The Last Jedi, czyli najważniejsza jest nadzieja. I Kylo Ren.

by oscetc

Punkt wyjścia jest taki, że lubię Star Wars. W każdej odsłonie. Jedne bardziej, inne mniej, ale fanuję. Nie mogłam się doczekać, żeby obejrzeć Ostatniego Jedi. Co prawda, miałam pójść dopiero w Nowy Rok, ale nie wytrzymałam i poleciałam dzisiaj. Wpis będzie absolutnie fanowski i pełen spoilerów.

Ostatni Jedi dzieli internety – mój internet, co do zasady, trwa w zachwycie, posuwając się nawet do nazwania filmu najlepszą odsłoną ever, ale gdzieś na obrzeżach krążą głosy pełne niezadowolenia. Dziury fabularne ofkors, że są. Pamiętam jednak, że to Gwiezdne Wojny, gdzie czego jak czego, ale dziur fabularnych nie brakowało nigdy. I prawdę mówiąc, WHO CARES? Na pewno nie ja. Jest kilka scen takich, że omatkoicórko, dlaczego oni mi to robią, przy czym największym hiciorem jest chyba Leia lecąca w przestrzeni kosmicznej, już oszroniona, ale przenosząca się dzięki Mocy przez zniszczony mostek prosto w ramiona ekipy medycznej, która upycha ją pod tlenem. Nie ma to jednak większego znaczenia, bo wyszłam z seansu w stanie zachwytu – nie jest co prawda idealnie, ale ta odsłona daje nadzieję na to, że ostatnia część tej trylogii będzie co najmniej bardzo dobra. A jak rzekł był Cassian w Rogue One, Rebellions are built on hope.

Co mnie nie zachwyciło.

Wątek Snoke’a. W poprzednim Epizodzie wykreował się na tego złego, który jest godnym następcą Imperatora i rozniesie galaktykę, żeby zbudować ją według własnego porządku. Tutaj, na początku, miesza ile wlezie, jest taaaaaaki przewidujący, żeby potem dać się zabić jakoś tak siłą rozpędu i z zaskoczenia. Like, serio? Nieco to wszystko było za proste i za łatwe, ale jestem skłonna to darować scenarzystom, bo pozwoliła wykreować tą sceną Prawdziwie Złego Bad Guya (dla wygody w skrócie PZBG), do którego jeszcze wrócę. Nie zachwyca też zbytnio wątek Yody. Znowu, serio? Wiem, że dziury fabularne to naturalny stan rzeczy, ale troszeńkę, ociupinkę logiki, pretty please! Skoro Yoda może wrócić z połączenia z Mocą, pstryknąć palcami i zburzyć budynek, to dlaczego, ach dlaczego, mistrzowie Jedi nie wrócą, żeby wygrać wojnę? Ba, skoro Moc wymaga równowagi, to czemu, u wszystkich bogów Olimpu, nie wracają też ich przeciwnicy, żeby zdławić rebelię?!

Rzeź rebelii wypada nieco blado. Come on, wybili prawie wszystkich, ocalała garstka, ale jakoś to wszystko przebiega mało boleśnie. Wcześniejsza akcja spowodowana niesubordynacją Poe była opłakiwana nieco bardziej, a tutaj jakoś tak nieco na luziku. Ważne, że ocalała iskra rebelii. Wiem, że poświęcenie pani admirał, zresztą znakomicie zrobione, skupia uwagę, którą nieco odwraca od rzezi także wątek rozwalonej misji Finna i Rose, ale można by się nieco bardziej skupić na tym, że zginęli niemal wszyscy rebelianci. Wiem, że na tej scenie zbudowano chyba jedną z najpiękniejszych potyczek w historii Gwiezdnych Wojen na solnej wersji Hoth (wiem, że mogłabym sprawdzić, jak ta planeta się nazywa, ale prawdę mówiąc mi się nie chce, więc dalej będę ją nazywać dla wygody SW Hoth), do której jeszcze wrócę, ale jednak jakiś niedosyt pozostał.

