbardziej wyjątkową randkę roku, randkę z Oskarem.

Zapisz

Advertisements