OSC Telegram #3

by oscetc

Pogoda jaka jest każdy widzi. Niby Ofelia przywlokła trochę słońca, ale i tak ponuro, szaro, smętnie i człowiek zaczyna myśleć o grudniu i prezentach. To znaczy, że październik. Październik nie jest spoko, ale zawsze może być gorzej, bo przecież zaraz listopad. A listopad = gorzej. Żeby poprawić sobie humor, można się za to zakopać w koc na kanapie z herbatą, czekoladą, książką i obejrzeć coś głupiutkiego, a może powtórzyć Star Treka albo Władcę Pierścieni. Zawsze działa.

#Wspomnienie

Zbliża się początek listopada, a to dzień kiedy wspominamy. Jako że to miejsce na wynurzenia o tym, co czytam, warto wspomnieć o pisarzach, których już nie ma, a którzy na mnie wpłynęli.

Zawsze wspominam Pratchetta. Nasza przygoda zaczęła się niezbyt szczęśliwie. Pierwsza randka, jeszcze na studiach, nie była udana. Nie widzieliśmy się potem całe lata, mijaliśmy się, kiedy spotykaliśmy się u wspólnych znajomych, obserwowaliśmy się z daleka, ale nie było chemii. Daliśmy sobie kolejną szansę w pewne wakacje we Wrocławiu. Chodziłam wtedy dużo do kina i wydawało mi się, że nie potrzebuję nowego związku, ale przypadkiem na siebie wpadliśmy i zaiskrzyło. Od tego czasu właściwie się nie rozstajemy, owszem zdarzają mi się spotkania z innymi, ale zawsze do niego wracam – kiedy jestem smutna, kiedy jestem szczęśliwa, kiedy chcę się odprężyć i kiedy muszę się skupić. Mimo że Pratchetta już nie ma, jego książki zostały. I mimo że czuję żal, że nie będzie kolejnej książki, wiem, że zawsze mam do czego wracać.

Kiedy byłam w piątej klasie szkoły podstawowej, dużo czytałam. Mój ulubiony nauczyciel historii kiedyś załamał się, kiedy zobaczył, że czytam popłuczyny po Trzech muszkieterach i książkach Maya. Kazał mi iść do biblioteki szkolnej i czytać kryminały. Tak sięgnęłam po Chmielewską, której styl bardzo na mnie wpłynął i do dzisiaj pozostaje na szczycie mojej listy ulubionych pisarzy, a jej Wszystko czerwone czytałam w nocy pod kołdrą i bardzo próbowałam nie śmiać się na tyle głośno, żeby nie pobudzić reszty domowników. Kiedy żałuję, że nie będzie kolejnej książki, sięgam po Lesia albo Najstarszą prawnuczkę, albo Studnię przodków, albo którąkolwiek inną i cieszę się, że po prostu są.

#Happily ever after and?

Jest taki kanał telewizyjny. Hallmark. Kanał, który regularnie wypuszcza filmy i seriale, które są niezwykle ubogie w fabułę, ale jakoś tak przyjemnie się je ogląda. Człowiek się nie musi wysilać. Główni bohaterowie smęcą się po dość kolorowej rzeczywistości, przeżywają lekkie sztormy, by dojść do happily ever after. I wiecie co mnie zawsze zastanawia? Co zdarzyło się potem. W sensie kiedy już się odnaleźli, wyznali i postanowili zacząć życie razem. Jakie mieli problemy, gdzie zamieszkali, jak im się układało. I zawsze żałuję, że nie ma kolejnej części każdej bajki, ale podobno wyobraźnia jest ważniejsza od wiedzy.

#Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara

Kiedy poszłam do kina na pierwszą część Piratów z Karaibów, absolutnie się zakochałam. Poszłam więc drugi raz, a kiedy film wyszedł na dvd, zanabyłam za oszałamiającą, szczególnie na początku lat 2000, kwotę, 73 złotych. Kolejne dwie części mają piękne sceny otwierające i świetnie się na nich bawię. Czwarta część może nie była porywająca, ale ma kilka fantastycznych scen, szczególnie kocham Jacka Sparrowa nad przepaścią i w zupełności podzielam jego uczucia.

You know that feeling you get sometimes when you’re standing in a high place?
Sudden urge to jump?
I don’t have it.

Poleciałam na Zemstę Salazara do kina i wyszłam z uczuciem pełni szczęścia. Muzyka jest, jak zawsze zresztą, fantastyczna. Bardem jest bardzo fajny i przy całej mojej wielkiej miłości do Jacka Sparrowa, muszę przyznać, że tym razem moje serce skradł Barbossa.

#Kingsman: The Golden Circle

Bardzo lubię pierwszą część. Trafia do mnie absurdalne poczucie humoru, a wybuchające kolorowo głowy rozwalają mnie za każdym razem. Na drugą część czaiłam się od pierwszego zwiastuna. Kingsman obfituje w śliczne sceny, w tym te absolutnie szalone, jak z wielką maszynką do mielenia mięsa. I pamiętajcie, angielskie taksówki są najlepsze. Agenci też. Amerykańscy też są fajni i mają fajne zabawki. Najlepszy jest jednak Mark Strong i najlepiej wygląda w garniturze. Rewelacyjnie wygląda w garniturze i fakt, że go fanuję od niemal dwudziestu lat nie wpływa na moją ocenę, wcale a wcale. Film jest zabawny. Przy całej mojej, niemałej, sympatii do pierwszej części, druga jest lepsza. Zdecydowanie lepsza. I ma ślicznie starzejącą się Julianne Moore. I ma absolutnie przeuroczego Colina Firtha, który wszędzie widzi motyle. I ma oczywiście Marka Stronga. I ma przeosom psy, w tym szczeniaka mopsa. I po tym filmie będzie wam się nuciło Take me Home, Country Roads, like cały czas, ale i tak warto.

Jak widać, ta forma podoba mi się najbardziej i najlepiej się dla mnie sprawdza, so brace yourself!

Advertisements