Poza tym chciałabym wspomnieć, że jeżeli rebeliantów karze się, ogłuszając ich, a potem głaszcząc po policzku, bo przecież lubimy tego cyngla, to ja bym się bardzo chętnie zapisała do rebeliantów i robiła wszystko po mojemu. I uwaga, naprawdę podoba mi się postać Poe i kocham Poe, ale jednak zdrada to zdrada. Przy czym warto zauważyć, że ta nieco irytująca sytuacja pokazała nam, że nowym głównodowodzącym Rebelii będzie właśnie Poe, co mnie niezwykle wręcz cieszy, bo jakiż on jest piękny i jakie ma cudne wdzianka. Wdzianka to w ogóle osobny temat, bo jakże piękny płaszcz ma Hux w pierwszej scenie i w jakże pięknym płaszczu z kołnierzem występuje Leia na SW Hoth! Pragnę.

Szkoda mi też nieco misji Finna i Rose. Co prawda dała nam na chwilę Benicio del Toro, który wygląda jak Brad Pitt, ergo wygląda bardzo dobrze, ale niewiele wnosi do fabuły, przy czym, mam nadzieję, że powróci w Epizodzie IX i, jak wszystkie tego typu postaci w Gwiezdnych Wojnach, nawróci się na stronę rebelii. Dała nam także fantastycznie zrealizowaną planetę luksusu, z kasynem, w którym ci, którzy dorobili się na handlu bronią, wydają to, co mają na super drinki i jednorękiego bandytę tudzież ruletkę. Jestem z siebie bardzo dumna, że rozpoznałam Justina Theroux. Dała nam też niesamowite zwierzątka, do których jeszcze wrócę. No i przede wszystkim dała nam nieco realizmu, gdy DJ del Toro wyjaśnia Finnowi, że ci źli burżuje dorobili się budując broń nie tylko dla tych złych, ale także dla rebelii. Co więc mi zgrzytało? Śmierć Phasmy, jak na tę postać, dość lajtowa i szybka, Finn machnął kilka razy swoją szabelką i pyk pyk, szefowej, specjalistki od walki, po prostu nie ma. Duża w tym zasługa BB8, który jest absolutnie fenomenalny, kiedy przejmuje uzbrojenie wroga. Wątek Finn i Rose jest w ogóle mocno nierówny. Dziewczyna-geek (która ma różdżkę jak od Olivandera), zachwycona bohaterem, jest rozczarowana, że wspaniały Finn chciał salwować się ucieczką, kiedy jej siostra zginęła za sprawę. Postanawia jednak postawić wszystko na jedną kartę i pomóc mu w szaleńczej misji, by wrócić, stanąć do walki o sprawę u boku ostatnich rebeliantów i ocalić Finna, który rzuca się z szaleńczą misję, zastępując w roli buntownika Poe. Nieco szkoda tylko, że musiała mu przy tym wyznać miłość, a jego czułość i troska wskazują, że być może Finn zapomni o Rey, która zajmowała każdą jego myśl, żeby zaopiekować się Rose. Będzie się działo.

Co mi się podobało.

Nad płaszczem Huxa już się zachwycałam, więc pozostaje mi sam Hux. Frustrat, który ciągle pragnie dowodzić i musi znosić wieczne poszturchiwania ze strony Kylo Rena i Snoke’a. Mam spore przeczucie, że to między nimi rozstrzygnie się najważniejszy pojedynek tej trylogii, pojedynek nie tylko o władzę, lecz także, a może przede wszystkim, o wizję i ideę. Czekam z utęsknieniem na to, kiedy Hux, ideowiec nieskażony jakimkolwiek konfliktem wewnętrznym (poza pragnieniem władzy), wreszcie wybuchnie.

Pisałam już o wielkim poświęceniu pani admirał Holdo, ale warto wspomnieć, jak pięknie wygląda Laura Dern i jaką ma wspaniałą fryzurę, szanuję wielce. Jej pomysł na ucieczkę transporterami, odrzucony pierwotnie przez Poe, który prowokuje jawny bunt przeciwko Holdo, miał wielkie szanse powodzenia, gdyby oczywiście nie wtajemniczyli we wszystko Finna, a związku z tym Dj. Pani admirał jednak jest jak prawdziwy kapitan, idzie na dno ze swoim statkiem i to w jakim stylu! Po fantastycznym pomyśle na ucieczkę poprzez utrzymywanie statków wroga w takim zasięgu, żeby nie można było do nich strzelać, kiedy wszystko inne zawodzi, Holdo uderza z prędkością nadświetlną w statek wroga, rozwalając go w drzazgi, by iskra rebelii przetrwała.

Luke nigdy nie był moją ukochaną postacią, ale tutaj wreszcie mi się naprawdę podoba. Podoba mi się to, że swoim zachowaniem sprowokował Bena do przejścia na Ciemną Stronę Mocy, co w konsekwencji doprowadziło do tego, że staje się on PZBG. Zawahał się o moment za późno, co wpłynęło na losy całej galaktyki. Czuje się za wszystko odpowiedzialny, więc odłącza się od Mocy, zaszywa się na planecie hen za morzami i lasami, i chce, by świat o nim zapomniał, nie chce dłużej być legendą galaktyki. Kiedy jednak na jego drodze stają R2D2 i Yoda, Luke odradza się w Mocy, stawiając czoła Renowi, by wreszcie, w pięknym stylu, do czego jeszcze wrócę, połączyć się z Mocą.

Ostatnim Jedi pozostaje więc Rey. Rey, której nie sposób nie lubić, Rey, która ma być najważniejszą postacią, Rey, która jest nadzieją rebelii, to Rey, która generalnie niewiele robi. Porządkuje całą sytuację, pomaga nawrócić Luke’a, nie poddaje się Snoke’owi, walczy o Kylo, wzmagając jego wewnętrzny konflikt, ale popisuje się rzadko. Pozwala nam jednak zrozumieć, o co aktualnie chodzi w Mocy, jaka jest rola Jedi i daje jeden z fajniejszych momentów komicznych, kiedy wykorzystuje Moc, by podnieść kamienie i pozwolić ostatniej garstce rebeliantów na ucieczkę. Daje nam też świetną scenę w jaskini, pomysłową, fajnie nakręconą, która mi pozwoliła zobaczyć i uwierzyć, że Jasna i Ciemna strona Mocy drzemią w każdym kandydacie na Jedi. Liczę na więcej dobrych scen Rey w Epizodzie IX.

I wreszcie, werble, co mnie zachwyciło.

Jak to w Star Wars bywa, wszystkie zwierzątka duże i małe, a w tym przypadku też mechaniczne. Porgi, czyli połączenie chomika z pingwinem, są absolutnie przeurocze i generalnie chcę jednego, a nawet kilka, obiecuję, że będę się nimi zajmować, karmić, przytulać i pozwolę im wić gniazda nawet we własnej szafie. Fantastyczne są też zakonnice, które zajmują się świątynią Jedi na wyspie i towarzyszą Luke’owi, jakoś zupełnie się nie dziwię, że nie znoszą Rey, która utrudnia im pracę jak tylko może. Zabawne są też kosmiczne krowy, które doi Luke. Kompletnie zachwyciły mnie też Fathiers, kosmiczne konie z oczami smutnej lamy. Są bardzo mądre, bardzo dzielne, pomagają rebelii jak tylko mogą, jakby były żywcem wyjęte ze Złotego Kompasu albo któregoś Pottera. I tak mądrze i smutno patrzą. Jestem zauroczona. No i są lodowe lisy – kosmiczne lisy, jak powszechnie wiadomo, są niemal tak fajne jak kosmiczne szopy pracze, a te pomagają ocaleć ostatniej garstce rebeliantów, wskazując drogę do wolności i ucieczki. Zwierzątka kocham wielce.

Jestem też absolutnie zachwycona wszystkim, co działo się od pojedynku Kyle’a ze Snokiem. Fanuję wielce powrót Sokoła, który rusza z pomocą rebeliantom. Jestem absolutnie zachwycona SW Hoth. Jakie to było piękne. Cudne widoki, cudne zdjęcia, cudne efekty, kiedy ślizgacze wzniecają czerwone smugi na białym tle, tworząc niemal symbol rebelii. Piękny jest też pojedynek Rena z Obi Wanem Lukiem Skywalkerem. Każde pchnięcie, każdy unik, każdy symbol, z zaznaczeniem linii walki na czerwono przez Rena i zakryciem jej bielą, co dla mnie miało wymiar Ciemnej i Jasnej strony Mocy, włącznie. Jestem absolutnie zachwycona ostatnim starciem, które pozwoli rebelii i iskrze powstania ocaleć. No i na końcu mamy jakże uroczego kosmicznego Olivera Twista, nadzieję na kolejną Trylogię, na razie z miotłą w miejsce miecza świetlnego, ale wszystko w swoim czasie.

Na koniec zostawiłam PZBG. Niemal wszyscy śmiali się ze mnie, kiedy po Przebudzeniu mocy zachwycałam się Adamem Driverem i jego Kylo Renem. IN. YOUR. FACE. Driver gra fantastycznie. Ba, Driver gra Złego z prawdziwego zdarzenia. WRESZCIE. Po średniakach z marnymi pobudkami choćby z X-menów czy pierwszych GotG, mamy złego, który ma powody, by stać się złym, który ma prawdziwe wątpliwości, który przechodzi istotną przemianę, taką, na którą mieliśmy nadzieję, ale baliśmy się, że będzie inaczej i grzeczniej. Złego, który rozlicza się z przeszłością. Złego, który ma jasną wizję przyszłości po Ciemnej stronie Mocy. Wow, po prostu wow. Kylo Ren czuje się zdradzony. Ma oczywiście mummy i daddy issues, ale nie są one wydumane, tylko dobrze uzasadnione. Zabił ojca, by udowodnić swoją lojalność, ale ten czyn rozdziera go, pogłębia wewnętrzny konflikt, ale w końcu sprawia, że Ren widzi nową przyszłość, przyszłość, którą stworzy sam, według własnej wizji, bez manipulującego nim Snoke’a, Luke’a, który go zdradził, kiedy ujrzał w nim zło, Luke’a, który chciał go przez chwilę zabić, sam. Ben jest zły, zraniony, zaślepiony gniewem i sfrustrowany tym, co się mu oferuje. Jest zaślepiony gniewem i pełen gniewu staje do walki z Lukiem, co pozwala rebeliantom uciec. Mimo że wyraźnie staje po Ciemnej stronie Mocy nie potrafi strzelić do matki, waha się, by zdjąć palec z cyngla i nie strzelić. Driver gra PZBG, który porzuca wszystko, co doprowadziło go do punktu krytycznego (w jakże znakomitej scenie, kiedy niszczy maskę Vadera), by stworzyć nowy porządek, według własnych zasad. Dopuszcza do siebie tylko Rey w absolutnie znakomitych scenach, w których ich umysły się łączą, kiedy tworzy się więź, która pozwala im na fizyczny kontakt, mimo pozostawania w znacznej odległości. Jestem absolutnie przeszczęśliwa, że Ben nie przeszedł na Jasną stronę Mocy i co by się nie zdarzyło dalej, jakby się ten konflikt nie zakończył, wiem, że jego wątek ma szansę być znakomitym. Ciekawi mnie tylko, czy scenarzyści pójdą po mniejszej linii oporu i wpakują go w związek z Rey, czy jednak zostawią ich relację na poziomie bratersko-siostrzanej, na co, IMHO, może zanosić się po ostatniej (i pierwszej) scenie Rey i Poe, kiedy on mówi do niej słynne: I know, a wszyscy wiemy, co to oznacza, plus on patrzy na nią z dużym zainteresowaniem, a ona na niego z dużym zachwytem, czemu się nie dziwię, bo kto by się nie zachwycił Poe?! Trochę trzymam kciuki za Rey, bo nie wiem którego z nich bym wybrała – Poe czy Kyle’a. Znając moje upodobanie do socjopatów i psychopatów pewnie Rena i wcale nie ma na to wpływu fakt, że scenarzyści kazali Driverowi zdjąć w jednej scenie koszulkę.

Ps. Czy można zaadoptować Kylo Rena? Ewentualnie Poe Damerona. Ewentualnie Porgi. Ewentualnie BB8. Ewentualnie ich wszystkich.

Ps. 2. Oczywiście, że wróciłam z kina i odpaliłam Gwiezdne Wojny.

Ps.3. To nie jest moje ostatnie słowo, jeśli chodzi o seans Ostatniego Jedi, w końcu to był dopiero pierwszy seans, a kto by chciał chodzić na Gwiezdne Wojny tylko raz?

Advertisements